Mój Nikon 1 J1 już swoje przeżył, już na siebie zapracował i to nawet kilkukrotnie, więc przyszedł czas na zmianę, tym bardziej, że o takiej zmianie myślałem już od dłuższego czasu. Wiadomo, że zakup aparatu to nie taka łatwa sprawa, bo wyłożenie kilku tysięcy złotych od tak, nie jest tak frywolne jak wypicie kawy, rano przed pracą. Szukałem, przeglądałem, czytałem i testowałem, aż w końcu trafił do mnie bezlusterkowiec od Panasonica – Panasonic Lumix G DMC-G7. I to chyba jest to.

Zaczęło się od ceny, która najpierw nie miała przekraczać 2500 złotych, aż w końcu zatrzymała się na trzech tysiącach i ani grosza więcej. Przeważnie pierwszym kryterium jest cena i u mnie było podobnie. Bo mogłem wybrać sprzęt za równowartość mojego samochodu, ale po pierwsze, kto by za to wszystko zapłacił (i czym bym później jeździł), a po drugie, trzeba jednak mierzyć siły na zamiary i możliwości, nie odwrotnie.

Mam na oku kilka modeli aparatów z wymienną optyką (tak zwanych bezlusterkowców), ale kieruję się też konkretnymi wymaganiami, które nowy sprzęt musi spełnić.W moim przypadku niemal każdy nowy aparat nawet poniżej tej dolnej granicy cenowej, o której wspomniałem wyżej, byłby lepszy od obecnego, więc chociaż tak zadanie było trochę ułatwione. Ale zależało mi też przede wszystkim na: lekkiej, dobrze wykonanej obudowie, szybkim ustawianiu ostrości z trybem manualnym i regulacją w obiektywie, zapisie filmów w Full HD i 60 klatkach i ekranie, który najlepiej jakby oprócz opcji regulacji nachylenia w poziomie miał też możliwość rozłożenia w bok (by podczas nagrywania można było mieć pogląd na to, co dzieje się w kadrze). Nie jestem jakiś zawodowcem i raczej nie będę biegał za modelkami po lesie z lustrzanką w cenie 5-letniego samochodu z segmentu kompaktowego, ale jednak aparat musi spełniać te wymogi, bo to znacznie ułatwiłoby mi pracę.

To moja wina, że Panasonic wsadził to wszystko do jednego modelu i jeszcze zmieścił się z obiektywem 14-42 mm w cenie 3 tysięcy? Akurat tak się złożyło, że tuż przed wyjazdem na targi IFA 2016, dzięki polskiemu oddziałowi firmy Panasonic trafił do mnie Lumix G DMC-G7. Patrząc teraz na aparat, którego używałem przez ostatnie kilka lat to tak jakby z dnia na dzień przesiąść się z 10-letniego Punto do nowiuśkiego Mitsubishi czy innej Toyoty. I nie, producent nie zapłacił ani grosza za to co teraz piszę, a Wy czytacie (to tak jakby ktoś miał jakieś wątpliwości), ale już teraz mogę śmiało stwierdzić, ze aparat „robi robotę”. Błyskawicznie łapie ostrość, ma tryb ręcznej kontroli Auto Focusu, który dodatkowo zaznacza błękitnym kolorem elementy, które są ostre w kadrze, odchylany i w dodatku dotykowy ekran i co to dużo mówić, genialną jakość filmów (w 4K) i zdjęć. Zresztą sami będziecie mogli się przekonać, bo wziąłem ten aparat specjalnie z myślą o targach IFA. Do tego jeszcze dobrze, pewnie leży w ręce i ma sporo przycisków, które możemy zaprogramować. Ale żeby było jasne, to nie jest recenzja, a swego rodzaju pierwsze wrażenia, po około tygodniu używania. Skoro teraz jest dobrze, to później może być tylko lepiej.

Jeszcze raz serdeczne dzięki dla Panasonic Polska za udostępnienie aparatu na IFA 2016. Już teraz wiem, że ciężko będzie mi się z nim rozstać.