Pisząc o oprogramowaniu w Huawei Mate 9 trzeba to poniekąd podzielić na okres sprzed aktualizacji i okres po aktualizacji, którą miały dostać wszystkie egzemplarze, jeszcze przed pojawieniem się w sprzedaży. I z tego też powodu, opublikowanie recenzji trochę przesunęło się w czasie. I dobrze, że aktualizacja zagościła, bo poprawiła strasznie głupi błąd, gdzie powiadomienia na pasku pokazywały się tylko w formie liczy, a nie ikonek konkretnych aplikacji. Jeśli przykładowo dostaliśmy powiadomienie z Twittera, Facebooka i to o nowej wiadomości, to zamiast trzech ikon była tylko jedan z liczbą 3 w środku. Trochę dziwnie, ale na szczęście (prawdopodobnie też w wersji sprzedażowej)to już poprawiono. Ale skoro już o tym piszę, nie wszystko udało się usunąć. Został błąd ze wskaźnikiem wibracji, który na odwrót pokazuje swój status.

Z kwestii oczywistych, Mate 9 jest pierwszym smartfonem od Huawei z systemem Android 7.0 Nougat i najnowszą, piątą wersją nakładki EMUI. Interfejs użytkownika został bardzo mocno odświeżony, trochę przebudowany przez co rzeczywiście jeszcze bardziej zyskał na płynności, stabilności, ale przede wszystkim ładniejszym wyglądzie i czytelności. Jego wygląd był inspirowany Morzem Egejskim i greckimi wyspami, dlatego też w systemie znajdziemy kilka zdjęć z ładnymi widokami, a niektóre elementy, opcje i guziki będą w biało-niebieskim kolorze. Będziemy też mieć wrażenie lekkości i intuicyjności.

W systemie jest podobno zaimplementowany algorytm uczenia, przez co interfejs i działanie smartfonu jeszcze bardziej ma dopasować się do tego, co robi z nim użytkownik. Szczerze powiedziawszy ja nic takiego nie doświadczyłem, a jedyne podpowiedzi zauważyłem w ustawieniach, które przykładowo sugerowały by skonfigurować tryb „Nie przeszkadzać” czy dodać konto pocztowe, jeśli jeszcze tego nie zrobiłem. Swego rodzaju sugestie pojawiały się też na belce systemowej i mam tu na myśli przede wszystkim komunikat o zasobożerności aplikacji, które działają w tle. No tak, w sumie dobrze, że system podpowiada co zżera nam baterię, ale na dłuższą metę było to trochę wnerwiające, bo komunikat pojawiał się niemal za każdym razem, kiedy podglądałem co się dzieje na telefonie. Na szczęście, można go wyłączyć.

Dla mnie osobiście jedną z najważniejszych zmian w EMUI 5.0 jest wspomniany już pasek systemowy, mocno przebudowany i udoskonalony. Jak dobrze pamiętacie, we wcześniejszych wersjach nakładki był podzielony na dwie części, tą z przełącznikami i tą z powiadomieniami, jeśli takowe były. Teraz mamy jedną przestrzeń, ale belka działa dwustopniowo – jedno przesunięcie palcem w dół pokazuje jeden rząd z przełącznikami funkcji i dostępne powiadomienia, a drugie pokazuje już wszystkie przełączniki (całość wyświetla się też od razu jeśli przeciągniemy w dół dwoma palcami na raz). Kafelki z opcjami nie przesuwają się już na boki, ale można je edytować, zamieniać miejscami, a także usuwać i dodawać nowe, także z zewnętrznych aplikacji (co jest opcją stricte z Nougata). Najważniejsze jest to, że widzimy wszystkie przełączniki, a nie tylko 9 głównych jak we wcześniejszej wersji nakładki. Aktywna funkcja podświetla się na niebiesko, a do ustawień konkretnej możemy się dostać przez dłuższe przytrzymanie na niej palcem. Dobre jest też to, że prosto na pasku możemy reagować na powiadomienia, np. odpowiadając szybko na jakąś wiadomość, bez konieczności przechodzenia do danej aplikacji.

