Ostatni monitor jaki testowałem to ten, który kupiłem kilka lat temu i który jeszcze jakieś trzy tygodnie temu stał na moim biurku. Do czasu aż pojawił się na nim ten większy i przynajmniej 5 razy droższy. Mowa o 34-calowym monitorze Philips LCD UltraWide BDM3470UP, który trafił do mnie jakiś czas temu do testów. I kiedy postawiłem go w docelowym miejscu obok mojego „starego” monitora, czułem się trochę tak, jakbym do jakiejś kilkuletniej, ale usportowionej Fiesty podjechał wypicowanym Chargerem z 1969, który pod maską ma prawie 500-konne HEMI. Pierwsze wrażenie było dobitne, ale gdy już go na spokojnie poużywałem, znalazło się trochę plusów i minusów. A skoro tak, to czas na recenzję.

Patrząc po sobie i po monitorach, które używałem, to kilka razy przeskakiwałem na większą przekątną, nigdy odwrotnie (ostatnim razem z niecałych 23 na 24 cale), ale nie sądziłem, że stanie przede mną jakiś 34-calowy olbrzym i sprawi, że przez kilka dni będę wyglądał jak kibic oglądający niezwykle zaciętą i szybką akcję tenisa stołowego między dwoma chińskimi zawodnikami. Bo tak było na początku, ale wystarczyła chwila zabawy z fotelem, przesunięcie wszystkiego co zbędne na biurku i kilka zmian w systemie związanych ze skalowaniem, by sytuacja (prawie, o czym niżej) wróciła do normy.

Monitor wystarczy wyjąć z pudełka, dokręcić do niego podstawę, postawić na biurku i podłączyć do komputera żeby zacząć pracę. Nic trudnego. Tym bardziej, że producent dorzucił chyba wszystkie przewody, z których potencjalny użytkownik może korzystać, ale to nic dziwnego skoro monitor kosztuje więcej niż typowa stacjonarka gracza. Jest HDMI, jest DVI i DisplayPort, ale też mini jack, wszystkie o równej długości 1,8 metra. A z racji tego, że często przy monitorach nie znajdziemy nawet najtańszego kabla HDMI, to zestaw przygotowany przez Philipsa można zaliczyć do tych bogatszych. Testowany monitor przyjechał w ogromnym pudełku, które wygląda tak jakby pochodziło od jakiegoś ichniego telewizora. Jest ładne, ze wszystkimi oznaczeniami i informacjami, ale wspominam o tym tylko z kronikarskiego obowiązku, bo najważniejsze, by skupić się na tym co jest w środku.

Testowany Philips to kawał monitora, nie tylko ze względu na sporą przekątną. Całość waży prawie 10 kilogramów i trzeba sobie wygospodarować przynajmniej metr wolnej przestrzeni, by go postawić. Monitor ma raczej klasyczną konstrukcję i stonowany design, a obudowa w większości została wykonana z tworzywa sztucznego. Jedyne miejsce gdzie możemy szukać czegoś metalowego to dolna część podstawy czy elementy mocujące. Przeważającym kolorem jest tutaj czarny, ale w kilku miejscach można doszukać się kontrastowych, szarych elementów. Całość sprawia w miarę solidne wrażenie i choć matryca dobrze trzyma się podstawy (lekkie chwianie jest zauważalne, ale nie jest większe niż w innych monitorach) to jednak są miejsca gdzie po prostu osoba odpowiedzialna za wykonanie dała dupy. O choćby taka dolna ramka, która już w chwili patrzenia na nią wydaje się niezbyt trwała i bez dużego wysiłku możemy ją wygiąć, co w sprzęcie z tej półki cenowej jest raczej nie do pomyślenia. Niektórzy mogą powiedzieć, że ten sprzęt ma służyć do pracy, a nie stać i ładnie wyglądać. A ja powiem, że dla mnie liczy się to i to, a niestety to drugie „to” w tym przypadku trochę kuleje. Warto jednak zauważyć, że plastikowa ramka w zasadzie jest tylko u dołu ekranu, a reszta tworzy gładką taflę, trochę mylnie dając wrażenie „bezramkowości” przy wyłączonym ekranie. Obraz otacza czarne obramowanie, które ma około 13 mm grubości.

 


SPIS TREŚCI:

  1. ZAWARTOŚĆ PUDEŁKA | WYGLĄD, WYKONANIE, STYLISTYKA
  2. REGULACJA, ZŁĄCZA I PORTY, JAKOŚĆ OBRAZU
  3. KOMFORT PRACY, ZASTOSOWANIE, MONITOR W GRACH
  4. MULTIVIEW | PODSUMOWANIE | PLUSY I MINUSY