Po Blitzwolf BW-FYE1, które przetestowałem już wcześniej, przyszedł czas na drugie podejście do „prawdziwie bezprzewodowych” słuchawek. W zasadzie to drugie podejście można podciągnąć też pod tytułowy model, bo z Divacore Nomad i Nomad+ miałem już styczność w trakcie targów IFA 2018. Tym razem jednak mogę przyjrzeć się bliżej wersji bez plusa i przekonać się na własnych… uszach, co tam Francuzi zmajstrowali.

I trzeba powiedzieć, że im wyszło, nie wszystko, ale wyszło. Zanim jednak dowiecie się co i dlaczego, muszę jeszcze wspomnieć o kilku rzeczach. Jak napisałem wyżej, słuchawki NoMad występują w dwóch wersjach i ja wybrałem do testów te bez plusa, bo w zasadzie różnią się między sobą tylko opakowaniem z powerbankiem, a tym samym też ceną. Może kiedyś zerknę na NoMad+ i sprawdzę czy rzeczywiście tak jest, ale w mojej ocenie, trzeba zacząć od podstawowego modelu.

Divacore NoMad to słuchawki z kategorii „Stereo True Wireless”. Mamy zatem dwie słuchawki, które nie mają żadnych przewodów między sobą, a jednym kablem, którego używamy jest ten, gdy chcemy podłączyć pudełko ze słuchawkami do zasilania.

Już przy pierwszym kontakcie kilka zmysłów podpowiada nam, że jest to dobrze wykonany produkt, ale po nieco dłuższym czasie rzeczywistość kilka rzeczy weryfikuje. Słuchawki jak i samo pudełko przechowująco-ładowujące wyglądają dobrze, choć do produktu premium trochę brakuje. Świetnie wygląda gumowa „wyściółka” u góry, która trzyma słuchawki na miejscu, fajnie, że zarówno słuchawki jak i pudełko są wykonane z matowego tworzywa, a wszystko jest dobrze spasowane i wygląda tak jak powinno. Zatrzaski w pudełku nie noszą śladów zużycia, ale do otwierania pudełka trzeba się przyzwyczaić.

Plusem i minusem w jednym jest biały kolor, który w połączeniu ze specyficznym materiałem łatwo się brudzi, zbierając maziaje i otarcia. Nie próbowałem, ale jestem niemal pewien, że przypadkowy kontakt z długopisem będzie cholernie ciężko zmyć, a ślad i tak zostanie. Gorzej jednak wygląda kwestia samego przewodu USB, który wygląda trochę tak jakby miał być dodawany za darmo w czipsach. Zakładam jednak, że każdy takich kabli ma na metry, a przecież słuchawki można podładować każdym microUSB. Kabel jest, dobrze, że krótki i płaski, ale przyznam szczerze, że ani razu go nie użyłem – korzystałem z innym, które miałem pod ręką.

Divacore NoMad
Divacore NoMad

Mam wrażenie, że chcą pokazać, że słuchawki są tak bardzo francuskie, że już bardziej nie mogą być, mimo tego, że we Francji są tylko zaprojektowane, a ich produkcja odbywa się (jak zresztą większości urządzeń) w Chinach. Nawet w instrukcji obsługi (swoją drogą ładnej, prostej, przejrzystej przede wszystkim czytelnej) jest wszystko tak ułożone, że najpierw jest angielski, a na drugim miejscu od razu francuski.

Gdy na słuchawki Divacore NoMad spojrzymy od góry to zauważymy, że mają kształt elipsy, a na środku został umieszczony pionowy przycisk z podświetleniem. Z drugiej strony mamy przetwornik, nakładkę i dwa łączniki do ładowania. Nie można też zapomnieć o mikrofonach – po jednym w każdej słuchawce – które znajdują się, umownie, w górnej części. Doprecyzowując jeszcze kwestie wyglądowo-techniczne, każda ze słuchawek waży około 5 gramów (malutko!), a samo pudełko 63 gramy.

