Jak delikatnie powiedzieć, że ubawiłem sie przy tej grze setnie, ba, odczucia z tym konkretnym tytułem są ciekawsze od tych, które, mocno przybarwione okularami nostalgii, towarzyszyły zabawie z pierwszymi częściami, za czasów mocno, bardzo mocno młodzieńczych? Całe szczęście, że Rise of the Tomb Raider wyszło wreszcie na PC. Exclusive na Xbone’a był ciosem poniżej pasa, tak, w samo „mientkie”, dla wszystkich, którzy nie skusili się na szalenie popularną konsolę Microsoftu. Dobrze, że wyłączność się już skończyła i wraz z nią czekanie.

Czym jest nowy Tomb Raider? W największym skrócie jest tym samym co w pierwszej części z marca 2013 roku, tylko, że więcej i lepiej. Aż ciężko uwierzyć, bo prócz rewelacyjnego Terminatora 2 niewiele tytułów przychodzi na myśl, kiedy patrzymy w stronę części kolejnych. Ale nic to, zajmijmy się opcjami, jakie gra oferuje na początek.

Pierwsze uruchomienie i od razu niespodziewanka. Naszym oczom ukazuje się launcher, tak, po angielsku, bo wystartowywarka jakoś dziwnie brzmi, a poza tym uważam, że Ustawa o Ochronie języka polskiego podchodzi do sprawy nieco zbyt rygorystycznie. I tak po kolei, jeśli mam już się czegoś czepiać, to zamiast „Odtwórz” proponowałbym „Uruchom”, w końcu nie o film chodzi, ale nie jest to jakoś specjalnie istotne. Dalej mamy ekran opcji graficznych (i tylko graficznych) przed wejściem do gry, całkiem przydatna sprawa, szczególnie dla wszystkich tych, którzy jednak wiedzą jaki sprzęt mają i czego powinni się spodziewać zważywszy na wymagania minimalne i zalecane. Te akurat nie są jakoś wyjątkowo powalające. Nieco zaskoczony byłem tym co w minimalnych zobaczyłem, bo nawet kilkuletni laptop powinien sobie poradzić, pod warunkiem rzecz jasna, że karta graficzna jest odpowiednio potężna. Poza niestandardową ilością wymaganego RAMU i stosunkowo mocnej grafiki, to nie ma tragedii.

Wymagania minimalne:

  • Intel Core i3-2100 lub porównywalny AMD
  • 6 GB pamięci RAM
  • Karta grafiki Nvidia GeForce 650 (2 GB) lub AMD Radeon HD 7770 (2 GB)
  • 25 GB wolnego miejsca na dysku
  • 64-bitowy system operacyjny Windows 7

Wymagania zalecane:

  • Intel Core i7-3770K (3,4 GHz) lub porównywalny od AMD
  • 8 GB pamięci RAM
  • Karta graficzna Nvidia GeForce 980Ti (2560×1440) lub GTX 970 (Full HD)
  • 25 GB wolnego miejsca na dysku
  • 64-bitowy system operacyjny Windows 10

Z kronikarskiego obowiązku – na jednogigowej karcie poszło, ale spuśćmy zasłonę milczenia na to jak chodziło. Nie ma co się czarować. Mocna karta musi być.

Przy okazji premiery wersji na PC nie obeszło się rzecz jasna bez kontrowersji. Na samym początku, zanim jeszcze Nvidia zdążyła popełnić dedykowany pod ten tytuł sterownik, to grać się nie dało. Ilość klatek szybowała w okolice jednocyfrowe, nawet na takich potworach jak GTX 980! Teraz, całe szczęście tego problemu nie ma, ale dla osób, które nie chcą aktualizować swoich sterowników, warto wspomnieć, żeby potem niespodzianki nie było, że wymagania spełniamy, a ten gniot chodzi jak chłop do pracy w Państwowym Gospodarstwie Rolnym, jeszcze za czasów poprzedniego ustroju. Niby człapie, ale ochoty w nim tyle co nic. Nikt mi nie może zarzucić, że nie ostrzegałem.

Jeśli o sam port PC chodzi, to tak naprawdę nie da się na tacy podać gotowego układu ustawień graficznych, żeby działało wszędzie. Za duże rozbieżności. Jak widać na screenach z samego launchera, opcji jest mnogość. Od ustawień rozdzielczości, po animację trawy i znanego z poprzedniej części dedykowanego systemu animacji włosów. Trzeba po prostu spróbować. Ze swojej strony tylko dodam, jako, że moja maszyna jest mniej więcej w połowie spektrum między minimalnymi a maksymalnymi, wyłączenie takich fanaberii jak dynamiczna animacja liści, rozmycie w ruchu i zmniejszenie jakości cieni na średnie podniosło ilość klatek o jakieś 15, stąd – polecam.

