Wygląd i wykonanie

Ogólnie jest tak, że kogo nie zapytasz, to nowego iPhone’a oceni zazwyczaj pozytywnie, ale zdarzają się też tacy, którzy mają zgoła odmienne zdanie. Ja w sumie należę do tych pierwszych, chodź z małymi ciągutkami do tych drugich, którzy za wzór stawiają chociażby Samsunga Galaxy S6 edge. Po pierwsze, co już mówiłem rok temu – nie podobają mi się te „plastikowe fugi”. Są obleśne i odrażające. Ogólnie to ocena tego telefonu będzie kopią „jeden do jeden” tego, co już wcześniej myślałem i powiedziałem, więc skrócę to jak najbardziej potrafię. Obudowa w złotym kolorze jest śliczna, pomijając oczywiście te białe paski z tyłu. Jest też mega praktyczny, bo świetnie się go trzyma w dłoni. Podczas testu miałem też ze sobą Galaxy S6 edge, więc chciałbym te dwa telefony przyłożyć do siebie i porównać. Ot tak, żeby pokazać najważniejsze różnice w wyglądzie i wielkości. Położone jeden obok drugiego, oczywiście oba wzbudzają zainteresowanie. Jednak mi w Samsungu imponuje tylko sama innowacyjność rozwiązania z zakrzywionym ekranem, a nie jego wykonanie. Okej, jest elegancki, w całości zrobiony jedynie ze szkła i aluminium, nie ma badziewnych plastikowych wstawek, ale niezbyt dobrze leży w dłoni. Dosłownie nie da się oprzeć wrażeniu, jakby zaraz miał z ręki wylecieć.

Rozmieszczenie portów i przycisków jest wręcz identyczne w obu telefonach, mamy podobne wycięcia na głośnik, zbliżoną technologię odczytywania palca i nawet całkiem podobny przedni panel. I wcale nie uważam, że Koreańczycy postąpili źle, kopiując bryłę projektantów z Krzemowej Doliny, bo koniec końców wygląd obecnych smartfonów zapoczątkował niegdyś pierwszy iPhone. Wręcz przeciwnie, to świetne, że nawet konkurencja zauważa jak funkcjonalny jest iPhone. Galaxy S6 edge urzeka mnie swoją nowatorskością, a iPhone 6s po prostu idzie swoją bezpieczną, sprawdzoną ścieżką amerykańskiego designu, do którego przekonał miliony. Na większe zmiany przyjdzie poczekać jeszcze rok.

Ekran

Technicznie to ten sam 4,7-calowy ekran co w iPhonie 6. Cechuje się rozdzielczością 750 x 1334 pikseli, ma kontrast 1400:1 i reklamowany jest jako skonstruowany w technologii Retina HD. Na papierze zbytnio więc nie zachwyca, ale to tylko pozory, bo tak naprawdę zmieniło się dużo. Samo szkło zostało wzmocnione, a do tego dołożono autorską technologię wykrywania siły nacisku, która swoją premierę miała w Apple Watch. 3D Touch jest tak dokładny, że w specjalnej aplikacji zamieniającej odczyty z sensorów na wagę leżącego na nim przedmiotu, wskazania z ekranu iPhone’a miały większą precyzję pomiaru niż domowa waga kuchenna. Robi wrażenie. Niemniej wyświetlacz w smartfonie raczej służy nam do czegoś więcej, niż odmierzenia trzech miarek otrębów na diecie, więc pora przedstawić sprawę jasno… 2K to głupota. Różnica w wartości ppi pomiędzy tymi telefonami jest prawie dwukrotna, ale gołym okiem tego nie widać. Dążenie do jak największego zagęszczenia pikseli nie ma żadnego celu, bo jest ono jedynie marnowaniem baterii i wydajności urządzenia. Wyświetlacze w obu tych telefonach są ostre i czytelne, a wyższość samsungowego ekranu widać jedynie pod lupą.

Różnicę w kolorach obu paneli porównałbym do różnicy pomiędzy kwiatami. Jeden to krwistoczerwone róże, a drugi to delikatne, neutralne bławatki. No dobra, sam nie wiem i nie znam faceta, który rozróżnia coś ponad stokrotki, więc posłużę się bardziej rzeczowym opisem. AMOLED daje fantastyczną głębię czerni, w której można się zatracić i bogate kolory, w których można się zakochać, ale przez to jego balans bieli jest strasznie ciepły, co po dłuższym obyciu z telefonem mi osobiście zaczyna przeszkadzać. Retina to bardziej neutralna strona mocy, która oferuje zarówno delikatną czerń, jak i biel – może nie tak głęboką, ale przynajmniej bez żadnych przechyłów temperatury barwowej. Ekran oczywiście jest kontrastowy, ale trochę wyprany z kolorów, jeśli postawić go obok konkurenta. Tak naprawdę jest jednak punktem spornym między AMOLED’em, a ekranem ze starszych Xperii, które to nasycenie kolorów miały nieco obniżone. Jasność obu paneli jest niemal identyczna, na najmocniejszym podświetleniu spokojnie będziemy mogli korzystać z telefonu w słoneczny dzień, a na najmniejszym nie oślepniemy przeglądając Internet w nocy. Zagraniczni specjaliści podają jednak, że maksymalna luminacja bieli w przypadku edge’a jest o około 100-120 nitów wyższa, choć osobiście kompletnie tego nie widzę.

