Moja historia z projektorami nie jest zbyt bogata, co jest dosyć dziwnie, bo zawsze chciałem mieć projektor zamiast telewizora, więc wypadałoby bardziej interesować się takim sprzętem. Tak, takie małe, domowe kino z przynajmniej 60-calowym obrazem i automatycznym podajnikiem karmelowego popcornu tuż obok, to byłoby coś. Ale może kiedyś. Swego czasu testowałem już projektor od Philipsa, który śmiało nazywali tym kieszonkowym. Był niewielki to fakt, ale do kieszeni raczej się nie mieścił, no chyba, że ktoś jest miłośnikiem tak zwanych bojówek. Zupełnie inaczej jest z najnowszym projektorem Philips PicoPix PPX4010, który od tego wspomnianego przed chwilą jest… cztery razy mniejszy! Mnie „kopara opadła” jak zobaczyłem, co to maleństwo potrafi, więc z chęcią zapraszamdo zapoznania się z recenzją.

Nie zapomnę tego dziwnego uczucia, gdy odebrałem paczkę od kuriera. Domyślałem się od kogo i wiedziałem co może być w środku, ale poważnie, myślałem, że dostałem samo pudełko. Nie widziałem wcześniej tego nowego projektora od Philipsa, więc wyobraźcie sobie moją minę, gdy z kartonu wyciągnąłem malutkie pudełko 10 cm na 10 cm, w którym ów projektor się znajdował. Nie sądziłem, że samo urządzenie jest tak małe, mając jeszcze w głowie wizję tego, jak wygląda typowy domowy projektor czy ten, który wcześniej testowałem. Do tej pory zadaje sobie pytanie „Ale jak to taki mały?!”, co wcale nie świadczy o tym, że potrzebuję braveranu.

Opakowanie i zawartość zestawu

Na pudełku mamy najważniejsze dane techniczne i kilka wizualizacji z projektorem, ale ważne jest też to, co razem z PicoPixem dostajemy w zestawie. Jest rzecz jasna bardzo krótka instrukcja obsługi i karta gwarancyjna (producent na projektor udziela rocznej gwarancji), ale też niezbędne okablowanie. W środku znajdziemy przewód USB z podwójnym męskim złączem USB i microUSB z drugiej strony, który służy do dostarczenia zasilania i podłączenia projektora do komputera. Drugi zaś to kabel HDMI – miniHDMI, co z kolei zapewnia przesyłanie obrazu z komputera do projektora. Alternatywnym rozwiązaniem w kwestii zasilania projektora jest wykorzystanie ładowarki sieciowej (np. takiej jak od smartfonu). Tego jednak w pudełku nie znajdziemy, choć zasilanie z komputerowego USB w zupełności wystarcza, by „rozkręcić” Philips PicoPix PPX4010.

Ciekawostką jest też to, że projektor możemy zasilacz z powerbanku i za pomocą specjalnego adaptera podłączyć do smartfonu lub tabletu. Skoro ma być mobilny to czemu nie, ale szkoda, że takowej przejściówki w zestawie również nie uświadczymy. Brakuje mi też czegoś w rodzaju etui na projektor, nawet zwykłego woreczka, który ułatwi nam transport i ochroni Pix’a przed kurzem.

Sugerowana cena projektora Philips PicoPix PPX4010 wynosi 1299 złotych i taka też obowiązywała w większości sklepów w dniu pojawienia się recenzji.

Wygląd i wykonanie

Zacznę od najważniejszych danych, bo są imponujące jak na urządzenie określanie mianem projektora, nawet tego kieszonkowego. Philips PicoPix PPX4010 waży zaledwie 83 gramy, a obudowa tworzy kwadratowy bloczek o długości boku wynoszącym 7 cm (dokładne wymiary to 68 x 66 x 22 mm). Dla mnie to wciąż wygląda niesamowicie, bo projektor jest mniejszy od myszy komputerowej, nawet najmniejszego powerbanku i niewiele większy od dwóch paczek zapałek. Jak już pewnie zdążyliście zauważyć, projektor mieści się w kieszeni spodni i można go bez problemu okryć obiema dłońmi, tak by praktycznie nie był widoczny.

Obudowa jest solidnie spasowana i czuć, że PicoPix jest dobrze wykonany. Powierzchnia jest srebrna, śliska i błyszcząca, ale ta ostatnia cecha nie świadczy od razu o tym, że zbiera odciski palców i łatwo się rysuje. Fakt, coś tam łapie, ale tego typu zabrudzenia są wyjątkowo słabo widoczne i łatwe do usunięcia. Widać też, że projektor przed pojawieniem się u mnie, przewinął się przez kilka dziennikarskich rąk, ale na obudowie, przynajmniej też górnej nie widać żadnych niedoskonałości. Mam pewną zagadkę co do tego, z jakiego tworzywa jest wykonana obudowa, ale im dłużej ją dotykam, pukam i przeglądam, jestem niemal pewny, że to plastik, który świetnie imituje metalową pokrywę. W dotyku jest zminy, ale pukając w nią paznokciem, ewidentnie słychać „plastikowy” dźwięk. Nie mniej, do wykonania nie można mieć zastrzeżeń.

Podoba mi się design projektora Philips PicoPix PPX4010. Srebrna obudowa łagodnie przechodzi na jeden z boków, by połączyć się z obudową na spodzie. Pozostałe trzy boki są zachowane w matowym, czarnym kolorze i jak ja to mówię, mają „dziurkowaną” strukturę. Wszystko po to, by obudowa miała odpowiednią wentylację podczas pracy, bowiem w środku jest niewielki wiatraczek, który według producenta generuje hałas na poziomie maksymalnie 28 dBA. Słychać szum, ale mnie podczas oglądania filmu zupełnie nie przeszkadzał. Krawędź z przodu (załóżmy, że to właśnie ta jest z przodu) to miejsce obiektywu, który co prawda jest schowany w obudowie, ale ze względu na brak jakiejkolwiek osłony jest narażony na uszkodzenie, a już na pewno na zakurzenie. Przydałaby się niewielka klapka, jak to bywa w standardowych projektorach. Na jednym z boków umieszczono też przycisk z trzystopniową regulacją jasności obrazu, a z tyłu dwa złącza – microUSB do zasilania oraz mini-HDMI.

Patrząc z kolei od góry na projektor możemy zauważyć niewielkie pokrętło, którym ustawiamy ostrość obrazu.Kręcąc nim można zauważyć, że cały obiektyw delikatnie przesuwa się do przodu lub do tyłu. Philips PicoPix PPX4010 na spodzie ma też gumową wstawkę przez co genialnie trzyma się płaskiej powierzchni i to, za co go mocno polubilem. Projektor został wyposażony w uniwersalny gwint 1/4 cala przez co można go zamocować na niemal każdym statywie. Ze względu na bardzo niską wagę (przypomnę jeszcze raz, tylko 83 g) może to być zarówno duży statyw jak też ten biurkowy.

 


SPIS TREŚCI:

  1. OPAKOWANIE I ZAWARTOŚĆ ZESTAWU | WYGLĄD I WYKONANIE
  2. PODŁĄCZENIE I DZIAŁANIE | JAKOŚĆ OBRAZU | PODSUMOWANIE | PLUSY I MINUSY