Trójka to najniższy model serii Arctis. Ale czy najgorszy? Jak się sprawuje? Czy potrafi tupnąć i najważniejsze – czy są wygodne? Po naprawdę długich i dogłębnych testach, które nie miały absolutnie nic wspólnego z chęcią przejścia kolejnej gry pod ich pretekstem (słowo!), udało mi się wysnuć kilka wniosków, którymi muszę się podzielić. Zapraszam do recenzji słuchawek SteelSeries Arctis 3.

Nie ma co, Steelseries nie zawodzi jeśli o opakowanie chodzi. Ładnie, zgrabnie, tekturowo. Design pudełka taki sam jak w pozostałych modelach, ze zdjęciem słuchawek na przodzie i podstawowymi informacjami z tyłu. Bez zbędnego bicia piany, jakie to one nie są świetne, bez niepotrzebnych „ochów i achów’. Z wierzchu na plus. W środku również dobrze. To co przyciągnęło uwagę, to porządek, jaki udało się zachować w pudełku. Tak niewiele trzeba, żeby zachęcić do dogłębniejszego zapoznania się z zawartością. Na samej górze słuchawki, pod nimi ładnie poukładane kable, tak, więcej niż jeden, ale o tym za chwilę i „papierologia”, z czego, po prawdzie, potrzebny będzie tylko jeden kartonik. Nie ma się nad czym rozczulać.

Ale, że jak to jest zamocowane? Guma od majtek? – moja pierwsza reakcja, kiedy zobaczyłem jak to się wszystko będzie trzymać. Nauczony doświadczeniem z innych słuchafonów, byłem święcie przekonany, że nie da się wygodnie używać. Żadnej regulacji, a że łeb mam większy niż bym chciał, to się trochę zmartwiłem. Niepotrzebnie. Okazuje się, że mocowanie na dość ciekawie wyglądającej gumie jest bardziej przemyślane, niż wygląda. Moje obawy zostały rozwiane w dosłownie kilka sekund po ich założeniu.

Jako, że to słuchawki nauszne, to wielkość i jakość wykonania „nausznika” też ma znaczenie. I znowu – brawo SteelSeries. Materiał przylegający nam do głowy oddycha. Jeśli weźmiemy pod uwagę to, że jest to zestaw dla graczy (czytaj – docelowa grupa odbiorców spędza w słuchawkach większą część doby), ma to kolosalne znaczenie. Słuchawki siedzą na głowie miękko, delikatnie, nic nie ściska głowy, żyć nie umierać. Nie ma raczej możliwości, żeby po dłuższym użytkowaniu następował, jakże większości pewnie znany, słuchawkowy ból głowy. Kolejny plus, za to, że ktoś o tym pomyślał. Niektórym producentom się niestety zdarza o takich głupotach jak wygoda zapomnieć, bo wygląd i światełka są ważniejsze. Apropos światełek, to tutaj ich nie ma. I całe szczęście, bo Arctisy 3 są bardzo ładne i nie trzeba ich udziwniać.

Na pochwałę zasługuje jeszcze sprytnie umieszczona regulacja głośności i klawisz wyciszenia mikrofonu. Nie na kablu, znowu ktoś pomyślał, bo rozwiązania umieszczone na przewodach są chyba najczęściej psującym się w słuchawkach elementem. Wszystko na nauszniku, w wygodnym, bardzo łatwym do manipulacji miejscu, a do tego nie rzuca się w oczy. Złącze pod kabel też jest bardzo dobrze zrobione. Nie ma szans, żeby kabelek wyleciał, z racji zagłębienia, w którym siedzi, raczej też nie ma mowy o możliwości zabrudzenia czy przypadkowego uszkodzenia. Kolejny plus.

Pierwszy rzut uchem – Jak to działa?

Żeby nie było zbyt optymistycznie, to teraz o czymś, co trochę nie za bardzo. Mikrofon, to akurat im wyszedł dość nierówno. Chowa się w nauszniku, nie wystaje za bardzo, wygląda nieźle, ale jego działanie jest… no właśnie. Czasami, przynajmniej tak miał egzemplarz testowy, bardzo łapał dźwięki otoczenia. Do tego stopnia momentami, że nie dało się normalnie rozmawiać. Zależy od programu, jakiego używamy. Przy komunikacji przez Skypa, to sam miód i rewelacje. Przy TeamSpeaku już gorzej, czasem dużo gorzej. Jednego wieczoru, kiedy sąsiad za ścianą niespodziewanie i stanowczo za głośno kichnął, to moi rozmówcy myśleli, że to ja. Dokładnie odwrotnie, niż na pudełku pisało. Noise cancelling powinien był zająć się sprawą, a zawiódł. Nie zdarzało się to często, ale jednak, dlatego nie wolno o takich faktach nie wspomnieć. Poza takimi momentami, bez większych perturbacji. Zapewnienia producenta o bardzo wysokiej jakości mikrofonu nie były chwytem reklamowym. Jak już działa, to DZIAŁA.

SteelSeries chwali się użyciem w Arctis 3 przetworników S1, dzięki czemu ma być słyszalne wszystko, a nie tylko „Bomb has been planted”. Okej, zatem jak się sprawiły w boju?