W ramach dodatkowych spostrzeżeń, okazuje się, że na tym samym sprzęcie, na Windowsie 7 gra chodzi niewyobrażalnie gorzej. Różnice ponad 10 klatek na tych samych ustawieniach to niemało, więc radzę, żeby przestać się bronić przed upgradem. Dla samej Lary bez ścięć i zaciachów warto.

A jak wygląda sama gra? Po prostu szczęka opada. I trzeba jej pod biurkiem szukać przez dłuższą chwilę.

Sam początek, urwisko, śnieżyca, aż się gęsia skórka na karku robi i słowo daję, w pokoju temperatura mi spadła. Efekty pogodowe powalają, podobnie jak światło, w momentach, kiedy ukazuje nam się zapierająca dech w piersiach sceneria i ten dynamizm i rewelacyjny motion capture i mimika twarzy… A to tylko pierwsze kilka minut gry. Chapeau bas panowie i panie autorzy. Chapeau bas. Spokojnie ten tytuł, przy okazji wspomnianego systemu renderingu włosów, można nazwać Symulatorem Uczesania w Katakumbach i Grobowcach. Sposób, w jaki kosmyki włosów są animowane, pomijając próbę podpalenia nam komputera, bo wymagania toto ma spore, przypominają poziomem dzieła Pixara.

W ramach opowiadania o fabule, od razu zaznaczę, że nie zdradzę za wiele. Strasznie mnie irytuje kiedy tekst mający zachęcić do grania sprawia, że nie ma sensu grać, bo fabuła już została opowiedziana, zwroty akcji wyjaśnione, ziemniaki wystygły, a zupa za słona. Można powiedzieć sporo, ale nie wszystko, stąd bardzo proszę nie spodziewać się dokładnego jak u Orzeszkowej opisu przyrody w ostatnich momentach gry. Jak mówiłem – nie o to chodzi.

Grę rozpoczynamy na szczycie góry, gdzie z naszym współtowarzyszem poszukujemy zaginionego miasta. Szkoda, że nie grobowca, ale nie będę się czepiał czegoś takiego w grze, której tytuł sugeruje badanie grobowców. Szczyt góry, bo tak nazywa się pierwszy rozdział, jest przyjazny jak rozeźlony niedźwiedź, którego wycieczka turystów wybudziła ze snu, niekoniecznie zimowego. Śnieg pada, wieje jak w kieleckiem, ogólnie, to za przyjemnie nie jest. Do tego nasza bohaterka, uzbrojona w sprzęt alpinistyczny z uporem maniaka i ogniem w oczach upiera się, że na tę nieszczęsną górę wlezie. Jonah, nasz współtowarzysz, zachwycony całą perspektywą co prawda nie jest, ale idzie za nami dzielnie i służy nam pomocą. Całość kończy się po kilku minutach przestraszną animacją lawiny, która porywa Larę w jeszcze bardziej niegościnne miejsce, gdzie zaczyna się właściwa część gry.

Dlaczego wspominam o rozdziałach? Dlatego, że gra, oprócz bardzo ciekawego trybu fabularnego, oferuje również tryb wyzwań, w którym możemy sprawdzić nasze umiejętności w przechodzeniu fragmentu gry na czas, w zbieraniu punktów za czynności rozmaite czy sprzątaniu mapy z przeciwników, których jak zwykle w tytule z tej serii zabraknąć nie mogło. Wszystko po to, by pochwalić się znajomym ze Steama, którzy oczywiście muszą mieć tę grę w swojej bibliotece, że jesteśmy lepsi od nich. Taka delikatna czynność poboczna, która nie daje nam nic, prócz możliwości pochwalenia się jaki to z nas gamer. Cały system rywalizacji postawiony jest całkiem stabilnie i przyjemnie, szkoda, że upstrzony mikrotransakcjami, które dają nam punkty służące do odblokowania kart z, nie czarujmy się, cheatami, ułatwiającymi grę niesamowicie. Ale wróćmy do początku.

Coś co przykuło moją uwagę od pierwszych chwil spędzonych w grze, to jak bardzo żywa wydaje się Lara. Motion capture zarówno ruchów ciała jak i mimiki twarzy sprawia, że, przykładowo, walka o równowagę w zaspie śnieżnej, czy dygotanie z zimna na syberyjskim pustkowiu są tak realistyczne, że, jak wspominałem, dosłownie temperatura w pokoju spadła mi o kilka stopni. Nie działało to niestety w drugą stronę, jak odwiedzała Syrię w poszukiwaniu grobowca Proroka. Kiedy do tego wszystkiego dołożymy bardzo filmowy sposób w jaki porusza się kamera, to mamy tytuł rzucający na kolana.

