Niby taka pierdoła, zwykły pendrive, na którego pewnie w ogóle nie zwróciłbym uwagi. Najlepsze jest to że przeleżał kilka miesięcy w szafce i pewnie byłby tam dalej, gdyby nie małe porządki i fakt, że wcześniejsza „flaszka” gdzieś na trochę postanowiła się wziąć i zgubić. No co, to w końcu pendrive, ma prawo tak zrobić. A skoro to już wygrzebałem to postanowiłem sprawdzić co ten maluszek potrafi, tym bardziej, że pojemność przyzwoita jak na targowy gift. Oto krótki test pendrive’a SanDisk Ultra Flair na USB 3.0 i z 32 GB pamięci.

Nie napiszę nic o opakowaniu, bo najnormalniej w świecie go nie mam i nigdy nie miałem. W końcu to promka, na której były jakieś materiały prasowe, teraz potrzebne tak bardzo jak litr wódki, gdy słucha się pani Szydło. Nie dostałem też oprogramowania w postaci SanDisk SecureAccess, które zapewne normalnie znajduje się już na pamięci i służy do zabezpieczenia hasłem prywatnych danych. Jeśli jednak znajdziecie ten pendrive w sklepie, będzie zapakowany w papierowy blister w charakterystycznych dla SanDiska barwach.

Sam pendrive ma niewielkie wymiary i waży tyle co garstka rozsypanych po stole zapałek. Sprawia dobre wrażenie wizualne, a to pewnie dlatego, że korpus został wykonany z jasnego, szczotkowanego aluminium i został połączony z plastikową, półprzeźroczystą zawieszką. Możemy więc przyczepić pendrive’a do kluczy czy smyczy, żeby nam się gdzieś nie zawieruszył (no chyba, że zrobi to właśnie z kluczami). Obydwa elementy są dobrze dopasowane, choć ja mam małe obawy do tego, że przy upadku plastikowa część może pęknąć. Co prawda, są to jak na razie przypuszczenia, bo pendrive spotkał się już kilka razy z podłogą i nadal wygląda jak nowy. Łatwo jednak się rysuje, więc trzeba uważać. Na obudowie widać logo producenta, a jak ktoś się dobrze przypatrzy to na zawieszce zauważy nazwę i podstawowe oznaczenia.

SanDisk Ultra Flair to pamięć z interfejsem USB 3.0 (USB 3.1 Gen 1). Zresztą, nawet nie trzeba patrzeć w specyfikację, by o tym wiedzieć, bo o standardzie świadczy też środek złącza w kolorze niebieskim. Według producenta pendrive jest w stanie osiągnąć prędkość odczytu do 150 MB/s. Bardzo zastanawiało mnie właśnie to „do” i czy taki mały, niezbyt drogi pyrtek jest chociaż trochę się do tego wyniku zbliżyć. Okazało się, że tak, ale nie zawsze. Pendrive jest w stanie zbliżyć się do tego co deklaruje producent, bo maksymalna prędkość odczytu wynosi około 140 MB/s (przy próbkach od 512 KB w górę), przynajmniej według programu ATTO Disk Benchmark (screen po prawej). Zapis z kolei w tym samym programie był na poziomie 90-95 MB/s i od pliku 512 KB utrzymywał się na równym poziomie. Wyniki z HD Tune są trochę nieco mniej optymistyczne. Test w tym programie pokazał, że maksymalna prędkość odczytu wynosi około 110 MB/s, a średnia nieco ponad 50 MB/s. Dziwnie jednak wygląda ten nagły spadek prędkości przy 20% testu, więc jeśli ktoś mądrzejszy jest w stanie to wytłumaczyć, to śmiało.

Obudowa pendrive’a podczas pracy i kilku minutach testów była cieplejsza niż zazwyczaj, ale nie aż tak, by zaczęła parzyć. Problem pojawia się dopiero później, gdy np. instalujemy Windowsa z pendrive’a i przez dłuższy czas pendrive „pracuje”. Wtedy jest bardzo gorący. Na szczęście tak jak szybko złapie trochę temperatury, tak szybko się chłodzi.

Ze względu na metodykę testu bliższy jest mi wynik z programu od ATTO i jeśli jego brać pod uwagę, to prędkości odczytu i zapisu można uznać za zadowalające. Tym bardziej, że pendrive, który testowałem w wersji z 32 GB pamięci kosztuje jakieś niecałe 40 złotych. Za tę cenę raczej warto.