NoMadów mógłbym używać, grają dobrze, ale czy wydałbym na nie 99 euro? Niekoniecznie.

Przejdźmy do kwestii związanych z tym jak się korzysta z tych słuchawek na co dzień i jakiej jakości dźwięki z nich się wydobywają.

Divacore NoMad to prawdziwe bezprzewodówki, które też trzeba w pewien sposób wyczuć. Nawet w instrukcji jest pokazane, że wkładając je do uszu musimy je włożyć i trochę przekręcić do tyłu, by znaleźć to idealne ułożenie. Istotna jest też tutaj głębokość na jaką wciśniemy słuchawki do ucha i przyznam szczerze, że mnie zajęło kilka dni zanim znalazłem to dobre ułożenie. Dobre, ale nie najlepsze, o czym za chwilę.

Divacore NoMad
Divacore NoMad

Największym problemem takich słuchawek bez kabli jest to, że podczas biegania czy energicznych ruchów mogą wypaść z uszu. Producenci prześcigają się na pomysły, ale jeszcze z idealnym rozwiązaniem się nie spotkałem. Wymyśliłem zatem swój test, by sprawdzić jak długo będą się trzymać w uszach. Włączam stoper i poruszam głową na boki, do przodu i do tyłu, stopniowo zwiększając intensywność ruchów. Jak się okazało, prawa słuchawka (ba zwykle wypada jedna, a nie dwie na raz) wyleciała z ucha po około 21 sekundach, co jest dobrym wynikiem i tylko o kilka sekund gorszym niż w przypadku BlitzWolfów. Dlatego też, podczas biegania – o ile nie jest to udział w Runmageddonie – słuchawki są tam gdzie być powinny i raczej nie powinny wypaść.

Według mnie, w przypadku słuchawek typu „true wireless” zawsze w pudełku powinny być pianki Comply. Wtedy znacznie lepiej można byłoby dopasować słuchawki do swoich uszu (pianki najpierw się ściska palcami, a potem wkłada do uszu przez co dopasowują się do kanału słuchowego), a przede wszystkim sprawić, by słuchawki jeszcze pewniej się trzymały.

Ok, to jak grają?

Słuchawki testowałem głównie z telefonem (BlackBerr KEY2), ale też zdarzyło mi się je podłączyć do Surface’a i stacjonarki. Bazą muzyczną jak zawsze był Spotify Premium z moją playlistą, podcastem Dwóch Po Dwóch i kilkoma losowymi utworami.

Po kilkunastu dniach niemal codziennego słuchania muszę przyznać, że się z NoMadami polubiłem. Lubię jak grają, bo grają ciekawie, trochę inaczej niż inne słuchawki douszne jakie testowałem. Dokładnie słychać każdą ścieżkę, dźwięk jest czysty nawet jeśli zbliżymy się do maksymalnej głośności, a słuchawki nie mają elektronicznych zapędów, co akurat bardzo szanuję. Jeśli chodzi o bas, to jest obecny i określiłbym go jako przyjemny, nie przeszkadza i nie ma efektu „jebut”, który chce rozwalić głowę od środka.

Divacore NoMad
Divacore NoMad

Ze słuchawek korzystałem w domu, na zewnątrz, w samochodzie i sprawdziły się dobrze. Oczywiście możemy przez nie prowadzić rozmowy głosowe z czego bardzo często korzystałem. A to dlatego, że słuchawki możemy rozdzielić i korzystać z nich osobno, np. jedną zostawić w pudełku, a drugą sparować ze smartfonem. Ja tak zrobiłem i tym samym miałem jedną z najmniejszych słuchawek bluetooth z jakich kiedykolwiek korzystałem. Dźwięk był klarowny, nawet jeśli szybko jechaliśmy samochodem, choć w porównaniu do takiej klasycznej słuchawki BT (ja używam Plantronics Voyager Legend) był też wyraźnie cichszy. Do mikrofonu zastrzeżeń nie mam i w sumie to jestem trochę zaskoczony, że tak dobrze zbiera dźwięki. Nie spodziewałem się, bo po wsadzeniu prawidłowo słuchawki do ucha mikrofon jest skierowany do góry, a nie do dołu.