Na początku wspomniałem, że ekran został wyposażony w coś zupełnie nowego i innowacyjnego. Samsung już w tamtym roku zaskoczył nas swoim zakrzywionym wynalazkiem, LG usiłuje przebić się z wygiętym smartfonem, a Apple… próbuje z 3D Touch. Chodzi o sensor, który wykrywa siłę nacisku na ekran i dzięki temu dodaje zupełnie nowe możliwości do sterowania dotykowego ekranu. Z początku kompletnie nie rozumiałem zachwytów nad tym rozwiązaniem, bo wydawało mi się kompletnie zbyteczne, bo i tak zapewne przyzwyczajenia wezmą górę, ale teraz wiem, że się myliłem. Szybko wchodzi w krew to, że nie jesteśmy ograniczeni tylko do prostych gestów palcami, a za pomocą przyciśnięcia możemy wykonywać większość rzeczy w znacznie szybszym tempie. Przykładowo, naciskając mocniej ikonkę Twittera, możemy szybciej zamieścić tweeta, na Facebooku przejść od razu do wyszukiwarki znajomych lub napisać posta, a w skrzynce – podejrzeć maila bez otwierania go w całości i jednym machnięciem zarchiwizować, przesłać dalej bądź odpowiedzieć. Fajne, co? No i oczywiście będzie tego coraz więcej, bo obsługę 3D Touch implementuje w swoje aplikacje coraz większa liczba deweloperów. Z uważanych przeze programów, mają to już Dropbox, Skype, Pic Collage, Snapchat, Instagram, Wykop i praktycznie wszystkie apki od Apple, łącznie z galerią zdjęć. Największą ingerencję widać w Safari, w którym to praktycznie można surfować po całym Internecie, naciskając słabiej lub mocniej na ekran. Jest to tak przydatne rozwiązanie, iż myślę, że Apple stopniowo będzie wprowadzało nową funkcję do kolejnych swoich urządzeń. Kto wie, może niedługo zobaczymy 3D Touch w nowym Macbooku? W każdym razie czekam z niecierpliwością.

No a w Samsungu jest jeszcze konkurencyjna technologia – Edges. W sumie to nie można tego nazwać konkurencją, bo bazuje na czym innym i absolutnie nie da się obu tych rozwiązań porównać, ale tak naprawdę, to założenie obu firm jest te same – ma być gadżet, który poprawia funkcjonalność i korzystanie z urządzenia. Tylko czy zakrzywiony ekran tak bardzo pomaga w codziennym użytkowaniu? Nie bardzo. Owszem, ciekawy jest sam jego wygląd, który robi wrażenie na znajomych, ale tak poza tym, to duży przerost formy nad treścią. Szczególnie z tym wyświetlaniem powiadomień, bo gdy przyjdzie nam coś nowego na telefon, to i tak musimy go odblokować, aby przejrzeć co to jest. No i opcja z tymi skrótami też wydaje mi się chybiona, bowiem znacznie szybciej jest po prostu przejść do danej aplikacji z menu początkowego, niż wybrać z wysuwanej listy, która przy okazji całkowicie zasłania nam obecny ekran. Spodobał mi się jedynie wyświetlany zegar, który w sytuacji, kiedy telefon leży na stole bokiem do nas, naprawdę pozwala szybciej zobaczyć aktualną godzinę. Niestety, w ciągu mojego dnia, w większości jest on schowany w kieszeni i z tej funkcjonalności rzadko idzie mi w pełni skorzystać. Więc jak oceniam ów rewolucyjne rozwiązanie Samsunga? Średnio, należy je znacznie rozwinąć. A czy polecam? Jeśli do wyboru macie między Galaxy S6 edge, a zwykłym Galaxy S6, to zdecydowanie bierzcie wersję z zakrzywionymi krawędziami – będzie przynajmniej co pokazać znajomym!

 


SPIS TREŚCI:

  1. PIERWSZE WRAŻENIE | SPECYFIKACJA
  2. WYGLĄD I WYKONANIE | EKRAN
  3. APARAT | WYDAJNOŚĆ | BATERIA
  4. PODSUMOWANIE | PLUSY I MINUSY