Zastanawia mnie od bardzo dawna fenomen przedsprzedaży. Jakby na to nie spojrzeć, proceder sprzedaży przed datą wydania prowadzi tylko i wyłącznie do wypacznie procesu sprzedaży i do zwielokrotnienia zysków producenta. Czy to źle? No trochę tak.

Na problem można spojrzeć dwojako. Jak producent i jak konsument.

O co tak naprawdę producentowi chodzi? O pieniądze rzecz jasna. Nic nie jest ważniejsze. Żadna to tajemnica. Nie wolno jednak zapomnieć, że mimo bezsprzecznego faktu, że pieniądze są na miejscu pierwszym, to klient nie jest, a przynajmniej nie powinien być umiejscowiony w hierarchii rzeczy istotnych dla firmy gdzieś między grzybicą stóp a pedofilią. Producent wie, że klient jest czynnikiem dzięki któremu da się firmę rozwijać, nowe technologie wymyślać i premie zarządowi przyznać. No właśnie, ale jak to jest w praktyce? Niekoniecznie tak jak być powinno. I niestety przedsprzedaż w wielu, nie mówię że zawsze, ale w wielu przypadkach, przejawia się utratą przez producentów zdolności widzenia klienta, czy konsumenta produktu jak człowieka. Co widzą? Niestety najczęściej świnkę skarbonkę, którą można zawsze potrząsnąć i zawsze z niej wypada coś co lubią. I to w każdej ilości.

Do czego to prowadzi? Najczęściej do nadużyć związanych ze sprzedażą czegoś, czego jeszcze na rynku nie ma. Najbardziej patologiczna sytuacja jest na rynku gier komputerowych, ale i producenci sprzętu powoli, po cichu stosują podobne zagrywki. No ogólnie fajnie nie jest.

Druga strona medalu to konsument. Klient, szary Nowak czy Kowalski. Na czym powinno zależeć wyżej wymienionemu? Identycznie jak w przypadku producenta – kasa i jeszcze raz kasa. No i idąc tym tokiem rozumowania, preordery tak naprawdę nie mają sensu. Czy kupujemy grę, czy oprogramowanie, a może sprzęt czy to w postaci nowego komputera, telefonu, tabletu czy przedniej osi od Stara – to nieistotne. Kupujemy coś, czego na oczy nie widzieliśmy, a jedyna wiedza jaką mamy na temat zamawianego produktu pochodzi ze starannie wyselekcjonowanych informacji promocyjnych. Może jestem dziwny, ale kupowanie kota w worku jest, najdelikatniej mówiąc, niezbyt rozsądne. Ba, przypadku niektórych marek – zahacza o obłęd. I to taki galopujący radośnie przez portfel.

I jak tu pogodzić obie strony? Z lewej trzeba uważać, bo władza nad naszymi pieniędzmi jaką dajemy koncernom produkującym dobra konsumpcyjne, niemal zawsze prowadzi do wykorzystywania jej przeciwko klientowi, w prostym celu nabicia sobie kabzy. (Co samo w sobie nie jest niczym złym, w sensie nabijanie kabzy, bo i firmę da się rozwijać, nowe technologie wprowadzać, a i zarząd sie nie obrazi jak coś mu skapnie). A z prawej, należy zachować roztropność, bo przecież są ludzie broniący konkretnego produktu, czy marki, z uporem godnym conajmniej wyprawy krzyżowej, dumnie nazywający się fanami.

Jak wybrnąć? Zachowując zdrowy rozsądek! Tylko tyle. Wiadomo, że producent, który istnieje na rynku od lat wielu, będzie miał większe zaufanie ze strony klientów, ale klient, konsument nie może pomijac faktu, że nawet największym zdarzają się nie tylko potknięcia, ale i upadki, tak poważne, że wnuki tego co się wykopyrtnął nie mogą przestać się jąkać. Przykłady można mnożyć. W branży growej, jak już wspominałem, to nie można tego, co się tam dzieje nazwać inaczej, jak kolokwialnym waleniem w kulki, w okolicach sprzętowych czasem zdarza się, że żaden recenzent, albo nie dostanie sprzętu przed premierą, albo dostaje knebel na recenzowanie do dnia premier. Do czego to prowadzi? Do faktu, że ludzie, wspomniani wcześniej, nadal z uporem godnym lepszej sprawy, radośnie nazywający siebie fanami kupią ,bez jakiejkolwiek wiedzy na temat produktu, tylko dlatego, że ktoś w firmie odpowiadającej za PR i kampanie reklamowe, naprawdę zapracował na bonus do pensji. Kupią, bez informacji, bez zastanowienia i bez sensu, a potem płacz, bo „miało byc tak pięknie”.

Niedobrze dla fanów, świetnie dla Producenta. Tylko, że Producent straci sporo, zarówno zaufania klientów, jak i pieniędzy, a do łykającego wszystko fana i tak nic nie trafi, bo przecież fan, to zdrobienie od fanatyk, a z tymi, żeby nie wiem co, negocjować się nie da.

źródło grafiki: Wikipedia