Przywyknięty do słuchawek nausznych, szczególnie w gamingowej wersji, do dokanałówek podchodzę mocno sceptycznie. No przecież to nie może grać, jak „normalne” słuchawki. Jak można tutaj mówić o jakości? W dodatku w tych pieniądzach? No i po raz kolejny wyszło, że nie należy oceniać książki po okładce, czyli słuchawek po ich wielkości i cenie.

W kwestii opakowania, to rewelacji nie ma. Pudełko wykonane z plastiku, z zawieszką na górze, pozwalającą na powieszenie na sklepowej wystawie. Szalenie podobne, do recenzowanych w zeszłym roku słuchawek Brainwavz Delta. Podobnie jak w przypadku tych wcześniejszych, opakowanie w całości po angielsku, ale z minimalną znajomością lengłydżu dowiemy się z niego wszystkiego, co może nas interesować.

Specyfikacja Brainwavz Omega

Nazwa:Brainwavz Omega
Przetwornik:Dynamiczny
Średnica przetwornika:6 mm
Pasmo przenoszenia:20 – 20 000 Hz
Moc znamionowa:20 mW
Czułość:98 dB przy 1 kHz
Impedancja:16 Ω
Wtyczka:mini jack 3,5 mm, miedziany, łamany
Długość przewodu:1,2 m
Mikrofon:tak
 Cena:49 złotych

Co w środku?

Same słuchawki, bardzo elegancko złożone w ślicznym, przezroczystym woreczku. A poważnie, to jest spartańsko, ale ze smakiem. Wszystkie elementy zestawu mają swoje opakowanka, w jednym worku słuchawki, w drugim dodatkowe, silikonowe nakładki na przetworniki (w trzech rozmiarach), w kolejnym nakładki zrobione z pianki (Comply S-400), które mają za zadanie wygłuszać dźwięki płynące z otoczenia.

„Ale to nie wszystko” jak mówią w telezakupach. Całości dopełniają pasek na rzep, klips, który można sobie dopiąć do ubrania, żeby nam się kabelek nie majtał i instrukcja, którą w tym przypadku radośnie odłożyłem bez zagłębiania się w treść. W końcu słuchawki, to nie telefon, do wnętrza którego nie można się dostać bez składania całopalnej ofiary z dwóch stażystów, księgowej i kumkwata. Żeby nie było za różowo, to brakuje sztywniejszego opakowania, do transportu, do którego przyzwyczaił nas producent w innych modelach, ale w tych pieniądzach, to nie ma się co spodziewać cudów.

Wykonanie

W tym przedziale cenowym, bo kosztują zaledwie 49 złotych polskich, to spodziewałem się bazarowego badziewia „made in”, a okazało się, że dostałem bardzo dobrze opracowany produkt. Sześciomilimetrowe przetworniki zamknięte w aluminium, w moim przypadku niemalowanym, wzmocnienie dla łączenia kabla z metalem w postaci plastikowej obejmy. Nie ma się czego przyczepić. Słuchawka, wraz z nałożoną silikonową końcówką ma jakieś 2 cm długości, więc nie odbiega znacząco od przyjętego standardu. Wypaść z ucha nie powinna nawet w przypadku bardzo dynamicznego poruszania głową. Kabelek, zakończony sprytnie, bo skośnie wyprofilowanym jackiem TRRS, został wyposażony w pilot, uzbrojony w trzy przyciski, pauzo-odbieracz i regulację głośności. Sprawia on wrażenie całkiem solidnego, choć, jak już wspominałem, spodziewałem się „śruta”. Rzecz jasna mikrofon też w pilocie jest.

Coś co zwróciło moją uwagę, to sprytne rozwiązanie w postaci gumowego suwadełka na kablach, pozwalającego na dodatkową regulację. Wysoce mądre i niewymagające rozrywania kabli, czy innych podobnych bezeceństw. Jak już mam się na siłę czepiać, to wspomnę o karygodnym kłamstwie, jakie znajduje się na opakowaniu. Otóż napisane jest, że kabelek ma 1,2 metra. Nieprawda, bo ma 5 centrymetrów więcej. Mierzyłem. Zakończenie kabelka też, jak już mówiłem, sprytne. Jack na końcu jest zmontowany w skos, co sprawia, ze nie ma zwyczajowych problemów, jakie miewamy z przewodami. Proste odstają trochę za bardzo, kątowe nie dosięgają, jeśli mamy jakiś wyjątkowo fikuśny futerał na telefon. Widać, że ewidentnie ktoś się nad problemem pochylił. Jack pozłacany, żeby nie było.

Generalnie, to nie ma powodu do czepiania się czegokolwiek jak na razie, no może z wyjątkiem dwóch rzeczy. Po pierwsze, wierutne i ewidentne kłamstwo związane z długością przewodu, a po drugie, niemożność dokupienia piankowych nakładek, które wytłumiają wszystko z otoczenia. Szkoda, bo jakby nie te dwie rzeczy, to nie miałbym się czego czepić.

