Duńskiej firmy SteelSeries raczej nikomu nie trzeba przedstawiać. Ja od zawsze kojarzę ją ze sprzętem dla graczy i kilka razy ich produkty przewinęły mi się przez ręce. Nawet ostatnio Adam przetestował słuchawki SteelSeries Arctis 3, gdzie okazało się, że jest to jeden z lepszych modeli w swojej cenie. Myszek też mają sporo i tym razem dane mi było położyć rękę na myszce SteelSeries Rival 110. Jak radzi sobie podstawowy gryzoń z odświeżonej serii?

Rival 110 to bezpośredni następca myszy Rival 100, ale nie trudno jest na to wpaść patrząc tylko na nazwy. Tak naprawdę spoglądając na obydwie myszy trudno jest jednoznacznie stwierdzić, która jest która, bo z zewnątrz różnią się tylko detalami – przede wszystkim nieco inna faktura rolki czy wzmocniony przewód przy wyjściu z myszy. Nieco inaczej prezentuje się opakowanie, choć nadal jest w charakterystycznych dla marki stylu. Najważniejszy jest jednak środek, bo pojawił się nowy sensor optyczny – TrueMove1 i to działanie tego elementu warto sprawdzić dokładniej, bo gdzieś kiedyś przeczytałem, że mysz jest tyle warta ile warty jej w niej sensor. A ta kosztuje około 159 złotych, więc należy raczej do tych budżetowych.

W kwestii wykonania jest raczej standardowo jak na ten pułap cenowy, obudowa w jednym słusznym, czarnym kolorze jak Ford T, z matową powierzchnią, minimalnie szorstką, gdy położymy na niej dłoń. Mysz ma niemal symetryczną konstrukcję, ale jest przeznaczona głównie dla praworęcznych graczy ze względu na ulokowanie dwóch przycisków na lewym boku. Rival 110 waży niespełna 88 gramów, ale mnie nie udało się tego zweryfikować, więc trzeba uznać, że informacje, które producent zawarł w specyfikacji są prawdziwe, a podana waga dotyczy samej myszy, bez kabla. Dla mnie gryzoń mógłby być jednak trochę cięższy, bo trzymając nowego Rivala w ręce mam wrażenie jakby mysz w środku była pusta. Z drugiej jednak strony niższy ciężar spodoba się graczom, którzy podczas dynamicznej akcji co chwila podnoszą myszkę z podkładki.

SteelSeries Rival 110 to myszka uniwersalna, bo nie jest wyprofilowana tylko pod jeden chwyt. Jest niska, więc spodoba się osobom, które lubią położyć całą rękę na myszce (palm), ale też tym osobnikom, którzy zadzierają paluchy (claw). Podczas dłuższej rozgrywki na powierzchni zostanie trochę potu, ale na całe szczęście jakoś tak szybciej znika, gdy będziemy mieć chwilę na kabanosa i łyk energetyka. Pewnie to przez matowe wykonanie. Mysz pewnie leży w dłoni i dobrze się jej używa, mimo tego, że nie ma żadnych gumowych wstawek w najbardziej newralgicznym miejscach. Głównie myślę tutaj o bokach obudowy, gdzie zazwyczaj jej kawałek antypoślizgowego materiału. Takie rzeczy znajdziemy w droższych modelach jak Rival 310 czy Sensei 310. Tutaj, w tym najprostszym, mamy tylko chropowatą fakturę, po jednej jak i po drugiej stronie. Spełnia swoje zadanie, ale jednak przydałoby się coś praktyczniejszego. Rival 110 to klasyczny przykład myszy z układem 1-2-2, gdzie w naturalnym położeniu kciuk leży na lewym boku myszy, palec wskazujący na lewym przycisku, palec środkowy na prawym, a serdeczny i mały spoczywają gdzieś po prawej stronie myszy.

Po prawej – claw grip, po lewej – palm grip / fot. Galaktyczny

Mysz ma łącznie 6 przycisków i przez to, że dwa z nich, czyli domyślnie wstecz i do przodu są na lewym boku, mysz – jak już wcześniej wspomniałem – sprawdzi się najlepiej u praworęcznego gracza. Przyciski leżą trochę nad kciukiem, więc nie ma szans, by przypadkowo nacisnąć je podczas grania. Podobnie jest z przyciskiem zmiany DPI, który znajduje się na grzebiecie myszy, ale na tyle daleko od rolki, że podczas szybkiej zmiany broni na pewno go nie klikniemy. Tutaj mam tylko jedno zastrzeżenie – przycisk pozwala na zmianę tylko dwóch szybkości myszy „w locie”, które możemy ustawić w oprogramowaniu (o którym na kolejnej stronie recenzji). Rolka z kolei jest klikalna (nie można jej przesuwać na boki, czego w tej cenie bym się nie spodziewał) i ma nietypowy wzór, który może wygląda bardziej „Pro”, ale zbiera też kurz. Główne przyciski są identycznej wielkości, a ich klik pewny i wydający przy tym raczej normalny dźwięk (niemal identyczny jak w mojej głównej myszce, MX Master). Z myszy korzystałem codziennie przez prawie trzy tygodnie i nie zauważyłem, by wytarło się miejsce, gdzie opierają się palce. Dobrze, choć takie zjawisko jest nieuniknione i byłbym bardzo zdziwiony, gdyby nie pojawiło się później, po 2-3 miesiącach.

Kabel nie jest w oplocie, ale i tak jest wystarczająco giętki, by zbytnio nie przeszkadzał nam podczas grania. Jedyny problem z nim jest taki, że lubi się „podnieść z biura”, gdy go za bardzo skręcimy. Spory plus za to, że producent usztywnił przewód przy myszce, bo wcześniejszy model miał z tym problemy, ale z drugiej strony niepotrzebna jest dziwna szczelina z przodu, gdzie… tak, zgadliście, zbiera się jeszcze więcej zabrudzeń niż w przypadku rolki.

Spoglądając na spód Rivala 110 zobaczymy trzy, sporej wielkości ślizgacze i w tym miejscu mógłbym nawet zaryzykować stwierdzenie, że ta mysz powierzchnię ślizgową ma ciut większą od droższego modelu jakim jest Rival 310 (testuję go równolegle). Ślizgi już po kilku dniach były mocno porysowane, ale spełniają swoje zadanie bardzo dobrze. W razie konieczności można je łatwo wymienić, choć do tej pory nie znalazłem zapasowych w sprzedaży (te do poprzednika zamykają się w 20 złotych).

 


SPIS TREŚCI:

  1. Wygląd, wykonanie, konstrukcja, przyciski
  2. Działanie, oprogramowanie. Testy. Podsumowanie, plusy i minusy