Mało jest firm, do których mam taki sentyment jak do Meizu. Szkoda, tylko że możliwości przetestowania jakiegoś modelu są mocno ograniczone, bo poza ściąganiem Meizu z Chin nie ma za bardzo innej, lepszej, lokalnej opcji. Szkoda po raz drugi, bo pojawiły się trzy nowe smartfony, które na pewno namieszałyby na naszym rynku. Mowa o nowych flagowcach Meizu 15 i Meizu 15 Plus oraz średniaku Meizu M15, który byłby dobrą alternatywą dla takiego Huawei P20 Lite.

Smartfony Meizu od zawsze wyróżniały się ciekawymi rozwiązaniami. Nie wiem kto był za to odpowiedzialny, ale robił to cholernie dobrze, bo podobnych pomysłów na próżno było szukać w innych smartfonach. Przykład? Proszę bardzo, pierwszy z brzegu – Meizu Pro 7 Plus i jego dodatkowy, pod pewnym względem innowacyjny, drugi ekranik z tyłu. Rozwiązanie pomysłowe, nietypowe i jakby nie patrzeć przydatne, ale też wyróżniające ten smartfon na tle innych. Mimo tego, że minęło już trochę czasu od jego premiery to nadal mam chrapkę żeby go przetestować.

Zapowiadany od kilku miesięcy Meizu 15 też poniekąd taki jest. Taki, który coś ma w sobie innego i taki, którym chciałbym się pobawić przynajmniej kilka dni. Nie ma może dodatkowego ekranu, ale ma kilka innych elementów, które go wyróżniają. Nie jest to ani wszędzie wciskany ekran o wyższych proporcjach (co akurat byłoby spoko) czy szpetne wycięcie na górze, które w smartfonach pojawia się jak grzyby w lesie po obfitym deszczu. Chińczycy zastosowali tutaj klasyczny ekran o „kinowych” proporcjach, który, trochę wyjątkowo, został oparty na matrycy Super AMOLED dostarczonej przez Samsunga. Do tego dochodzi rozdzielczość 2K i dwie przekątne – 5,46 cala w przypadku Meizu 15 i 5,95 cala w Meizu 15 Plus.

To co szczególnie przykuło moją uwagę w nowych smartfonach od Meizu skupia się wokół detali. Zobaczcie chociażby na paski od anten, które dodatkowo zostały ozdobione azteckim wzorem czy okrąg zbudowany z 6 diod LED, który doświetla scenę podczas fotografowania. Ciekawie wygląda też centralnie ulokowana kamera nad ekranem, ale jej miejsce nie jest przypadkowe, bo tuż obok niej (i innych czujników) znalazł się też czujnik IR. I świadczy to tylko o jednym – smartfon może dokładnie zeskanować twarz użytkownika i wykorzystać ją w celu zabezpieczenia dostępu do danych. Jest też Exynos 8895 (w Meizu 15 Plus, w zwykłym mamy Snapdragona 660), czyli układ, który znamy z Samsunga Galaxy Note 8, ale prawdziwym zaskoczeniem jest dla mnie aparat, gdzie jeden z sensorów (Sony IMX380) jest wyjęty prosto z Huawei’a P20. Nie zabraknie zatem 3-krotnego przybliżenia i optycznej stabilizacji obrazu.

I w końcu dochodzimy do charakterystycznego elementu – okrągłego wszystko-mającego przycisku pod ekranem, który określono jako mBack. Po pierwsze, znajduje się w nim czytnik linii papilarnych. Po drugie, przycisk może zastąpić przyciski dotykowe na ekranie, bo przykładowo, dotknięcie działa jako wstecz, a muśnięcie od dołu przenosi nas do głównego ekranu. Po trzecie, pod czytnikiem umieszczono mEngine, czyli silniczek z wibracjami na wzór tego z Galaxy S8.

Meizu M15 to z kolei średniak, który jeszcze do niedawna był znany jako Meizu 15 Lite. Ale jakby go nie nazwać, tak czy tak, klasyfikuje się w średniej półce smartfonów. Nie ma już ekranu AMOLED, jest rozdzielczość Full HD, a przekątna jest identyczna jak w Meizu 15. Nie ma też tak mocnego procesora, bo do tego modelu wpakowano Snapdragona 636, a do tego 4 GB RAM i 64 GB pamięci wewnętrznej. Zarówno z przodu jak i z tyłu mamy po jednym aparacie, bateria ma 3000 mAh, ale dobrze, że nie zrezygnowano z okrągłego czytnika jak w wyżej pozycjonowanych modelach.

Wszystkie pokazane przez Meizu smartfony mogą się podobać i ja wcale nie wstydziłbym się, gdybym miał w kieszeni takiego Meizu 15 Plus. Z chęcią sprawdziłbym jak wygląda i działa w rzeczywistości. Tym bardziej, że znajdziemy w nim jeszcze USB Type C, złącze mini jack 3,5 mm i głośniki stereo (takie trochę „na siłę”, bo za drugi głośnik odpowiada ten w szczelinie nad ekranem, ale umówmy się, że jest to stereo), więc wydaje się, że nic tutaj nie brakuje.

Smartfony mają zadebiutować w sprzedaży już 29 kwietnia na lokalnym rynku, a zaraz później pojawią się pewnie w chińskich sklepach z elektroniką. Cen z premier nie chcę tutaj wrzucać, bo i tak pewnie w ogóle nie będą pokrywać się z tymi „sklepowymi”, gdy już na dobre ruszy sprzedaż.

Żeby zobaczyć więcej zdjęć z konferencji, możecie klepnąć w pierwszy link w źródle.

źródło: flymeos, Gizmochina