Targi CES 2018 trwają w najlepsze, a ja się trochę „wyłączyłem”, bo boję się, że nawet otwierając lodówkę zaraz dostanę w twarz kolejną informacją. Timeline w serwisach społecznościowych pęka w szwach od ilości informacji, ale w sumie nie ma się co dziwić, bo to pierwsze targi w tym roku i nowości jest naprawdę sporo. Wśród nowości są dwa monitory firmy Dell, które swoim designem z pewnością przyciągają wzrok – S2719DM i S2419HM. Tylko czy wygląd to wszystko? 

Pierwsze na co zwracamy uwagę patrząc na nowe urządzenie to wygląd. Normalna sytuacja, bo zanim w cokolwiek się wczytamy, zawsze w pierwszej kolejności zobaczymy urządzenie, niezależenie od tego czy tylko na grafice w internecie czy wyeksponowane wśród innych produktów w sklepie czy na targach. To właśnie wygląd nas przyciąga i wygląda na to, że Dell doskonale o tym wie. Jeszcze nie widziałem tych monitorów na żywo, ale wystarczyło kilka zdjęć, by mnie zainteresowały i spodobały na tyle, żeby zagłębić się w informacje na ich temat. No właśnie, a spoglądając na szczegóły wiem, że Dell skupił się głównie na formie, designie niż specyfikacji.

Monitory wyglądają trochę tak jakby były jeszcze bardziej odchudzonymi, najnowszymi Macami, ale bez tych wszystkich bebechów w środku. Wzornictwo jest zbliżone, ale właśnie przez to może się podobać, szczególnie tym, którzy miłują prostotę, lekkość i nowoczesność. Można też dostrzec cechy wspólne z laptopami z serii XPS od Della, przede wszystkim dzięki wyświetlaczowi Infinity Edge, który ma minimalne ramki wokół siebie. To sprawia, że monitor sam w sobie może być delikatnie mniejszy niż inny z taką samą przekątną ekranu. A jeśli o przekątną ekranu chodzi, mniejszy, czyli S2419HM będzie miał 23,8 cala, a drugi, czyli S2719DM trochę więcej, bo 27 cala. Monitory są wręcz rekordowo smukłe z profilu, ale ja się zastanawiam czy rzeczywiście jest to tak bardzo istotne, skoro przez 95% czasu i tak będziemy spoglądać tylko na ekran.

Dell Ultrathin S2719DM / fot. Dell

Monitory mimo tego, że pochodzą z tej samej serii to różnią się od siebie niektórymi parametrami. O jednym, czyli przekątnej ekranu już wspomniałem, ale warto zaznaczyć, że 27-calowy model ma rozdzielczość 2,560 x 1,440 pikseli, a mniejszy „tylko” Full HD. Obydwa są oparte na matrycy IPS i na całe szczęście mają taką samą maksymalną jasność na poziomie 600 nitów. Ten parametr wygląda świetnie (sam używam teraz monitora, który ma maks. 250 nitów) i przez to większy egzemplarz ma wsparcie dla HDR, bo uzyskał ceryfikat DisplayHDR 400 nadawany przez organizację VESA. Zastanawiam się więc, dlaczego mniejszy wariant nie uzyskał tej normy, skoro ma taką samą jasność. Pozostałe parametry raczej na nikim wrażenia nie robią i przez to monitory klasyfikują się raczej w kategorii ładnych, ale mimo wszystko podstawowych urządzeń. Odświeżanie jest na poziomie 60 Hz, a czas reakcji waha się od 5 do 8 ms w zależności od wybranego trybu. Do grania raczej się nie nadają.

I przechodzimy do ceny, która przyznam szczerze, trochę mnie martwi. 27-calowy model jest rzecz jasna droższy, bo za niego trzeba zapłacić 500 dolarów. Mniejszy kosztuje sporo mniej, bo 300 dolarów, ale mimo wszystko jest to i tak wysoka kwota. Widać zatem, że za design trzeba płacić, a w przypadku droższego modelu, krótko mówiąc, hajs się musi zgadzać, bo ma jeszcze HDR. W Polsce nie spodziewałbym się ceny niższej niż 1200 złotych za 23,8-calową wersję, a w tej cenie (bądź ciut wyższej) można wyrwać chociażby jakiegoś Samsunga na matrycy OLED z szybszym odświeżaniem i lepszymi parametrami.

źródło: Dell przez DigitalTrends