Za każdym razem, kiedy wychodzi nowa gra Ubisoftu biegnę do sklepu i kupuję największą paczkę popcornu jaką tylko mają w ofercie ze złowieszczym chichotem czekam, aż ludzie zaczną wyklinać. Znowu czekali, znowu nakupili preorderów i znowu się zawiedli, bo The Division nie ma za wiele wspólnego z grą, na którą wydali jakże makabryczne, jak na nasz rynek, pieniądze.

Do tego, dołóżmy fakt, że The Division jest kolejnym tytułem opatrzonym nazwiskiem nieodżałowanego Toma Clancy’ego, którego niegdyś szacowne, teraz będące obiektem coraz większej dewaluacji, bo naprawdę dobra gra pod tym szyldem wyszła wieki temu. Czy The Division jest złe? W sumie to nie. Nierówne, to bardziej pasujące słowo.

Port PC na obecną chwilę jest, delikatnie mówiąc prawidłowy. Przy okazji samej premiery, bo wtedy zaczęliśmy galaktyczne boje z uruchomieniem, przypominał jakością ustawę o obrocie ziemią opracowaną przez miłościwie nam panujących. Sensu w tym było niewiele, a do tego kupy trzymać się nie chciało. Raz, że kolejki do zalogowania były dłuższe jak lista wymówek ludzi oddających coś na serwis, to jeszce jakość samej rozgrywki na samym początku nie powalała. Czasy ładowania pominę milczeniem, ale wpadania pod mapę w pierwszej lokacji pominąć się nie da. Nawet nagraliśmy filmik, który jasno pokazuje jak bardzo źle jest. Konfiguracja sprzętu na którym było to nagrywane jest jak najbardziej wystarczająca, ale grać się zwyczajnie nie dało. Odnośnik do filmu najdziecie tutaj.

Czy czas jaki minął od tego nagrania coś zmienił? Całkiem sporo, bo teraz grać się już da, ale nijak nie da się wybronić moim zdaniem karygodnego wydawania gier jawnie niedokończonych. Kolejny byk, jakiego nie da się ominąć, to kolejki jak za mięsem za czasów poprzedniego ustroju. Jeden laptop, w jednym pokoju, jeden człowiek może z niego skorzystać, bo jak ktoś inny kliknie, to przestaje działać. Kpina Panie i Panowie. Kpina. Mnogość opcji jakie oferuje gra nie odstaje od tego, do czego przyzwyczaiły nas współczesne produkcje.

Fabularnie też nie porywa. Nie żebym wymagał od strzelanki nie wiedzieć jak poważnego wątku fabularnego, ale zważywszy na nazwisko w tytule, to jednak… No cóż. Ogólnie rozchodzi się o to, że w Nowym Jorku ktoś wypuścił niesamowicie zjadliwą i szalenie szybko roznoszącą się chorobę. Jako, że epidemie i pandemie to nie jest coś, co amerykanie są w stanie w racjonalny sposób rozwiązać, co jest nieco dziwne, bo w KAŻDYM filmie katastroficznym, to akurat USA dostaje przysłowiowe baty. Skończyło się tym, że całe miasto zmieniło się w rozrywaną wojnami gangów strefę zagrożenia, co fatalnie wpłynęło na populację tegoż, ale całkiem skutecznie obniżyło ceny lokali w tamtej okolicy. Porządek może zaprowadzić jedynie organizacja The Division, która ma agentów umiejscowionych wszędzie, bo tak. A ty jesteś jednym z nich. No właśnie tutaj mam problem z miałkością fabuły. Ot, żyje sobie ludź, ma sąsiadów, może nawet kota ma. Nagle w komórce mu zapipkało i okazuje się, że jest żołnierzem, wysoce wyspecjalizowanym w walkach w środowisku miejskim, a wczoraj wieczorem, jak wróciłeś z pracy, to zastałeś go w kuchni ze swoją małżonką, bo przyszedł pożyczyć szklankę cukru, kiedy ona, bidula, akurat brała prysznic? Średnio to pasuje do Toma Clancy, ale, jako że się biedakowi jakiś czas temu zmarło, to winić go za ten stan rzeczy nie można w żaden sposób.

Bo jak tu poważnie brać grę, która sprowadza się do tego, że jesteśmy członkiem tajnej jak kolor papieru toaletowego w Strefie 51, nad którym nie ma jakiegoś konkretnego dowodzenia, w uśpieniu czekamy na aktywację do służby, która polega na wycieczce z plecakiem pełnym giwer do miejsca gdzie są ci źli i wystrzelaniu ich, najlepiej w głowę, bez sądu czy choćby słów „winny. Żeby to się działo w Warszawie za jakieś trzy do pięciu lat, albo chociaż w Związku Socjalistycznych Republik Radosnych, w okresie barwnie nazywanym „późny Stalin – wczesny Chruszczow”, to jeszcze bym zrozumiał, ale kolebka demokracji i swobód obywatelskich jakimi są Stany, to jakoś średnio. Chociaż… W obecnych czasach wszystko jest możliwe.