A jak to w ogóle gra?

Poniżej jest playlista, której użyłem do testów. Starałem się wybrać coś, co pozwoli na sprawdzenie zarówno czegoś mocniejszego, jak i spokojnych dźwięków. Rozpiętość testowanych sprzętów? Od peceta, przez Huawei P8 Lite, po odtwarzacz MP3. Wszystkie utwory do znalezienia na Spotify, więc zachęcam do sprawdzenia co było użyte, bo i test nienajgorszy, a i pośmiać się można czasem.

  • Charlie Para del Riego – The Total Biscuit Ballad
  • FitnessGlo – Time Bomb
  • The Lonely Island – Motherlover
  • Darren Korb – A Proper Story
  • Metalocalypse: Deathklok – Murmaider
  • Adhesive Wombat – 8 Bit Adventure
  • Wintergatan – Marble Machine
  • Corky and the Juice Pigs – Eskimo
  • Andy McKee – Rylynn
  • Rednex – Cotton Eye Joe
  • Miracle of Sound – Commander Shepard
  • Vulvectomy – Brutal Rectal Impalement
  • Gopnik McBlyat – Snakes in Tracksuits
  • The Warp Zone – Batman
  • Epic Rap Battles of History – Nikola Tesla vs Thomas Edison
  • Stephen Lynch – Little Tiny Moustache
  • Prototyperaptor – Bring back the funk

Żaden ze mnie audiofil, ale muszę z satysfakcją stwierdzić, że tupią te słuchawki wcale nienajgorzej. Najlepsze doświadczenie w czasie słuchania muzyki, przynajmniej dla mnie jest, kiedy dostajemy nowy sprzęt grający i testujemy go na utworach, które znamy dosłownie nuta w nutę, tu się nagle okazuje, że odkrywamy coś całkowicie nowego, jak dodatkowa ścieżka z tamburynem w tle. Tak było i tutaj. Okazuje się, że można mnie zaskoczyć w kwestii co bardziej skomplikowanych utworów. Oczywiście w przypadku przetworników takiej mocy, jak te zastosowane tutaj, nie można się spodziewać, że basy spowodują wytrzeszcz oczu przy bicie, albo poluzowanie zwieracza jak przyjdzie drop. Jest dobrze, bardzo dobrze, ba, zaryzykuję, że lepiej niż powinno być. Sprzęt wysoce budżetowy, a daje radę niewiele słabiej niż moje wyjątkowo gamingowe i niemal dziesięć razy droższe słuchawki. Nie, nie chwalę się, po prostu żałuję, że Brainwavz Omega nie testowałem wcześniej. Dają sobie radę zarówno z muzyką poważną, przez bardzo mocne metalowe brzmienia. Nawet ruski hardbass im niestraszny, to czego ja mogę chcieć?

Brainwavz Omega / fot. galaktyczny.pl
Brainwavz Omega / fot. galaktyczny.pl

 

No właśnie mogę, bo nie obeszło się bez jednej wady, która wspomniana jest tylko i wyłącznie z kronikarskiego obowiązku, bo na innych egzemplarzach problem nie występował. Okazuje się, że prawa słuchawka miała delikatne przebicie i czułem, jak mnie w ucho smyra prąd. Bzdura, na dobrą sprawę, bo ani to prąd straszny, ani nie było to ciągłe, ale wspomnieć należy. Do minusów zaliczę też brak etui, bo szkoda byłoby w kieszeni luzem nosić tak zacny sprzęt, ale nic na to nie poradzimy.

1. Recenzja słuchawek dokanałowych Brainwavz Delta – dobrze wyglądają i jeszcze lepiej grają
2. Recenzja Brainwavz BLU-200 – „naboje” do twoich uszu

Nakładki, bo o nich tylko nie wspomniałem. Dają radę. Wykonane, w trzech rozmiarach, małym, średnim i dużym, z całkiem przyjemnego w dotyku silikonu, łatwe w utrzymaniu, nieskomplikowane w przypadku czyszczenia i utrzymywania ich w ramach jakiejkolwiek higieny. Łatwo też je zdjąć i założyć ponownie na przetworniki, tak w razie czego. Jeśli chodzi o pianki Comply S-400, to żal mnie ciśnie w jestestwo jak podwyżka podatków, bo nie da się ich dokupić osobno. Przynajmniej tak utrzymuje napis na woreczku, w jaki zostały zapakowane. Nie sądzę, że prędko przesiądę się na jakiekolwiek inne, zarówno słuchawki, jak i nakładki.

Czy polecam? Za te pieniądze, tej jakości i z dwoma latami gwarancji? W ciemno.

 

Sprzęt do testu dostarczył sklep:

audiomagic-logo