Taki trend panuje wśród użytkowników smartfonów, że lubimy coraz większe modele. Rzecz jasna statystycznie, gdyż ja tam osobiście tęsknię za czasami kiedy można było kupić porządne urządzenie z ekranem mniejszym jak pięć cali. No ale jest jak jest – „bezramkowe” sześć cali w proporcjach 18:9 robi się powoli standardem i jakoś się trzeba do tego przyzwyczaić. Można też podejść do sprawy od drugiej strony i cieszyć się, że taka tendencja zwiastuje rychły powrót świetności tabletów! No bo jak inaczej nazwać niemalże siedmiocalowego Xiaomi Mi Max 3?

Mój pierwszy tablet, Nexus 7 pierwszej generacji (niech mu szuflada lekką będzie) miał dokładnie taką przekątną i sześć lat temu nikt nie nazwałby go telefonem. Nawet nie chodzi o to, że miałem go w wersji tylko z Wi-Fi, ale zwyczajnie był to gigant, którego jedną ręką ni chu… ekhem ni chu-chu obsłużyć się go nie dało. Do kieszeni spodni też bym go nie włożył, no chyba, że jakichś szturmówek. Czy tak samo będzie z nowym Mi Maxem?

Sprawdźmy już dzisiaj!

Wbrew temu co mogliście wywnioskować ze wstępniaka – ja bardzo szanuję takie dziwolągi jak przedstawiony tutaj „Maksio”. Podoba mi się ta koncepcja gdyż nie próbuje zmieniać całego rynku, a po prostu tworzony jest produkt pod konkretny typ użytkownika.

Kogo? – spytacie.

A choćby i pode mnie z czasów awanturniczej młodości, kiedy to zmuszony byłem brać do plecaka telefon, kompakt i tablet, podczas gdy teraz ograniczyłbym się do tego jednego phabletu. Bo aparaty od Xiaomi przestają być już synonimem tandety. Bo dobrze dobrane proporcje i małe ramki sprawiają, że produkt wydaje się mniejszy niż jest. Ale jednocześnie to wciąż spora powierzchnia robocza, która zapewni jako taką produktywność w czasach kryzysu. Uwierzcie mi – pisałem teksty i na o wiele mniejszych ekranach, do Maxa 3 przyzwyczaiłbym się raz dwa (a w szczególności z dopasowaną klawiaturą BT, którą pewnie jakaś chińska manufaktura już projektuje).

Kolejnym targetem tego sprzętu są bez wątpienia gracze, którym do szczęścia najbardziej potrzebny jest duży ekran i ostry, płynny obraz. I tutaj niestety następuje pierwszy zgrzyt, czyli Snapdragon 636.

Co prawda nie ośmieliłbym się go nazwać słabą jednostką, bo na Redmi Note 5 sprawował się całkiem nieźle, ale bez wątpienia można tam było wepchnąć coś lepszego. Nawet jeśli oznaczałoby to wydanie wersji PRO za większą kwotę. Przynajmniej byłby jakiś wybór, a tak kicha.

Mobilni gracze mogą się chociaż próbować pocieszać tym, że jeśli jakaś third-party-company albo nawet samo Xiaomi wypuści nasadkowy kontroler na podobieństwo tego co zaoferowano w Xiaomi Black Shark to tanim kosztem da się urządzenie ulepszyć do statusu konsolki. Switch to nie będzie ale jak to mówią: „lepszy rydz niż nic”.

Co do samego Maksymiliana Trzeciego to pierwsze wrażenia mam jak najbardziej pozytywne.

Trzy kolory do wyboru (czerń, złoto, błękit). Dwie wersje różniące się dostępną pamięcią – 4.64 GB za około 925 złotych (1699 juanów) oraz 6/128 GB za około 1088 złotych (1999 juanów). Obudowa typu unibody w całości wykonana z aluminium. Dual SIM, mini jack 3,5 mm, pilot na podczerwień w gratisie.

W dłoni leży tak jak możecie się domyślać – niepewnie. Zastosowany metal sprawia, że tył jest bardzo śliski, co w połączeniu z 220 gramami wagi daje nam ładunek balistyczny typu powietrze-podłoga o poważnej sile rażenia. Obawiam się, że korzystanie z etui będzie przymusowe, a to jeszcze bardziej zwiększy jego wymiary. No ale coś za coś.

W zamian za gabaryty i wagę dostajemy przeogromny ekran, na którym nie tylko umieścimy masę ikon, ale i z łatwością rozdzielimy ziarna od plew podczas przeglądania galerii samopstryków. Obejrzymy film – również we dwójkę, oraz oczywiście zagramy – w PUBG’a, w Herosy, w Baldura i w Wormsy. Słowem – we wszystko.

Takie rozmiary ekranu mogą się przydać również podczas korzystania z dwóch aplikacji jednocześnie (tryb podzielonego obrazu) – będzie to mieć znacznie więcej sensu niż na pięciocalowych popierdółkach.

Dla jasności – moje „macanko” Max Trójki nie było zbyt długie, ale przez ten czas nie zauważyłem na ekranie żadnego zwiastuna fuszerki. Poprawne odwzorowanie kolorów, dobre kąty widzenia, porządna jasność maksymalana, ostre czcionki. Niby to tylko IPS, ale poza zastosowaną technologią do niczego innego przyczepić się nie idzie. Zresztą, jakieś niedoróbki od razu by się pojawiły.

Tabletofonowy wyświetlacz to jednak nie ostatnia zaleta posiadania tak rozpasionego smartfona – wisienką na torcie jest bowiem bateria o pojemności 5500 mAh! Jeśli przyrównam to do osiągów jakie dano mi było zobaczyć na Redmi Note 5 to obstawiam dwa pełne dni kompulsywnego użytkowania na jednym ładowaniu! Albo i ponad 3 przy zachowaniu odrobiny samodyscypliny.

Mógłbym tu napisać jeszcze co nieco o aparatach, ale to takie wróżenie z fusów. Jeśli zdjątka będą minimum tej samej jakości jak w Redmi Note 5 za ułamek tej kwoty to mi to wystarczy.

Podsumowując – wydaje się, że Mi Max 3 to kolejny udany smartfon od Xiaomi, tym razem dla dość specyficznego użytkownika. Jeśli tylko lubisz złapać za coś dużego i szerokiego to jak najbardziej polecam! Na pełną recenzję jeszcze przyjedzie czas.