A jakby tak zostać ślimakiem? Albo krabem pustelnikiem? Albo żółwiem chociaż? Niegłupia sprawa. Zawsze ma taki wszystko pod ręką, niczego daleko nie musi szukać, a i do domu blisko. Doskonale zdaję sobie sprawę, że to całkowicie niemożliwe, ale jakby tak zaprzeć się jak skompromitowany poseł przed komisją dyscyplinarną i zrobić co się da, żeby jednak chociaż namiastkę tego domu, czy chociaż biura mieć ze sobą?

Wszystkie aplikacje jakie są nam potrzebne, komplet dokumentów, na których pracujemy z doskoku. I całość mieści się na „pendraku” dowieszonym do kluczy, czy wrzuconym do portfela lub torebki. Przewygodna sprawa. Z czym się to je? Banalnie proste. Wchodzimy na stronę PortableApps i ściągamy ważącą bardzo niewiele instalkę samej platformy. Po instalacji na wybranym dysku przenośnym (co ciekawe można też wrzucić to do chmury), uruchamiamy aplikację i dostajemy do wyboru kilkadziesiąt różnych programów, podzielonych grzecznie na grupy, posiadających tę zaletę, że po jednorazowym zainstalowaniu, nie musimy się martwić o to, czy Wielki Elektronik w firmie, która płaci nam stanowczo za mało, połapie się, że używaliśmy oprogramowania innego niż to jedyne słuszne.

Portable Apps / fot. galaktyczny
Portable Apps / fot. galaktyczny

 

Portable Apps - miejsce instalacji / fot. galaktyczny
Portable Apps – miejsce instalacji / fot. galaktyczny

 

Jeśli o samo oprogramowanie chodzi, to całość dostępna do pobrania, po zainstalowaniu, waży niespełna siedem (słownie 7) gigabajtów, więc ośmiogigowy pendrive w zupełności wystarczy do pracy i zabawy. Tak, zabawy, bo parę gier również się znajdzie. Oczywiście nie mówię tutaj o czymś skomplikowanym jak kolejne przygody Geralda Monstrobójcy, Quake’u Kolejnym czy Crysis 8, ale coś na czym można się spocić, na pewno się znajdzie. Co do aplikacji użytkowych, bo przede wszystkim o nie chodzi, to można wybierać i przebierać. Czy mają to być pakiety biurowe, takie jak Open Office? Ależ proszę. A może Fotoszop jakiś? Nie, Szopa nie ma, ale Gimp – bez problemu. Ogólnie, aplikacje są open source, ale wystarczy przesiąść się na przykład na takiego Thunderbirda, żeby na Outlooka obrazić się równie mocno, jak gimnazjalistka na miłość swojego życia, bo zapomniał o fakcie, że są ze sobą już tydzień. Ten tekst powstaje na edytorze tekstu wbudowanym w przeglądarke Maxthon, co nie zmienia faktu, że jeśli mamy ochotę, to i Chrome i Opera są dostępne. Od managerów plików, pochodnych stareńkiego Norton Commandera, przez SpyBota po grę Canabalt. Do wyboru, do koloru.

Portable Apps - programy / fot. galaktyczny
Portable Apps – programy / fot. galaktyczny

 

Aplikacje można instalować na dwa sposoby. Pierwszy, łatwiejszy, to uruchomienie zarządzania aplikacjami z poziomu platformy PortableApps, pozostaje kwestia wybrania z obszernej listy. Drugi, to bezpośrednia wizyta na stronie i pobranie odręczne plików instalacyjnych, z fantazyjnym rozszerzeniem *.paf. Osobiste preferencje użytkownika przeważają, która z metod jest „prawilniejsza”.

Dlaczego się taka zabawka przydaje? Z kilku powodów, jak zwykle. Raz, że możemy zagrać na nosie Wielkiego Elektronika, którego za całą herbatę Cejlonu nie da się przekonać, że Internet Explorer ssie jak odkurzacz przemysłowy w równie przemysłowej dzielnicy Władywostoku. Dwa, że nie będzie nam nikt mówił na jakim oprogramowaniu mamy pracować, skoro przekonaliśmy się do swoich aplikacji, wiemy jak możliwie najwydajniej na nich pracować i w ogóle to każdy co będzie próbował, może nam najzwyczajniej nagwizdać. I dlaczego to takie ważne? Bo komfort pracy to najważniejsza rzecz w momencie, kiedy walczymy o zwiększenie własnej wydajności. A po co ją zwiększać? Żeby po szybkim wykonaniu powierzonych obowiązków mieć więcej czasu na leżenie przysłowiowym palnikiem do góry. W tym celu PortableApps sprawdza się wyśmienicie.

Portable Apps i część pulpitu / fot. galaktyczny
Portable Apps i część pulpitu / fot. galaktyczny

 

Żeby nie było, że hurra-optymistycznie jest na całej linii, to trzeba też wspomnieć o wadach. Wśród zalet wielu, nie da się nie napomknąć chociażby o tym, że cała platforma lubi się czasem zaciąć jak początkujący fryzjer, tylko dlatego, że lekko ruszymy pendrivem, wetkniętym w laptopa. Jak się toto posypie, wystarczy wyjąć „pendraka”, poczekać, aż się całość wyłączy, wpiąć zacne przenośne biuro i dom w USB i odpalić sprawę na nowo. Zdarza się rzadko, ale raczej jest nieuniknione, więc bez informacji na ten temat nie da rady. Co do stabilności samych aplikacji, to złego słowa się raczej nie da powiedzieć, aczkolwiek, nieprawidłowo wyłączona, nie uruchomi się od razu, trzeba odpalić ją, powiedzmy że dwa razy. No i kłopotem jest też fakt, że biblioteka aplikacji na platformę, mimo że przebogata, do takich zastosowań jak doprowadzanie Wielkiego Elektronika w naszej firmie do ataku czkawki z nerwów, to nie zawiera wszystkich najpopularniejszych.

Rasumując, pomysł przedni, który sprawił, że pojawiło się mnóstwo naśladowców, do tego zabawa przednia, kiedy patrzymy jak dział IT gremialnie miota się między atakiem apopleksji a wylewem, bo nie mogą zablokować wszystkiego, no i najważniejsze: To my decydujemy jak bawić się w ślimaka, kraba pustelnika, albo żółwia.