Drugi rzut uchem – TESTY

Słuchawki dla graczy, więc na grach testowane były najdłużej. Od Śródziemie: Cień Wojny (recenzję tej gry znajdziecie tutaj), przez Subnautica po Counter Strike: GO i Wolfenstein II: The New Colossus. Sprawiały się naprawdę fenomenalnie. Staram się do recenzji podchodzić bez uprzedzeń, ale SteelSeries Arctis 3 pokazały więcej niż się podziewałem, że słuchawki w tym przedziale cenowym dadzą radę z siebie tyle wykrzesać. Reklamowane, również na pudełku 7.1 działa bez zarzutów, choć uruchomienie go wcale do najłatwiejszych nie należy. Teoretycznie do działania potrzebny jest Windows 7 lub lepiej, gniazdo słuchawkowe i jedna, pobierana z sieci aplikacja. I tyle? No właśnie nie. Moja największa bolączka związana z Arctis 3, to konieczność, uwaga, rejestracji nowego konta, na koncie nowego sprzętu, jednorazowym kluczem. Dopiero wtedy działa. No nie powiem, że mi się takie rozwiązanie podoba. Po pierwsze, mniej doświadczeni użytkownicy mogą mieć problem z rozgryzieniem o co tam chodzi, choć oprogramowanie jest bardzo intuicyjne i pozwala na naprawdę wiele. Po drugie, klucz, by działała funkcja, reklamowana i będąca jednym z powodów, dla których wydaje się 99 euro na słuchawki? Poważnie? A co będzie, gdy uznam, że chcę mój egzemplarz podarować młodszemu rodzeństwu? Albo sprzedać? Trzeba razem z kontem, bo 7.1 nie zadziała? Słabo SteelSeries. Tutaj słabo.

Oczywiście nie ma to wpływu na jakość prezentowanego dźwięku, która, w grach, jest naprawdę bardzo ok. Jeśli chodzi o muzykę, bo przecież nie samymi grami żyje człowiek. Stestowałem Arctisy 3 na tej samej playliście, na której testuję wszystkie słuchawki, całość dostępna na Spotify, więc jak ktoś chce, to te kawałki tam znajdzie.

  • Charlie Para del Riego – The Total Biscuit Ballad
  • FitnessGlo – Time Bomb
  • The Lonely Island – Motherlover
  • Darren Korb – A Proper Story
  • Metalocalypse: Deathklok – Murmaider
  • Adhesive Wombat – 8 Bit Adventure
  • Wintergatan – Marble Machine
  • Corky and the Juice Pigs – Eskimo
  • Andy McKee – Rylynn
  • Rednex – Cotton Eye Joe
  • Miracle of Sound – Commander Shepard
  • Vulvectomy – Brutal Rectal Impalement
  • Gopnik McBlyat – Snakes in Tracksuits
  • The Warp Zone – Batman
  • Epic Rap Battles of History – Nikola Tesla vs Thomas Edison
  • Stephen Lynch – Little Tiny Moustache
  • Prototyperaptor – Bring back the funk

No i co po testach? Wychodzi na to, że słuchawki, nie bez zgrzytów co prawda, ale są do tańca i nie tańca. Wysokie i średnie tony zasługują na pochwałe, odpowiednio wyraźnie i bez trzeszczenia i „przegwizdów”. Z basami nieco gorzej. Trochę płasko, bez polotu, przy mocniej nabitych basowo kawałkach słychać, że się Arctis bardzo stara, ale niestety nie jest w stanie z 40 mm przetwornika wycisnąć więcej. Nie ma tego złego. Do muzyki tak samo dobre jak do grania, a że od niskich tonów nie wypadają plomby z zębów, to wyjdzie słuchającym tylko na zdrowie.

SteelSeries Arctis 3 – ogólne wrażenia

Bardzo pozytywne. Poza zgrzytem w postaci skomplikowanego procesu instalacji sterowników na kompie, to naprawdę nie ma się czego czepiać. Kiedy okazało się, po wyjęciu słuchawek z pudełka, że przewód ma 3 metry długości, to zapiałem z zachwytu. Mam nadzieję, że nie ulegnie uszkodzeniu w długotrwałym użytkowaniu, bo znalezienie zamiennika jest dość trudne. Wiem, że to rozwiązanie skierowane jest raczej do użytkowników konsol, bo z konsolami Arctis 3 również współpracuje, ale na moje skostniałe serce pecetowca to miód i ciepełko. Najlepsze w SteelSeries Arctis 3 to fakt, że ktoś naprawdę pomyślał. Nad wszystkim. Wygodne, dostosowane do długiego i bardzo długiego przesiadywania przed kompem, czy konsolą, bez konieczności wystrzegania się migren, odcisków i spoconych małżowin. Materiały użyte do złożenia również zasługują na pochwałę. Lekkie, wytrzymałe i zwyczajnie eleganckie.

Przedział cenowy, w jakim zostały umieszczone SteelSeries Arctis 3 też jest znośny. Nie są to słuchawki budżetowe i trzeba wydać na nie około 300 złotych, ale myślę, że warto. SteelSeries stanął po raz kolejny na wysokości zadanie i dał nam produkt, który powinien spokojnie zadowolić każdego.

thumbs-up-icon

Plusy
  • Ładny design, dobre wykonanie
  • Lekka, wygodna konstrukcja
  • Bardzo dobra jakość dźwięku
  • Solidny mikrofon z możliwością schowania w obudowie
  • Długi przewód
  • Wszystkie przelotki w zestawie
  • Działają praktycznie ze wszystkim

thumbs-down-icon

Minusy
  • Ciężko znaleźć kable, gdy się zniszczą lub zagubią
  • Czasem mikrofon głupieje i łapie nie to co trzeba
  • Oprogramowanie i konieczność rejestracji