W moim osobistym przekonaniu określenie „smartfon gamingowy” jest trochę jak powiedzenie, że polityk jest uczciwy, internet zawsze podaje rzetelne informacje, a klient w sklepie nie chce rabatu. Może i trafiają się jednorazowe przypadki, ale w większości coś nie do końca się udaje. Pozostaje zatem pytanie – czy smartfon dla graczy jest w ogóle potrzebny?

Nikogo do mojego zdania nawracać nie zamierzam, chcę się tylko podzielić krótkim – Nie. Nie jest. Na tym można skończyć pisanie, ale taka bezczelność raczej nie przejdzie, stąd w kilku punktach chcę uzasadnić dlaczego.

Jeżeli coś jest do wszystkiego…

Mądrzejsi ode mnie mawiali, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. W przypadku smartfonów sprawdza się doskonale. Nie dość, że mamy w jednym urządzeniu komunikator głosowy, przeglądarkę internetową, GPS, krokomierz (with girls and wodotryski), aparat fotograficzny, maszynę do popcornu, ekspres do kawy, treblinkę do kombajnu i latarkę, to jeszcze całość musi nam obsługiwać gry? Nie za dobrze trochę? Myślę, że taka mieszanka to niezbyt dobry pomysł. W końcu szwajcarski scyzoryk działa bardzo dobrze nie dlatego, że ma wszystko i jest do wszystkiego, ale dlatego, że jego funkcje są ograniczone. Za dużo dobrego naraz nie sprzyja relaksacji przy graniu.

Ergonomia

Rozmiary urządzenia też nie. Jak sobie pomyślę, że mam się przez kilka, do kilkunastu godzin patrzeć w ekran i sterować dotykowo czymś, co zgodnie z prawami przyrody nie powinno być tą metodą kierowane, to coś mi się robi. Można sobie tak nadgarstki zwichnąć, że odechce się wszystkiego, a przecież nie o to chodzi, tylko o radość z grania, nieprawdaż?

Nubia Red Magic / fot. Nubia

Wincyj mocy!

Fajnie jest jak gra dobrze wygląda, co nie? Niestety, ale gracze, jako pierwsi odbiorcy niektórych nowych technologii, są nieco zbyt wymagający. Nie dociera do człowieka radośnie rozmawiającego przez komunikator z wujkiem z Wyoming (parafrazując znanego amerykańskiego komika), że jego kaprawa paszcza właśnie została dzięki kamerce zmieniona w sygnał cyfrowy, przesłana przez satelitę na drugi koniec planety i wyświetlona na telefonie adresata w czasie niemal rzeczywistym. Potrafi taki marudzić, że się zacina coś i gdzieś. Gracze jako rozpieszczona technologicznie grupa społeczna chce wszystkiego zawsze, wszędzie, w Full HD. A telefon to tylko telefon. Ja wiem, że ma procesor, o jakim, jeszcze kilka lat temu nikomu się nie śniło, że ma dostatecznie dużo odpowiednio szybkiej pamięci, żeby to działało, ale żeby się nie wiem jak konstruktory spinali, to nie wcisną w obudowę, którą można wsadzić do kieszeni dostatecznej mocy, żeby całość działała jak należy. A jak wcisną, to tylko czekać aż się nasze urządzenie radośnie stopi.

Ale co z tą baterią? 

Jeśli wziąć pod uwagę, teoretycznie, że telefon ma wszystko co trzeba, no i jakimś cudem nie stanie w płomieniach po kilku sekundach w szalenie wymagającej grze, to jeden problem nadal pozostanie. Baterie powinny być zasilane pastylkami z plutonem, żeby nie było trzeba cały czas mieć podłączonej, rozgrzanej do nieokreślonego koloru ładowarki. Moc, nawet jeśli by była taka jak trzeba, ma swoje zapotrzebowanie na prąd, a telefon większy jak jest teraz nie będzie, bo jego wielkość będzie się gryzła z tym, o czym pisałem na początku. To nadal musi się zmieścić do kieszeni, a z podłączonym akumulatorem od Stara, to raczej się średnio uda. Nawet najmocniejsze baterie, które powinny dać sobie radę, z czasem stracą swoje właściwości, a wtedy z gamingowego smartfona nawet zadzwonić się nie będzie dało.

Mechanika

Wynikające z poprzednich punktów ograniczenia wymuszają na producentach gier pewnego rodzaju kompromisy, a te przejawiają się w mechanice, jaka grze towarzyszy. To, że w grach mobilnych cały czas pojawiają się limity operacji, czy czynności jakie możemy wykonać w ciągu doby, nie wynikają z tego, że producenci nam sztucznie zabawę wydłużają. Wynikają z ograniczonego czasu pracy na baterii. Niech się jedna „sesja” grania wydłuży do więcej niż kilkanaści minut, to baterię szlag trafi jak urlopy w grudniu.

Xiaomi Black Shark z gamepadem / fot. producent

Do tego dopiszmy sterowanie, zmuszające do trzymania dłoni w czasem niesamowicie nienaturalnej pozycji, kończące się czasem przewichnięciem kciuka, do tego wyświetlacz, który w słońcu jest często całkowicie nieczytelny – rysuje się obraz nędzy i rozpaczy, a nie radosnego odstresowania. Inna sprawa, że w wielu przypadkach mobilne granie to jeden wielki wał. Ilość pozycji, jakie są od ręki, z palca, dostępne jest tak ogromna, że producenci prześcigają się w sposobach jak nakłonić do wybrania właśnie ich produktu. A przydałoby się jeszcze zarobić, nie? Stąd reklamy, reklamy i czasem przerywane kilkudziesięcioma sekundami grania bloki reklamowe. Szkoda czasu.

Komórki nie są do grania i basta

Jak zebrać do kupy wszystko co napisałem powyżej i przyłożyć do porównania z komputerem gamingowym czy konsolą, to gracze mobilni są w o wiele gorszej sytuacji. Pomijając fakt, że przez bardziej krewkich pecetowców czy konsolowców często obrażani stwierdzeniem, że na komórce to nie gracz. Moim zdaniem jeśli ktoś chce, to niech gra, nawet na grzebieniu – jego sprawa. Ale jakbym się miał tak męczyć, to wolę podziękować.

W telegraficznym skrócie, takie mam zdanie w tym temacie. Jak mam w coś grać, to niech negatywne emocje będą związane z tym, że coś mi w grze nie poszło, a nie dlatego, że rozkraczyło się urządzenie, które miało być do grania, a okazało się że nie jest. A jaka jest wasza opinia?