Filmowość. Słowo klucz. Bardzo widowiskowo, choć nie obyło się bez kilku spostrzeżeń, które nieco studzą entuzjazm. Filmowo jest na tyle, że, nie przypuszczałem, że powiem to kiedykolwiek, ale jest za łatwo. Nawet jeśli omsknie nam się palec na klawiaturze czy padzie, to i tak się nic nie dzieje, bo gra cofa nas dosłownie o kilkanaście sekund, ba, w niektórych momentach dosłownie przechodzi się sama. Wyjątkiem jest najwyższy poziom trudności, gdzie naprawdę trzeba się napocić, szczególnie w momentach, gdzie najlepiej, żeby nas nikt nie widział, ale to i tak niewiele zmienia, z racji upstrzenia gry checkpointami. Czy to dobrze, czy źle… Zależy jak leży. Są tacy, że będzie im się podobało, mi akurat ten element przeszkadza.

Inna rzecz, że całość fabuły z daleka trąci podobieństwami do Uncharted, które z kolei czerpało pełnymi garściami z Indiany Jonesa. Mamy bohaterkę, która szuka artefaktu opisanego w grze tak precyzyjnie, że równie dobrze można powiedzieć, że chodzi o Graala, mordując kogo popadnie w tychże poszukiwaniach. Okazuje się, że gra oczekuje od nas, żebyśmy nienawidzili „tych złych” za to, że mordują kogo popadnie w ramach poszukiwa… ej… coś tu nie gra, albo mi się zdaje? Ci źli przynajmniej wiedzą czego szukają. Oczywiście nie brakuje też grupy „tambylców”, którzy jasno lub niekoniecznie jasno dają do zrozumienia, że będą pilnować artefaktu, żeby przypadkiem nie wpadł w ręce obcych. No i teraz będzie ciekawie, bo nie do końca wiadomo, czy ktoś w czasie zwieńczenia fabuły zabierze rzeczonego Graala i zapewni tym część następną, czy okaże się, że nasza bohaterka rozwali artefakt w drobny mak, bo „świat nie jest jeszcze na to gotowy”. Żeby się przekonać – trzeba zagrać.

Generalnie chodzi o to, że wydarzenia z pierwszej części gry i doznania jakich doświadczyła Lara zostały skrzętnie zatuszowane przez organizację o nazwie Trójca. Teraz niezwykle sprytna panna Croft musi przeciwników spacyfikować i dotrzeć na koniec fabuły. Tak można to w największym skrócie opowiedzieć, bez zanudzania, jak w czasie obrad sejmu czy innego nocnego głosowania. Postaci, które przewijają się przez ekran jest o wiele mniej niż w części poprzedniej, łatwiej zagłębić się w, nie czarujmy się, bardzo prostą i trącącą stereotypami fabułę, do tego „ci źli” sprawiają wrażenie naprawdę potężnych i rzeczywiście strasznych.

Generalnie przyjemne, szczególnie, że znów, w czasie grania, mamy to uczucie uniesienia, jak odkryjemy zaginioną cywilizację, czy grobowiec, zupełnie jak za starych dobrych czasów. Wcześniej, w prequelu Lara powoli zmieniała się z archeologa, w łowcę przygód. Tutaj nie jest już tak bezbronna, nie ma sytuacji, gdzie po ustrzeleniu jakiegoś niemilucha musiała usiąść i dojść do siebie. Teraz jest o wiele silniejsza, szafująca na prawo i lewo swoją wiedzą i umiejętnościami, stała się postacią, jaka jest w stanie wiarygodnie robić to co robi. Wcześniej, owszem, miało biedactwo pecha, gracz chciał się zaopiekować biedną, ranną i nieprzyzwoicie atrakcyjną Larą, żeby jednak nic się jej nie stało. Teraz, sama się w kłopoty pakuje, z osobistej nieprzymuszonej woli i radzi sobie w wychodzeniu z tarapatów bardzo sprawnie.