Nowości w EMUI 5.0:

  • W ustawieniach jest opcja do zmiany ekranu głównego – może być standardowy (wszystkie aplikacje na pulpitach), ale też z szufladką (tzw. drawerem na aplikacje). 
  • Można wybrać metodę powiadomień – czy powiadomienia mają wyświetlać się w formie ikon czy cyfr. 
  • W systemie jest Huawei Share, czyli nowe centrum udostępniania. 
  • Aplikacja bliźniacza, która umożliwia logowanie się do tej samej aplikacji z dwóch różnych kont. Działa tylko z Facebook i WhatsApp. 
  • Odświeżona aplikacja do obsługi poczty.
  • Identyfikacja złośliwych witryn internetowych.

Najciekawsze rzeczy z EMUI 5.0:

  • Z ekranu blokady mamy dostęp do aparatu i przybronika z wybranymi opcjami jak np. latarka, kalkulator czy skaner QR.
  • Układ ekranu głównego możemy ustawić na 4 X 5, 5 X 4 lub 5 X 5.
  • Jest opcja zapętlania ekranów głównych.
  • Naładowanie baterii może wyświetlać się na ikonie lub obok ikony baterii.
  • W opcjach można ustawić kolejność dotykowych przycisków nawigacyjnych.
  • Przycisk wiszący – szybki dostęp do głównych funkcji. 
  • Jest tryb podzielonego ekranu, który aktywujemy przesuwając knykciem poziomo po ekranie. Można używać dwóch aplikacji jednocześnie.
  • Przesunięcie palcem po wszystkich przyciskach funkcyjnych aktywuje tryb obsługi jedną ręką.
  • Można potrząsnąć telefonem, by wyrównać ikony (działa w trybie edycji). 
  • Zdjęcie w galerii można zapisać jako PDF.
  • Obsługa gestów knykciami (np. dwukrotne „zapukanie” w ekran robi zrzut ekranu).
  • Muśnięcie na pulpicie w dół uruchamia ogólną wyszukiwarkę.

Huawei wraz z Mate 9 pokazał drugą generację aparatu stworzonego we współpracy z firmą Leica.

Dla przypomnienia, pierwszym smartfonem z obiektywem od Leica był Huawei P9. W zasadzie, gdybym miał wskazać różnice z czysto technologicznego punktu widzenia, to napisałbym, że bohater tej recenzji ma większą ilość pikseli w przypadku sensora monochromatycznego (20 Mpix), został wyposażony w optyczną stabilizację obrazu i nagrywa w 4K. W zasadzie tych trzech rzeczy (a na pewno dwóch ostatnich) mocno brakowało we flagowcu Huawei z kwietnia. Skoro Mate 9 otrzymał więcej to czy można napisać, że tym samym ma lepszy aparat? I tak i nie, ale tego ze szczegółami dowiecie się w porównaniu aparatów z obydwu smartfonów. Tutaj skupię się na jakości tego większego.

Huawei Mate 9
Huawei Mate 9

Ze zdjęć z Huawei Mate 9 można być zadowolonym, bo oferują naturalne odwzorowanie barw i dużą ilość szczegółów (dzięki większej monochromatycznej matrycy). Mam jednak wrażenie, że mógłby charakteryzować się ciut wyższym nasyceniem, bo niektóre kolory (jak np. zdjęcie z żółtymi drzwiami) były bledsze na zdjęciu niż w rzeczywistości. Można to co prawda trochę podbić włączając tryb jaskrawych kolorów, ale na niektórych zdjęciach tryb działa zbyt agresywnie (kolory są przesycone), często pojawia się winieta i zdjęcia są trochę ciemniejsze niż od tym w normalnym trybie. Nie mniej, zdjęcia mogą się podobać i Mate 9 wykonuje je w takiej jakości, jakiej życzyłbym sobie od smartfonu takiej klasy i za taką cenę. Kilkanaście próbek macie niżej.

