Ciężko pisać możliwie bezstronnie na temat serwisów, których sam używam, ale w sumie można spróbować. Instagram – dlaczego za, dlaczego przeciw? Zwykłem mawiać, że każde urządzenie ma swoją funkcję. Przydatność zależy od niej właśnie, nawet, jeśli funkcja jest inna, niż zakładana przez twórcę. Mówiąc po ludzku, wszystko może być dildo, zależy jak odważny jesteś.

Potencjał jaki drzemie w prawidłowym wykorzystaniu tej aplikacji jest gigantyczny. Można używać go do dzielenia się fajnymi widoczkami ze znajomymi. Wtedy jest fajnie, bo tylko „namaszczeni” dostępem do naszego konta mogą ślinić się z zazdrości, że udało nam się pojechać na wakacje do Groznego, a im nie. Albo dzielić się zdjęciami żarcia, bo wszystko wskazuje na to, że do tego ta aplikacja powstała. A niech ma jeden z drugim. Niech się Kowalski dowie, że Grażynka Nowakowa takie mielone zrobiła, że mucha nie siada. A może nawet hakier spod trójki pokomentuje, albo coś. Dobre to zastosowania.

Inna rzecz, jeśli nasze konto jest kontem otwartym i może nas podglądać każdy. Wtedy albo możemy naszego wewnętrznego ekshibicjonistę dokarmić do pęknięcia skóry przy pępku, albo… zarobić. Jeśli w puli genów nam się poszczęściło, to jest spora szansa, że przy odpowiednim marketingu możemy się całkiem nieźle wybić i przytulić wcale niemałe pieniądze. Rzecz jasna w przypadku pań, raczej będzie to okupione pozbyciem się sporej ilości ubrań i uśmiechania się w pozach rozmaitych, zatem coś za coś, ale patrząc na sukcesy wszelkiej maści blogerek modowych i innych sław Instagrama, to nie jest to za duże poświęcenie.

Źle się dzieje, kiedy na naszym profilu lądują zdjęcia wspomnianych wcześniej małoletnich dzieci, całkiem nieubranych. Ja rozumiem, że mama, dumna z siebie chce się dzielić swoja radością ze światem, czy świat tego chce czy nie, ale litości… Dosłownie setki zdjęć tego samego dziecka, z zawartością pieluchy rozsmarowanej na zadku. No piękność. Albo te nieszczęsne mielone. Dobra, Grażynka to naprawdę zdolna panna, jak na swój wiek rzecz jasna, znajomym pokazać można. Znają Grażynkę, kibicują jej pasji, jest dobrze. Ale wrzucanie fotek smażonego mięsa świni ku uciesze gawiedzi, zaraz obok nieocenzurowanego przyrodzenia pierworodnego syna i beztroskie samojebki, to nie tylko dziwne, ale czasem niebezpieczne. Nigdy nie wiesz kto cię podgląda. Przykład może nieco wyolbrzymiony, ale w zeszłym tygodniu dziewczę, przeutalentowane, biorące udział w amerykańskim The Voice, pracujące nad płytą i koncertujące – niestety – zostało zamordowane. Przez fana. Niby nic nowego, Hameryka, dostęp do broni, stalkerzy… Okazało się, że morderca był fanem, o istnieniu którego biedne dziewczę nie miało pojęcia. Nigdy nie napisał do niej, nigdy nie był na koncercie, zero kontaktu i nagle bach. Wariat zastrzelił dziewczynę. Uważajcie ludzie co w sieć wysyłacie, bo może dojść do nieszczęścia.

Ja osobiście używam Instagrama jako albumu zdjęć. Albo jakaś fotka rodzinna, albo wspomnienie z imprezy, a to zdjęcie żony, bo wyglądała wyjątkowo w danej chwili. Ot, album w chmurze, żeby nie przepadło. Czy ktoś mnie obserwuje? Jak najbardziej. Znajomi, którym sam pozwalam na podglądanie tego co fotografuję.

Jak zwykle, trzeba do sprawy podejść z odrobiną rezerwy. Powiedzieć, że ludzie prawidłowo korzystają z Instagrama to jak uznać, że Waffen SS miało tylko kilku zagubionych w swoich szeregach. Nie pozostaje nic innego jak wierzyć, że z czasem ludzie zmądrzeją.

W następnym odcinku dowiemy się o trzech przyjaciółach z Radomia, pracujących w Wodociągach Miejskich i dlaczego zaginął zegarek, czyli „Dobry, Zły i Brzydki”, a poważnie, Snapchat. Miało być dzisiaj, ale Snapchat nie zając, nie ucieknie.