Divacore NoMad w uchu
Divacore NoMad w uchu

Jeśli chodzi o sterowanie to tutaj mam kilka wątpliwości. Przycisk na słuchawce jest jeden, więc i możliwości są trochę ograniczone. W efekcie, gdy słuchawki miałem podłączone do komputera i korzystałem ze Spotify, kliknięcie przycisku, niezależnie na której słuchawce, zatrzymywało lub wznawiało odtwarzanie, a szybkie podwójne kliknięcie zmieniało utwór do przodu lub do tyłu. Niestety, w żaden sposób nie uruchomimy np. Asystenta Google czy zmienimy głośności – to tylko jesteśmy w stanie zrobić suwakiem w Windowsie albo telefonie. Muszę też napisać, że naciskanie przycisku sprawia, że słuchawki nieco głębiej wchodzą w uszy i czuć lekki dyskomfort.

Divacore NoMad nie włączają się automatycznie po wyjęciu z pudełka, ale z kolei wyłączają się, gdy je do niego wsadzimy. Trochę jest to upierdliwe. Po wyjęciu trzeba zatem przytrzymać dłużej przyciski i posłuchać miłej pani, która powie kiedy słuchawki się włączą i połączą ze sobą, a potem z urządzeniem. W jednym czasie nie mogą być połączone z dwoma urządzeniami, jeżeli chcemy je używać w trybie stereo.

Divacore NoMad – czy warto?

To nie są pierwsze tego typu słuchawki od Divacore i widać, że już mają jakieś doświadczenie w tworzeniu. Pierwszym podejściem były AntiPodsy, które stanowiły konkurencję dla AirPodsów od Apple i były całkiem dobrze przyjęte na rynku (między innymi przez długi czas pracy na jednym ładowaniu). Divacore NoMad nie są bezpośrednim następcą AntiPodsów, nawet jeśli ktoś mocno przekonywałby mnie do tego, że jednak są. To słuchawki, które są lekkie, ładne i dobrze grające, ale też występujące w dwóch wariantach w zależności od tego jak długo chcemy żeby pracowały (licząc z energią z powerbanku).

Divacore NoMad
Divacore NoMad

Mogę śmiało stwierdzić, że grają naprawdę dobrze i na pewno lepiej niż słuchawki od BlitzWolf, które testowałem wcześniej. Świetne jest to, że można używać ich rozdzielnie i połączyć jak normalną słuchawkę bluetooth. Tym bardziej, że mimo nastawienia na muzykę, równie dobrze sprawdzają się właśnie podczas połączeń głosowych. Trzeba też pochwalić producenta za baterię, bo deklarowane 4 godziny na samej baterii w słuchawkach jest łatwe do osiągnięcia.

Divacore NoMad bez plusa zostały wycenione na oficjalnej stronie na 99 euro, choć dla mnie bardziej rozsądną kwotą byłaby ta na poziomie 79 euro – tyle ile kosztują AntiPodsy. Nie mniej, polecam.

Plusy

Plusy
  • Dobre wykonanie i ciekawy design
  • Bardzo dobra jakość dźwięku
  • Mogą działać jako dwie osobne słuchawki bluetooth
  • Mikrofony, które dobrze zbierają dźwięki
  • Zadowalający czas pracy na baterii
  • Niewielkie, ale solidne pudełko z powerbankiem (420 mAh)

Minusy

Minusy
  • Cena mogłaby być trochę niższa
  • Biały materiał łatwo zbiera zabrudzenia
  • Przerywanie dźwięku, gdy zasłoni się słuchawki rękami
  • Nie włączają się automatycznie po wyjęciu z pudełka