Aparat bardzo szybko wykonuje zdjęcia, a te mogą być zapisane w maksymalnej rozdzielczości 5120 x 3840 pikseli (20 Mpix) i mają tradycyjne proporcje 4:3. Można zmniejszyć rozdzielczość oczko niżej, czyli do 12 megapikseli (podobnie jak w P9) i wówczas skorzystać z nowej funkcji, które Huawei określał jako bezstratnym przybliżeniem. Rzeczywiście, można dwukrotnie przybliżyć fotografowaną scenę i wygląda ona lepiej niż wtedy, gdyby wykonano to samo innym smartfonem, jest w miarę ostra, ale pojawiają sięteż lekkie szumy. Ten tryb możemy głównie wykorzystać do fotografowania makro, bo aparat sam w sobie nie wyostrzy z kilku centymetrów, ale jak go nieco podniesiemy i użyjemy cyfrowego przybliżenia, to jest szansa, że uzyskamy zadowalający efekt. Zdjęcie przed i po przybliżeniu możecie zobaczyć poniżej.

Zdjęcia z (na górze) i bez (na dole) przybliżenia.

Aparat w Huawei Mate 9 nie działałby tak dobrze, gdyby nie przemyślana aplikacja do jego obsługi. Ta już sporych zmian doczekała się za czasu Huawei P9 (i późniejszych aktualizacji) i niemal w takiej samej formie została przeniesiona do Mate’a. Aplikacja uruchamia się od razu po kliknięciu w ikonę (jak zresztą niemal wszystkie aplikacje), a interfejs jest czytelny i poukładany. Z lewej strony wyciągamy całą gamę różnych trybów (np. zdjęcie monochromatyczne czy film poklatkowy), a analogicznie z prawej mamy dostęp do wszystkich ustawień (wybór rozdzielczości, samowyzwalacz czy sterowanie dźwiękiem). Mnie osobiście podoba się sposób działania trybu manualnego, który dosłownie wyciągamy znad przycisku spustu migawki. Tam możemy ręcznie kontrolować 6 parametrów, które pokazują swoje wartości w czasie rzeczywistym, a gdy nastawiamy je z osobna, to słyszymy charakterystyczny, „strzelający” dźwięk. Tryb ten, ale w nieco uboższej formie jest dostępny też podczas nagrywania filmów. Już P9 pokazał, że jak ktoś umie korzystać z takiego trybu to będzie w stanie wykonać profesjonalne zdjęcia i podobnie jest tutaj. Do dyspozycji mamy również tryb małej przysłony, który pozwala po zrobieniu zdjęcia wybrać miejsce, które ma być ostre. Podobnie było w Huawei P9 i podobnie też tutaj działa, nie jest źle, ale raczej nic nie poprawili, bo nadal zdaża się, że rozmycie jest nierówne i wychodzi poza obręb tego co rzeczywiście ma być rozmazane.

Huawei Mate 9 nagrywa filmy w 4K i 30 klatkach, ale według mnie brakuje mu trochę do konkurencji i to nawet biorąc pod uwagę poprzednią rocznikowo generację. Specjalnie przypomniałem sobie jak w tej kwestii radził sobie taki Galaxy S6 Edge Plus i mimo tego, że i tu i tu jest 4K, to Samsung po prostu miażdzy. Rozdzielczość się zgadza, obraz jest płynny, ale widać, że jest też mocno zaszumiony, trzęsie się i brakuje szczegółowości. Szybkość danych to niespełna 30 Mb/s w porównaniu do prawie 50 Mb/s w przypadku wspomnianego Galaxy. To ewidentnie pokazuje, że Huawei musi jeszcze popracować nad jakością wideo w swoich flagowcach. Plusem jest możliwość włączenia mikrofonu kierunkowego podczas nagrywania.

Nie było jak wrzucić na Youtube, bo się gryzie, dlatego przykładowe nagranie jest na Vimeo.

 


SPIS TREŚCI:

  1. OPAKOWANIE I ZAWARTOŚĆ ZESTAWU | SPECYFIKACJA
  2. WYGLĄD I WYKONANIE | EKRAN
  3. APARAT | OPROGRAMOWANIE I FUNKCJE
  4. WYDAJNOŚĆ I MULTIMEDIA | BATERIA
  5. PODSUMOWANIE | PLUSY I MINUSY