Tak, to dzisiaj. Dzisiaj, po wielu ściskających w napięciu zapowiedziach HTC pokazało swojego flagowca na 2017 rok. Nazywa się HTC U 11. Długo zastanawiałem się czy napisać to tak, jak dziennikarze, których producent zabrał na wycieczkę do Tajpej lub zaprosił na przedpremierowy pokaz w Warszawie czy po prostu jak osoba, która śledziła całe wydarzenie z kraju, ale nie mając jeszcze smartfonu w rękach. W mojej sytuacji idealnie pasuje trzecia opcja, więc, zaczynamy. 

HTC U 11 to nowość i nie nowość w jednym. Już sama nazwa wskazuje na to, że producent połączył swoje ostatnie smartfonowe poczynania w jedno urządzenie. W zasadzie nowy model to coś w kształcie HTC 10, ale wykonane tak jak ostatnia seria U, której przedstawicielem jest na przykład HTC U Ultra. W sumie, patrząc na jednego i drugiego z przodu, ciężko znaleźć różnice. Nie można powiedzieć, że to złe rozwiązanie, bo HTC U 11 został stworzony z najlepszych materiałów i już po prasowych grafikach czy pierwszych zdjęciach widać, że spasowanie, wykonanie i design to najwyższa półka. Może się podobać, a szczególnie tym, którzy lubią błysk i nie przeszkadza im święcąca, mieniąca się pod różnymi kątami czy w końcu zbierająca paluchy obudowa. Ja podchodzę do tego bardzo neutralnie, chociaż nie mogę powiedzieć, że pieję za zachwytu jak poniektórzy.

Smartfon może pochwalić się najnowszymi i mocnymi podzespołami, takimi jakie powinien mieć flagowiec z 2017 roku. Ale obawiam się, że upgrade procesora względem takiego HTC U Ultra to jednak za mało. Owszem, wydajność będzie ogromna, ale smartfon niczym się nie wyróżnia na tle innych smartfonów, a zapewne akie rzeczy jak szybkość pamięci wewnętrznej i płynność systemu wyjdą dopiero w testach. Podobnie jest z aparatem, który dostał rekordowe 90 punktów w DxOMark i mam nieodparte wrażenie, że jak ktoś chwali się tym w prasówkach to trzeba to brać z lekkim dystansem, bo inaczej wychodzi na to, że U 11 lepiej radzi sobie w zdjęcia niż takie Galaxy S8, Huawei P10, LG G6 czy Sony Xperia XZ Premium.

– Qualcomm Snapdragon 835 do maksymalnie 2,45 GHz
– 4 GB pamięci RAM
– 64 GB pamięci wewnętrznej
– Slot na kartę pamięci microSD (do 2 TB)
– 5,5-calowy wyświetlacz Super LCD 5 o rozdzielczości QHD (2560 x 1440 pikseli)
– Android 7.1 Nougat z HTC Sense
– 12-megapikselowy aparat z tyłu, UltraPixel (1,4 μm), przysłona f/1.7, HDR, RAW, 4K
– 16-megapikselowy aparat z przodu, przysłona f/2.0, HDR
– dual SIM (slot hybrydowy), LTE, GPS (A-GPS), Bluetooth 4.2, Wi-Fi w standardzie ac
– czytnik linii papilarnych w przycisku pod ekranem
– Bateria Li-Ion o pojemności 3000 mAh, Quick Charge 3.0
– 153,9 x 75,9 x 7,9 mm
– 169 g

Kluczową funkcją ma być ściskanie, a trochę szerzej, interakcja użytkownika z ramką smartfonu poprzez charakterystyczny, odpowiedni nacisk dłonią na obudowę. Ramka dzięki wbudowanym i zawsze aktywnym czujnikom ma reagować na krótkie bądź długie ściśnięcie, uruchamiając odpowiednią, przypisaną akcję bądź aplikację. Muszę przyznać, że trochę niekonwekcjonalne rozwiązanie na korzystanie z telefonu i mnie pozostaje mieć tylko nadzieję, że ekipa za to odpowiedzialna zrobiła wszystko, by działało to bezbłędnie. Trochę obawiam się przypadkowości.

HTC trzeba pochwalić za szybką informację o cenie i dostępności w sprzedaży. Jak się okazuje, zainteresowani zapłacą za smartfon 3249 złotych, bo taka cena widnieje na stronie producenta i będą mogli kupić go w trzech kolorach – srebrnym, niebieskim i czarnym. Wysyłka ponoć już od 1 czerwca. Ceny wyjątkowo nie będę komentował, ale dobrze, że jest podobna do kwoty jaką trzeba zapłacić za inne flagowce. Pytanie tylko, czy z drugiej strony, mając możliwość dołożenia kilku stówek do takiego Samsunga Galaxy S8 czy zaoszczędzenia 50 złotych wybierając Xperię XZ Premium, użytkownicy nie pójdą właśnie w tym kierunku. Pytanie też, czy funkcja ściskania, o której trąbi się na okrągło będzie na tyle istotna, by ktoś zdecydował się tyle za ten smartfon zapłacić.

źródło: HTC, PhoneArena