Snapchat jeszcze dwa, trzy lata temu był aplikacją niezwykle popularną, której osobiście nigdy nie pokochałem. Instalowałem ją tyle samo razy, ile następnie ją odinstalowywałem po kilkunastu minutach z nią spędzonych. Nie było między nami tej chemii, jakiej bym oczekiwał, lecz być może to kwestia moich znajomych, którzy udostępniali taki, a nie inny content. Przez dłuższy czas wydawało mi się, że jestem jednym z nielicznych, którzy się nie przekonali, jednakże wszelkie znaki na niebie i ziemi mówią, że takich osób jest więcej.

Właściciele aplikacji, która powstała za wielką wodą głównie po to, by szybko i bez większych niedogodności przesyłać sobie „nudeski” szukają awaryjnych rozwiązań, które mogły by zatrzymać odpływ użytkowników. Ten związany jest głównie z dodaniem „Stories” przez Instagram, które w mojej opinii są po prostu bardziej przemyślane. Dlatego też, Snapchat otwiera się pośrednio na nowych użytkowników, czyli… czworonogów.

Tak, mówię o psach i kotach. W aplikacji jakiś czas temu pojawiły się pierwsze filtry przeznaczone dla kotów. Nie wydaje mi się, żeby była to dobra ścieżka rozwoju, ale biorąc pod uwagę ilość snapów, które codziennie są wysyłane z uwiecznionymi na nich kotami i psami, świadczy o tym, że w tym szaleństwie jest metoda. Wcześniej wspominałem o miauczących przyjaciołach, ale ci szczekający również mogą mieć powody do merdania ogonem.

W jednej z ostatnich aktualizacji udostępniono również filtry dla psów. A wygląda to tak:

Osobiście nie do końca wiem co o tym myśleć, ale skoro Snapchat implementuje nowe funkcje z myślą o najczęściej udostępnianych w snapach postaciach i rzeczach, to czas pomyśleć również nad filtrami dla jedzenia. Wtedy wystarczy tylko jeden filtr, by przekształcić nieudane naleśniki, w pyszne amerykańskie pankejki polane syropem klonowym. Należy być jednak ostrożnym – zbyt duża ilość apetycznego jedzenia grozi częstymi odwiedzinami znajomych o każdej porze dnia i nocy.