Nie byłbym sobą, jakbym nie znalazł czegoś, do czego można się poważnie przyczepić, a takich rzeczy jest co najmniej kilka. Sterowanie na początek. Nie obeszło się bez kilku zgrzytów, na przykład akceleracja myszy, przy okazji sterowania stricte pecetowego, bez mieszania w ustawieniach jest nieco kiepska. Między poruszeniem gryzoniem, a faktycznym ruchem mija, przynajmniej jak na mój gust o wiele za dużo czasu. Wspomniane mieszanie załatwia sprawę, ale jednak problem jest. W sterowaniu padem nie ma się do czego przyczepić, chociaż jako zagorzały pecetowiec z niesmakiem patrzę na autocelowanie w przypadku gry padem, ale z racji specyfiki samego urządzenia i jego „boskiej” wręcz precyzji, zdaję sobie sprawę, że inaczej się po prostu nie dało.

Z fabularnego punktu widzenia też nie obyło się bez potknięć i charakterystycznych dla gier bezsensów. Przykładowo Lara, wybitna specjalistka w mordowaniu przedstawicieli okolicznej zwierzyny z łuku potrzebuje specjalnego noża, żeby przeciąć linę, bo oczywiście nie może w grze zabraknąć progresywnie rosnących umiejętności (jakie nabyliśmy de facto w części pierwszej), a te najlepiej oprzeć na miejscach, do których nie możemy się dostać bez konkretnego urządzenia, czy dynksa, dzięki któremu fabuła posunie się do przodu. Jest to poniekąd zrozumiałe, ale jednak irytuje. Tomb Raider bez „tombów” też ma średni sens, chociaż, wcześniej się udało. Tutaj grobowców do spenetrowania nie brakuje, ale okazuje się, że są one całkowicie opcjonalne i jeśli nie chcemy, to po prostu nie musimy. Zachęcam jednak do odwiedzenia wszystkich po kolei, bo nagrody jakie dostaniemy za ich ukończenie są nie do przecenienia. A co do ukończenia jest potrzebne? Trochę pomyślunku i gibkie palce. Nie musimy należeć do Mensy, żeby sobie z nimi poradzić, ale czasem jest ciężko, żeby bez spaceru dla ukojenia nerwów się obeszło. Czasem samo wejście do krypty nie jest problemem. Wyjście może przyprawić o siwe włosy, bo rozległość niektórych jest trochę przesadzona. Całe szczęście mamy Zmysł Przetrwania, czyli coś w rodzaju radaru, który pomaga odnaleźć się na rozległych mapach. Trochę jak w Batman Arkham Asylum, z czasem każdy ma tendencję do jego nadużywania, przez co odnosi się wrażenie grania na kodach. Chociaż… Jak kto woli.

Kolejna sprawa to tłumaczenie. Grę przechodziłem najpierw w oryginalnego wersji, by potem mieć do czego wersję polską porównać. Nie ujmując umiejętności aktorom wcielającym się w role w grze, to tłumaczenie woła miejscami o pomstę do nieba. Choćby na samiusieńkim początku angielskie „shit” zostało przełożone na „a niech to”, w momencie kiedy kawał lodu wielkości Wartburga przeleciał bohaterce cal od twarzy, ale niech będzie, gra przeznaczona dla nieco młodszych odbiorców, więc zrozumiałe, że trzeba trochę język powstrzymać. Szkoda, że dosłownie minutę później poleciała radosna przedstawicielka najstarszego zawodu świata, w jakże przaśnej i wszystkim doskonale znanej formie, kiedy Lara ledwie trzymała się liny ratującej ją od sprawdzenia jak bardzo boli lądowanie na dnie przepaści. W dodatku w czasie śnieżycy. Nie rozumiem trochę, ale niech będzie. Jakby mnie kto pytał, to radzę grać w oryginale z włączonymi polskimi napisami. Są momenty, że uśmiać się można po pachy.

Co do ścieżki dźwiękowej zarzutów za wiele nie mam, chociaż sama Lara stęka, kwęka i dyszy jak obolały gruźlik, który w czasie ataku astmy nadepnął bosą stopą na LEGO. Kobieta jest w stanie na samych rękach przeleźć nad przepaścią, tylko po to, by za chwilę przebiec maraton, pod ciężkim ogniem maszynowym, strzelając z łuku do niedźwiedzia. A ja mam uwierzyć, że przy takiej kondycji biedna potrafi się zastękać i zasapać jak niżej podpisany po pieszej wycieczce na drugie piętro? Wolne żarty – ot co.

Podsumowując. Źle nie jest. Gra naprawdę powala na kolana, mimo kilku wad, których uniknąć się nie dało. Widoczki powodują opad szczęki, radocha z rozwiązanej zagadki, nie żeby jakoś przesadnie trudna była, powoduje uśmiech, a niedoróbki nie są aż tak straszne. Polecam każdemu, pod warunkiem posiadania odpowiednio mocnej maszyny i jednak mimo wszystko Windowsa 10, bo pod nim chodzi odczuwalnie szybciej.