Chromebooki to bardzo ciekawy twór. Nie zrewolucjonizowały rynku komputerów osobistych, jednakże stały się ciekawą alternatywą dla Macbooków od Apple oraz ultrabooków na Windowsie. Łączy je bowiem wspólna cecha — są drogie. O ile można znaleźć jakiś ciekawy model pod Windowsa bądź Linuxa (w końcu mamy rok Linuxa, czyż nie?) za sensowne pieniądze, to często taki wybór jest sztuką kompromisu. Chromebooki są na swój sposób bezkompromisowe — Google nie miało bowiem zamiaru konkurować z Microsoftem, a po prostu pokazać tanią alternatywę dla użytkowników, którzy w prosty sposób tworzą treść, poprzez edycję tekstów czy ją konsumują poprzez przeglądanie sieci internetowej. Statystyki opublikowane przez StatCounter z początku 2018 roku mówiły, jakoby ChromeOS miał w USA blisko 4,13% udziału wśród użytkowników komputerów. Nie jest to dużo, ale wystarczająco, by system ten ciągle rozwijać i wiązać z nim nadzieję. Dlatego też podejmowane są działania, które mają przyciągnąć jeszcze większą ilość użytkowników do tej platformy, a bez wątpienia należą do nich prace nad Campfire„.

Czym jest „Campfire”? To odpowiednik „Bootcampa” komputerach od Apple. Dla niewtajemniczonych, wykorzystanie Bootcampa pozwala zainstalować obok MacOS dowolny inny system operacyjny i uruchomić go w razie potrzeby. Posiadacze pecetów pewnie są zdziwieni, że takie coś istnieje, bo oni instalują co chcą i kiedy chcą — no ale istnieją jednak urządzenia i platformy bardziej zamknięte i z pewnością należą do nich zarówno Macbooki jak i Chromebooki.

Na chwilę obecną nie wiadomo, czy wspomniane Campfire będzie zaimplementowane do każdego nowego Chromebooka, czy będzie to zależeć od konkretnego producenta i jego woli. Wydaje mi się jednak, że producenci nie powinni wykazywać sprzeciwu wobec tego rozwiązania, ponieważ możliwość przystosowania urządzenia pod swoje potrzeby w większym stopniu powinno tylko zwiększyć jego sprzedaż. Z tego, co wiadomo na tę chwilę, instalacja drugiego systemu operacyjnego nie będzie wymagała uruchomienia trybu deweloperskiego, co jest dobrą wiadomością. Podobnie jak pozwolenie na instalację aplikacji z nieznanych źródeł na androidzie, tak samo włączenie tego trybu na ChromeOS jest niebezpieczne z punktu widzenia użytkownika. Zwiększa to szanse na skuteczność zewnętrznych ataków na dane, a w skrajnych przypadkach może pozwolić na przejęcie kontroli nad urządzeniem.

Ciężko przewidzieć, kiedy Google oficjalnie poinformuje o efektach prac nad swoim Bootcampem, jednakże można przypuszczać, że mały rąbek tajemnicy zostanie uchylony podczas prezentacji nowych Pixeli, która odbędzie się już niebawem. Google lubi zaskakiwać, więc może połączy to z zapowiedzią nowego Pixelbooka?

Wiele osób może się zastanawiać, po co komu Windows na tak ograniczonych sprzętowo urządzeniach. Z mojego punktu widzenia, inny system operacyjny może przydać się do jednorazowych zastosowań m.in. uczelnianego oprogramowania, które często pisane jest na system Microsoftu. Poza tym, na ChromeOS nie ma dobrego oprogramowania do wirtualizacji systemów, jak Parallels Desktop czy VMWare. Wsparcie bezpośrednio od Google może być więc największą szansą dla użytkowników urządzeń Google. Moim zdaniem, bez wątpienia jest to dobra decyzja — osobiście użytkuję Macbooka i podczas zakupu pierwszego komputera od Apple, byłem dosyć spokojny, bo wiedziałem, że mogę bez obaw zainstalować Windowsa (jakkolwiek dziwne i bezsensowne by to było). Nie mniej jednak, po dwóch latach z MacOS nie chcę widzieć systemu Microsoftu na oczy i myślę, że podobnie może być z nieprzekonanymi jeszcze, przyszłymi użytkownikami ChromeOS. Być może kilka chwil z nowo poznanym systemem operacyjnym wybije z głowy każdą myśl o powrocie na stare śmieci, przyciągając w ten sposób nowych użytkowników.

źródło: XDA