LG G6 potrzebował ponad dwóch miesięcy, by po swojej światowej premierze dotrzeć do polskich sklepów. Jak już to zrobił to zaskoczył mnie dwukrotnie swoją ceną – pierwszy raz, gdy zobaczyłem ile trzeba za niego zapłacić w przedsprzedaży (przypomnę, że było to 3299 złotych), a drugi raz, gdy okazało się, jak mocno spadł z ceną przez ten cały czas, aż do dzisiaj. Teraz można go kupić w takiej cenie, że możliwościami niszczy praktycznie każdy smartfon do dwóch tysięcy. Już na początku przyszłego miesiąca mamy zobaczyć jego następcę i obawiam się, że z LG G7 będzie podobna sytuacja. 

Wygląda na to, że LG zmieniło trochę swoją „smartfonową” politykę na 2018 rok. Nowego flagowca z serii G nie zobaczyliśmy na targach MWC w Barcelonie, bo jego premiera, jak się właśnie okazało, jest planowana na 2 maja, więc już w przyszłym tygodniu. Wszystko tak jakoś się przesunęło, więc pozostaje mieć tylko nadzieję, że termin wprowadzenia nowego smartfonu na rynek nie zostanie przesunięty. Idealnie byłby, gdyby przedsprzedaż LG G7 ruszyła jeszcze w trakcie konferencji, a sam smartfon fizycznie trafił do rąk właścicieli w tym samym miesiącu. Podobnie jak robią to inni „gracze” na rynku.

Zaproszenie na premierę LG G7 / fot. GizmoChina

Dziwnym i zupełnie niespodziewanym trafem, na około tydzień przez premierą do sieci trafiło zdjęcie z LG G7. Pochodzi o „sami wiecie kogo” i odsłania karty prezentując wspomniany smartfon niemal z każdej strony. I co widzimy? Nie wiem jak wy, ale ja pierwszy raz spoglądając na grafikę zrobiłem obojętne „meh”, wzruszyłem ramionami i powiedziałem pod nosem, że LG G7 to smartfon, który powstał przez wrzucenie LG G6 i V30 do jednego worka. Coś tam poprawiono, coś tam przesunięto, dodano przycisk, który nie wiadomo do czego służy, ale LG musi wiedzieć, że notch to nie do końca idealny element żeby przyciągnąć uwagę. Jest poprawnie, choć bez większej ekscytacji.

LG G7 / fot. Twitter

Od strony „bebechów” smartfon raczej nie zachwyca i też jest, a raczej będzie… poprawnie. Wrzucono Snapdragona 845, 6,1-calowy wyświetlacz w rozdzielczości QHD+, 4 GB RAM (mam nadzieję, że minimum), a do tego baterię o pojemności 3000 mAh. Szczególnie ten ostatni parametr nie zachwyca, patrząc na to, że w takim Huawei P20 Pro dostajemy aż 4000 mAh. Na szczęście nie zabraknie gniazda słuchawkowego, które dla wielu użytkowników jest ważne, USB typu C czy podwójnego aparatu z tyłu.

Premiera, jak wspomniałem, już 2 maja i to w samiuśkim Nowym Jorku.

źródło: Twitter, GizmoChina