Generalnie piję do tego, że ciężko się „zżyć” z naszym bohaterem. Jesteśmy wrzuceni do akcji bez większych wyjaśnień, okazuje się, że należymy, jak wcześniej pisałem, do przesmutnej organizacji i wszystko było zaplanowane. Jakby odwrócić sytuację, jakby się okazało, że jesteśmy zwykłym szarym Kowalskim, który nagle ma dość i stwierdza, że Nowak po prostu przesadził faktem, że udusił babcię spod czwórki, bo krzywo na niego spojrzała i wymierza sprawiedliwość w obawie, że Kowalska zostanie potraktowana tak samo tylko ze względu na lekkiego zeza, to jeszcze jak cię mogę. Fabularnie podobać to się może tylko zwolennikom strzelania do drugiego sortu obywateli, albo ludziom, którym fabuła zwisa całkowicie muchomorem.

Nudno jest jeśli o rozgrywkę chodzi. Nie dość, że to kolejny sandbox wydany przez Ubi, co pociąga za sobą syndrom „nie ma za wiele do roboty, ale patrz jaka duża mapa”, to jeszcze gra, zamiast w jakoś logiczny sposób pociągać w stronę dalszych wydarzeń, pokazuje nam stopień ukończenia po prostu – w procentach. Każda potyczka przypominała mi stareńkie Diablo albo nieco bardziej współczesne Borderlands. Po wystrzelaniu wsztystkich elementów animalistycznych spędzamy kilka minut na zbieraniu z ciał pokonanych sprzętu rozmaitego i zakładaniu na siebie coraz lepiej pasujących nam przedmiotów. Oprócz funkcji standardowych, jakie może pełnić na przykład kamizelka z kevlaru czy carbonu, czy jak się to tam zwie, zmienia się również nasz wygląd. Szkoda tylko, ze elementy ubioru jakie na siebie możemy założyć, niezależnie od konfiguracji sprawiają, że zawsze wygląda się tak samo. Jak turysta z NRD, który przepadł na miesiąc w Karkonoszach. Arsenał taki sobie, ale zważywszy na fakt, że nadal jesteśmy członkiem niepilnowanej żadnym prawem milicji prowadzacej walkę partyzancką między osiedlami, też nie można wymagać nie wiadomo czego.

Całość wątpliwości fabularnych jakie mam do tej pory poruszana jest, zaskakująco, w cutscenkach między misjami, gdzie jakaś dobra dusza zwraca uwagę na średnio moralne możliwości jakie przed nami stoją, ale chwilę później cutscenka się kończy i wracamy do radosnego strzelania tak jak wcześniej. Ładujemy ile sie da do takich samych przeciwników, a czasem pojawia się boss, przeciwnik elitarny, o wieeeeele silniejszy od swoich popleczników. Z nim też walczymy, a po kilkunastu headshotach za dużo, bo pasek zdrowia mają dłuższy niż opóźnienie w budowie kolejnego odcinka A4, sytuacja się powtarza. Nie trzyma się to kupy i jasno daje do zrozumienia, że autorów scenariusza było conajmniej kilku, ale ze sobą nie rozmawiali. Bo i po co? Naród i tak kupi. W jednej chwili znajdujemy na mapie nagranie opisujące rzeczy conajmniej smętne, by po chwili słuchać, jak jakiś niewydarzony „dowódca” chwali się karierą w reklamie maści na hemoroidy i narzeka, że mu kariera nie wystartowała. No to w końcu jak ma być? Dramat, pandemia i straszność, czy wesołek, który należąc do tajnej organizacji na boku dorabia w reklamach? To jakby bracia Mroczkowie byli na dziekance z GROMU. Nijak nie ma to sensu.

Rozgrywka w największym skrócie składa się z kilku elementów. Pierwszy, to odwiedzenie miejsca, w którym są bardzo niegrzeczni obywatele jakże wspaniałego niegdyś miasta i wystrzelanie wszystkich. Drugi, to znalezienie miejsca, w którym znajdują się rzeczy warte pilnowania i czekanie, aż przyjdą do nas niegrzeczni obywatele jakże wspaniałego niegdyś miasta. Trzeci, to wycieczka piesza, między misjami po ulicach jakże wspaniałego niegdyś… Rozumiecie. No nuda, że aż smutno. No chyba, że w miarę równo postępująca rozgrywka natrafi na wyjątkowo twardego przeciwnika elitarnego, wtedy mamy czwarty element – opróżnianie magazynków w niemilca, aż przy akompaniamencie kwęknięcia, stęknięcia albo równie podniecającego efektu dźwiękowego – zdechnie. Nie lepiej jest, jak trafimy na elitarnego snajpera. Lewatywa i/lub lobotomia z ołowiu zanim zdążymy pomyśleć, ze tam chyba jest snajper. Szkoda gadać.

Czy warto w to grać? W sumie, to tak. Nie za darmo gra uzyskała tytuł najlepiej sprzedającej sie gry Ubisoftu ever, bo po poprawkach, rzecz jasna, grać się da, a strzelanie do niemiluchów jest wyjątkowo miodne, ale przyznam, że wynudziłem się przy tej pozycji strasznie. Ale to tylko moja opinia. Dla fanów gier tylko i wyłącznie onlinowych, którym, jak mówiłem, fabuła całkowicie zwisa, to może być gra wszechczasów. Dla mnie, starego pryka, który jednak szuka czegoś więcej jak radosna rozwałka, to jednak trochę za mało.

 

Grę Tom Clancy’s The Division do recenzji udostępnił: