Kiedy dostałem od Naczelnego informację, że będę recenzował klawiaturę gamingową, to zatańczyłem taniec radości. Wyglądało to dziwnie, bo stało się to, nie w zaciszu domowym, ale na środku sklepu. Perspektywa, że coś zastąpi, choćby na chwilę mojego wysłużonego, mocno nie gamingowego A4Techa sprawiła, że do testów przystąpiłem ze zdwojonym entuzjazmem. Jak się to skończyło?

Zawartość opakowania

Opakowanie jest bardzo dobre. Niby kolorowy karton, ale jakoś tak, pozytywnie. Klawiatura została zabezpieczona odpowiednią ilością pianki ochronnej, pudełko jest dość mocne, by wytrzymać zmagania z firmami kurierskimi. Jak na razie same pozytywy. Wygląd klawiatury na pudle, to poezja. Dobrze zrobione zdjęcie, podrasowane odpowiednią ilością Photoshopa. Na samym froncie producent chwali się trzema funkcjami, bez których gracz żyć zwyczajnie nie może – Gaming Mode, podświetlenie w trzech kolorach i technologia anti-ghosting. Co poza klawiaturą? Niewiele. Ulotka z podstawowymi informacjami na temat podłączenia i naklejka. Treściwie, choć niepowalająco.

Wygląd zewnętrzny

Urządzenie samo w sobie, z czysto wizualnego punktu widzenia jest fenomenalne. Nie ma się czego przyczepić na pierwszy rzut oka, bo klawiatura wykonana jest naprawdę dobrze. Metalowa podstawa, tak, metalowa, malowana proszkowo, bardzo wytrzymała. Nie, jak za starych dobrych czasów Związku Radosnego „gniotca niełamiotca”. Klawisze wydają się być lekko podgumowane, bo nie ślizgają się pod palcami, choć z czasem i eksploatacją, może się to zmienić. Czas pokaże. Klawiatura robi co może, żeby wyglądać na mechaniczną i póki nie zaczniemy na niej pisać, to starania są pozytywne. Szczególnie, że ten konkretny model wpisuje się doskonale w obecnie panujący trend wśród urządzeń gamingowych, by nie było na niej obudowy górnej. Dobre to rozwiązanie, bo widać wszystko między klawiszami, co przydaje się przy okazji podświetlenia, to jeszcze pozwala w miarę bezstresowo ją czyścić, bo jak wiadomo, spora część ludzi nie wyobraża sobie grania bez żarcia przy kompie.

Z dodatków, które wybitnie poprawiają wizualną atrakcyjność samej klawiatury jest mocno podgumowana podpórka z lewej strony, żeby przy okazji obsługi WSAD, nikt nie dostał zespołu cieśni nadgarstka. Od spodu całość plastikowa z klasyczną możliwością podniesienia klawiatury pod lekkim kątem. Jestem całkowicie przekonany, że podpórki do regulacji kąta można było wykonać z materiału bardziej wytrzymałego niż ten. Założę się, że połamią się przy pierwszym meczu w CS:GO, w przypadku bardziej krewkich graczy. Wypadałoby je też nieco podgumować, bo w pozycji podniesionej ślizga się toto po biurku jak polscy kierowcy przy pierwszym śniegu. Generalnie, wszystko pięknie.

Połączenie, kabel, międzymordzie

Testowana klawiatura Trust GXT 850 jest – mimo bardzo odważnego wyglądu – multimedialną membranówką na USB. „Nie dajmy się zwieść wyglądowi” – jak powiedział jeden z moich znajomych po powrocie z wycieczki do Tajlandii. Przewód USB, jakby mnie kto pytał, mógłby być w oplocie, szczególnie, że spora część urządzeń z serii GXT takie właśnie ma, mało tego, strona internetowa Trust idzie w zaparte, twierdząc, że przewód jest opleciony, mimo że zdjęcia nad tym napisem wskazują coś zupełnie innego. Dziwne trochę takie odstępstwo od ujednoliconego designu, ale przewód jest dostatecznie gruby i mocny, że nie wpływa to jakoś specjalnie na żywotność całości. Klawisze rozłożone są najbardziej standardowo jak się tylko dało, wykonane, jak dla gracza, czyli siermiężne jak przodowniczka w czasie wykopków. Skok wysoki, co akurat lubię, ale nieco za miękko chodzą. Nie jest to klawiatura mechaniczna, ale klawisze mogłyby odskakiwać nieco szybciej. Co do układu, to ja sam, przywyknięty do podwójnego klawisza Start i klawisza po prawej odpowiadającego za wywołanie menu kontekstowego (tak jak prawy przycisk myszy) musiałem przyzwyczaić się do delikatnej zmiany. Zaraz obok prawego Ctrl znajduje się klawisz funkcyjny, w kombinacji z którym uruchamiają się aplikacje, radośnie podwiązane pod rząd od F1 do F12, kontrola podświetlenia, w tym jasności, oraz blokady klawisza Start, która to blokada była jednym z trzech szalenie istotnych dla gracza punktów przetargowych.

Jeśli o podświetlenie chodzi, to jest poprawnie. Trzy poziomy jasności, trzy kolory, a do tego możliwość uruchomienia choinki, kiedy wszystko pulsuje na zmianę. Tutaj mam jednego zgryza, bo podświetlenie nie przechodzi przez klawisze, a jedynie świeci między klawiszami. W nocy wypada średnio, bo w przypadku osób chcących użyć jej do pisania przyda się jak zestaw wacików podczas epidemii grypy „hiszpanki”, bo bardziej przeszkadza niż pomaga. Gracze będą mieli ubaw, bo świeci, między innymi na czerwono. Generalnie wygląda to efekciarsko, choć bez wątpienia ma funkcję wyłącznie ozdobną. Świecą się rzecz jasna nie tylko klawisze, ale też bardzo eleganckie logo „Trust Gaming” i kilka wycięć na dole, które najczęściej zasłonięte będą prawym nadgarstkiem. Nie może oczywiście zabraknąć też podświetlenia Caps Lock, Num Lock i Scroll Lock. Szkoda, że te akurat świecą tylko na czerwono i dość mocno odstają, kiedy dla reszty wybraliśmy inną barwę. Szkoda.

Klawiaturę testowałem na Windowsach 8 i 10 i nie wymagała ona żadnego dodatkowego oprogramowania. Wszystkie klawisze funkcyjne działały bardzo dobrze. Na innych systemach niestety stestować się nie udało, ale raczej problemów robić nie będzie. Możliwość naciśniecia 10 klawiszy na raz sprawdzałem przy użyciu najproszego narzędzia jakie jest, udostępnionego za darmo przez Microsoft. Rzeczywiście, da się to zrobić. Swoją drogą zastanawiam się po co komu kontrola nad 10 przyciskami na raz, ale owszem, da się.

Mam z tą klawiaturą jeden kolosalny problem. Chodzi o spację. Pal sześć, że klawisze nie odskakują tak szybko jakbym chciał, że lampki kontrolne są w innym kolorze niż bym chciał. Kwestia przyzwyczajenia. Co mnie boli? Spacja wciska mi się dwa razy. W czasie gry, to akurat mało istotne, ale kiedy piszę jakikolwiek tekst, który potem muszę poprawiać, bo spacji natłukło więcej, niż w czasie prób oszukania nauczyciela na ilość znaków w tekście, to Panie i Panowie, krew potrafi zalać. Podejrzewam, że to kłopot związany z tym konkretnym egzemplarzem, bo, mimo bardzo usilnych poszukiwań w sieci, nie znalazłem nikogo, kto by się na coś takiego skarżył. Dziwne, bo jakby nie ten jeden smętny detal, to byłoby niemal idealnie.

Podsumowując…

Trust GXT 850 to naprawdę dobrze wykonane urządzenie. Dzięki metalowej podstawie waży całkiem sporo, bo z półtora kilograma + VAT, ale mogłaby się nieco mniej ślizgać w pozycji podniesionej. Klawiszy nie ma programowalnych, ale działa rewelacyjnie na każdym testowanym sprzęcie, bez konieczności instalowania dodatkowego oprogramowania. Przewód USB nie jest w oplocie, ale cóż z tego, przecież i tak nikt tym rzucać nie będzie. Ogólnie jest na plus. Co do skoku klawiszy i tempa ich powrotu do pozycji neutralnej – kwestia przyzwyczajenia. Jedyne, czego darować temu egzemplarzowi nie mogę, to ta nieszczęsna spacja.

Czy warto ją kupić?

Myślę, że tak. Porządnie wykonana, kosztuje między 200 a 240 złotych, jak po sieci poszukać, więc dramatu też nie ma. Sprawdza się niemal niezawodnie, ale jeśli mam cokolwiek przed zakupem zalecić, to dogadanie się ze sprzedawcą, żeby można ją było pomacać przed zakupem. Jak mówiłem, kwestia przyzwyczajenia, ale wspomnieć trzeba. Na koniec jeszcze krótka specyfikacja techniczna.

  • Symbol producenta: 20999
  • Podłączenie: przewodowa, USB 2.0
  • Technologia wykonania: Membranowa, 104 klawisze, czas reakcji 0,8 ms
  • Klawisze Macro: Anti Ghosting do 10 klawiszy
  • Blokada START: tak
  • Programowalne klawisze: nie
  • Programowalne macra: nie
  • Pamięć: nie
  • Przewód: 1,5 m
  • Podświetlenie: tak (czerwone, niebieskie, purpurowe)
  • Podświetlenie klawiszy: nie