Historia tego jak strasznie Samsung „zmoczył” jest powszechnie znana. Sam pisałem na jej temat chyba dwukrotnie. Szkoda, bo telefon wydawał się być zacny, a pieniądze w jego produkcję wpompowane niemałe, ale jak zaczął wybuchać, to się żarty skończyły. Mnóstwo spekulacji, tyle samo podejrzeń, a tak naprawdę, to nikt do końca nie wiedział dlaczego doszło do tej, jakże fenomenalnej katastrofy.

To, że z bateriami w Samsungu Galaxy Note 7 były, delikatnie mówiąc jaja, to też nic nowego. Od chwili, kiedy pojawiły się doniesienia dotyczące pierwszych incydentów związanych z całkowicie nieplanowanymi pożarami mienia, oczy całego technologicznie zaawansowanego świata spoczęły na Samsungu. Jedni patrzyli z zawiścią inni z radością, a jeszcze inni z oburzeniem. Człowiek człowiekowi człowiekiem, więc, po raz kolejny, nihil novi, ale jednak wypadałoby poznać fakty.

No i się po miesiącach śledztw, które też pewnie niemało kosztowały, Samsung wreszcie dokopał się do źródła problemów, które nadszarpnęły jego kasę na dobre 20 zielonych miliardów, a gawiedź taką jak Ty czy ja pozbawiły naprawdę świetnie zapowiadającego się telefonu. Krótkie video, w którym naprawdę niewiele jest powiedziane na temat faktycznych przyczyn tego „fakapu stulecia”, przybliża nieco problem. Wychodziłoby na to, że Samsung, celem uzyskania definitywnych informacji na temat tego jak to się stało, że telefony, które kosztowały, bagatela, 4 koła, zmieniły się z dnia na dzień w bomby zapalające, zagonił do roboty ponad 700 badaczy, którzy mieli wycisnąć z Galaxy Note 7 wszystko co się tylko da.

Aparaty zostały poddane wszystkim testom, jakie tylko przyszły do głowy badającym. Od używania w warunkach arktycznych, to wygrzewanie w komorach klimatycznych, osiągających temperatury mniej więcej takie, jak żołądek demona po meksykańskim żarciu. Do tego doszło moczenie w warunkach symulujących deszcz oraz narażanie na wyjątkowo ciężkie warunki, jakie mogą się odbyć w czasie radosnego wiercenia dziur w telefonie. Generalnie sprawdzili wszystko, a konkluzja zamyka się w zasadzie w stwierdzeniu:

Bateria jest winna.

Było dwóch producentów baterii do Galaxy Note 7. Samsung, do pierwszej partii montował baterie na swoim podwórku i zgodnie z infografiką zamieszczoną, choćby we wspomnianym wcześniej filmiku, okazało się, że z racji dość nietypowego kształtu, z zaokrąglonymi krawędziami, elektrody były na tyle pościskane, że dochodziło do zwarcia. Ok, wycofali. Drugi producent z tym konkretnym problemem sobie jakoś poradził, ale tutaj z kolei wyszło coś innego. Nieprawidłowy zgrzew/spaw obudowy baterii przebijał wewnętrzne powłoki izolacyjne i kończyło się to zwarciem, rzecz jasna.

Cała reszta filmiku to nic innego jak informacje ze strony Samsunga o tym, że bezpieczeństwo klientów stawiają na pierwszym miejscu i że dołożą wszelkich starań, by tego typu sytuacje nie powtarzały się nigdy więcej. I dobrze. W ramach czystej spekulacji – nie sądzę, że się powtórzy kiedykolwiek taka wtopa jak z Note 7. Żadna firma nie jest w stanie się pozbierać po takim ciosie, jeśli będzie padał częściej. Dobrze, że Samsung jak na razie staje na wysokości zadania wycofując telefony i tłumacząc się skąd i dlaczego. W końcu już ponad 96% egzemplarzy do niego wróciło, więc „zadanie” wykonane niemal do końca. Na pewno ten komunikat pozytywnie wpłynie na wizerunek całej firmy.

Szkoda tylko, że cały ten ambaras wpłynął na przesunięcie premiery Samsunga Galaxy S8. Prawdpodobnie nie zobaczymy, go na tegorocznych targach MWC 2017. No cóż. Trzeba się będzie uzbroić w cierpliwość.

źródło zdjęcia głównego: YouTube (Anthony Antonellis)