I nie, nie będzie o pornografii, przynajmniej na razie. Dochodzę do wniosku, że w naszym ślicznym zakątku planety ludzie naprawdę nie umieją korzystać z dobrodziejstw Internetu. Przykład najbardziej „memowy” z możliwych zawarłem w tytule. Cała wiedza naszej planety dostępna w telefonie, rzecz jasna w zależności od zasięgu i pakietu sieciowego od operatora, a spora część korzysta z niej jedynie w celu obejrzenia filmików z przesłodkimi kotkami, albo… no właśnie.

Zastanawiające jest do czego tak naprawdę ludzie używają sieci. Wiadomo, że do rozrywki, przede wszystkim, część do pracy czy nauki, cześć do zarabiania czasem niemałych pieniędzy, ale czy robią to tak jak powinni?

W kwestii disclaimera: Zdaję sobie sprawę z radykalności niektórych opinii jakie głoszę, wiem, że nie każdy się może ze mną zgadzać, dyskusja zawsze mile widziana. Moim celem jest po trochę pokazanie innego, może niezbyt popularnego punktu widzenia, który nie stawia nikogo na piedestale, bo tak.

Z moich osobistych obserwacji wynika smutny wniosek, że otaczająca mnie gawiedź średnio umie korzystać z tego czym w ogóle jest Internet. Uczniowie na ten przykład zrobili sobie z Internetu niepowstrzymane źródło ściąg i darmowych podręczników. Że o nieograniczonej ilości dupereliów w postaci kwejków, 9gagów i podobnych nie wspomnę. Zaczęło się to wiele lat temu i niestety do dnia dzisiejszego nic się w temacie nie zmieniło, choć teoretycznie powinno, bo nasza wiedza na temat możliwości WWW powinna dorastać wraz z nami. W ramach przykładu podeprzyjmy się, jakże wśród uczniów i studentów, popularną Wikipedią. Fajnie się z niej korzysta, spora ilość informacji niemal na każdy temat, każdy ją zna i zapewne niejednemu i niejednej pomogła w ukończeniu szkoły lub studiów. Tylko pozostaje problem. Tak szczerze. Z ręką na sercu. Kto z was edytował jakąś stronę? Kiedykolwiek?

Taki nasz problem. Jeśli ktokolwiek zgodnie z prawdą odpowiedział, że tak, to szacun pełną gębą. Ja sam też się jakoś nie kwapiłem nigdy do edytowania i nawet przekazanie 1% podatku na cele Fundacji Wikipedia nie ratuje mnie w tej, jakże smętnej, sytuacji. Nic w tym nowego. Zawsze chętniej brać jak dawać. Szkoda, że u nas najczęściej odnosi się to do torrentów. Wielka szkoda.

Niestety uwiera mnie też nasza klasyczna, polska, buraczana, cebulowa zaściankowość. Objawiająca się najczęściej czy to debilnymi łańcuszkami, które prócz obciążania łącz i serwerów nie robią nic dobrego, czy też kompletnie nie na temat komentarzami i pławieniem się w odmętach internetowej anonimowości. Klasyczny przykład, to sztandarowe już określenie, że ktoś/coś jest durne jak komentarz na Onecie. Nie wzięło się z powietrza. Niestety, ale elokwencja komentujących ukazuje często bezmiar głupoty, równie bezdenny, co dziura w rodzimym budżecie. Jeśli przy tekście, który był pisany ewidentnie pod wpływem emocji, na pewno w pośpiechu, poruszone zostały naprawdę palące kwestie, istotne, czy zmuszające do przemyśleń pierwszy komentarz to obrażanie autora za to, że zjadł gdzieś przecinek, czy wytykanie celowego w wielu przypadkach użycia archaizmu, czy innego słowa, którego przecież czytelnik znać nie musi, to ręce opadają. No dobra, drugi komentarz. Pierwszy komentarz, przynajmniej w większości przypadków, to sakramentalne „Pirszy!”. Słownik nie gryzie, na litość bóstw wszelakich, a i odrobina zrozumienia czasem też nie boli. Nie masz człowieku nic konstruktywnego do powiedzenia, nie wnosisz nic do tematu, prócz czepiania się interpunkcji, to weź się na forum publicznym nie wypowiadaj. No chyba, że błędy są rażące i każdy z nich wywołuje łomot, wydawany przez przewracającą się w grobie ortografię, a takich też, niestety, nie brakuje.

Podobnie ma się sytuacja z zachłyśnięciem się technologią. Wielokrotnie zdarza się, że, niekoniecznie młodzi ludzie, jak już dorwą się do czegoś, to naprawdę nie wiedzą kiedy przestać. Przykładem jest całkowicie nieodpowiedzialne, przynajmniej w moim przekonaniu, robienie miliona zdjęć swojego dziecka i wrzucanie ich na portale społecznościowe. Bez cenzury, bez ładu i składu, bez sensu. Zapominamy czasem, że dziecko, to tak naprawdę mały człowiek, a nie nasza własność, czy nie przymierzając pies. Do tego ma worek ludzkiego nawozu wokół pasa, ale nie o to chodzi. Zapomina się w większości, że rzeczy raz wrzucone w sieć – pozostaną tam na zawsze. Żadna ilość gróźb, próśb, czy nawet zabiegów rządowo-policyjno-prawniczo-legislacyjnych nie zmieni faktu, że mocno uparty zawsze do pewnych danych dotrze. Nie wrzucaj w sieć zdjęć genitaliów swojego dziecka! Nie dość, że to conajmniej świństwo, to do tego możesz mieć pewność, że jak dotrze do wieku conajmniej gimnazjalnego, to na pewno ci nie podziękuje. Albo nieśmiertelne wrzucanie zdjęć każdego posiłku, albo coś równie elokwentnego. No cóż. Mówią, że co kraj to obyczaj, ale tak śmiesznie trochę jest.

W następnym odcinku dowiemy się, dlaczego Nowakowa nagle polubiła Kowalskiego, kiedy on przyznał się do wygrania w Lotto, czyli recenzja szlagieru „Przebudzeni w Sosnowcu”, a zupełnie poważnie pogadamy o Instagramie i Snapchacie, dlaczego jestem za i przeciw.