Stało się! Wreszcie doczekaliśmy się pewnego przełomu w smartfonowym świecie. Najpierw tajemnicze podrygi od FlexiPai, przecieki o „skrzydełkowym” modelu od Xiaomi, potem zdaje się, że na szybko sklecony Galaxy Fold od Samsunga, a teraz to – Huawei Mate X. To właśnie te firmy pokazały nam jakich smartfonów będziemy używać za kilka lat, jeśli oczywiście będziemy wystarczająco bogaci, by na nie sobie pozwolić. Ograniczając się do dwóch wspomnianych przed chwilą firm, w mojej ocenie póki co w walcem między Samsungiem i Huaweiem wygrywa ten drugi.

Jasne, nie miałem w rękach ani jednego ani drugiego (zresztą, dziennikarze w Barcelonie też nie, więc to niewiele zmienia), ale do sieci trafiło tyle różnego rodzaju informacji, zdjęć i filmów, że na ich podstawie można spokojnie wyrobić sobie – mocno wczesną, ale jednak – opinię.

Samsunga Galaxy Fold i Huawei Mate X łączy wiele, ale chyba jeszcze więcej dzieli. Mimo tego, że oba można określić „składanym smartfonem”, to jednak obydwie korporacje podeszły do tego tematu nieco inaczej.

Samsung Galaxy Fold
Samsung Galaxy Fold / fot. Samsung

Samsung Galaxy Fold składa się podobnie jak książka – mamy dwie równe części, które są połączone ze sobą ruchomym mechanizmem. W środku mamy elastyczny ekran Dynamic AMOLED o przekątnej 7,3 cala i rozdzielczości QXGA+, a na zewnątrz, tylko po jednej stronie, znacznie mniejszy, bo 4,6-calowy Super AMOLED.

Można stwierdzić, że z kolei w Huawei Mate X jest jeden wyświetlacz, który może działać jako dwa, a nawet na upartego, trzy. Zależy oczywiście od tego czy jest rozłożony czy złożony i jak go trzymamy. Jeśli jest w trybie „unfolded” to jesteśmy w stanie uzyskać ekran o przekątnej dokładnie 8 cali o niemal kwadratowych proporcjach (co może sugerować rozdzielczość: 2480 x 2200 pikseli). Gdy już go złożymy, co odbywa się na zasadzie zagięcia pod spód mniejszej (lewej) części ekranu, wtedy po jednej stronie (z przodu) mamy 6,6 cala, a po drugiej 6,38 cala (z tyłu). Ot, cała filozofia.

Huawei Mate X
Huawei Mate X / fot. Huawei

Co lepsze? Do mnie bardziej przemawia pomysł od Huawei’a.

Wybaczcie, w tej sytuacji trzeba było sobie to dokładnie wyjaśnić, więc nie mogło odbyć się to bez choćby odrobiny specyfikacji, tej która dotyczy właśnie wyświetlaczy. Skupiając się tylko na sposobie składania i rozkładania ekranu i tego, co jesteśmy w stanie przez to uzyskać, muszę stwierdzić, że rozwiązanie od Chińczyków bardziej może przypaść mi do gustu. Dlaczego? Już teraz wiem, że sposób Huawei’a wydaje się praktyczniejszy i wygodniejszy, bardziej nowoczesny, a przynajmniej na taki się zapowiada. Zdaje się, że Samsung trochę się przeliczył i widać, że przygotował Folda zbyt pośpiesznie, tylko dlatego, by być pierwszym (albo nie pierwszym tylko przed Huawejem). Jak wiadomo, taki pośpiech nie jest wskazany, szczególnie przy tak przełomowym i ważnym urządzeniu.

Mate X wygląda na bardziej dopracowany i kropka. Po złożeniu, przed złożeniem, a nawet w trakcie tego całego składania. Nie wiem dlaczego, ale Galaxy Fold od razu skojarzył mi się trochę z Nokią Communicator (ze względu na sposób składania i niewielki ekran na wierzchu) i trochę z LG BL40 New Chocolate, bo złożony wygląda jak baton albo pilot. Patrząc na to co pokazał Huawei, nie mam takiego wrażenia, że „ehh mogli to zrobić inaczej, tamto lepiej, a to to w ogóle…”. Przy Samsungu jest już trochę marudzenia, począwszy od podobieństwa do wspomnianych przed chwilą telefonów, przez znacznie większą grubość – Mate X, nie licząc zgrubienia z aparatami, ma tylko 5,4 mm grubości, Galaxy Fold ponad 9 mm – po drażniącego notcha, którego starają się jakoś ukryć.

Huawei Mate X
Huawei Mate X / fot. Huawei

Mam wrażenie, że w obu modelach trzeba jeszcze solidnie popracować nad oprogramowaniem. Jasne, pewnie inżynierowie od softu pracowali po godzinach żeby zrobić to jak należy, wymyślili na nowo coś co już było, czyli uruchamianie kilku aplikacji na podzielonym ekranie (przecież znamy to już z samsungów, które pojawiły się kilka lat temu), ale można zauważyć, że w trybie tabletu w interfejsie jest sporo zmarnowanego miejsca.

Najbardziej w oczy rzucają się ogromne przestrzenie między ikonami aplikacji i jakby „rozjechane” elementy na ekranie. Jakby nie było pomysłu na to, gdzie umieścić godzinę, gdzie pogodę czy jeszcze nie zmniejszyć wskaźnika baterii, by już nikt nie mógł go dostrzec. Wygląda to źle, wygląda to jak w najnowszym iPadzie, wygląda tak jak na poniższym zdjęciu.

Huawei Mate X
Huawei Mate X / fot. Time.com

Z drugiej strony, nie wyobrażam sobie takiej dużej przestrzenie roboczej bez możliwości pracowania na dwóch czy trzech programach w tym samym czasie. Mam otwartego maila, a obok przeglądarkę internetową czy coś do pisania. W jednym sprawdzam wszystkie 128 premierowych materiałów z Galaxy S10, które pojawiły się w trakcie konferencji, a w drugim piszę o tym Pirzowi jak bardzo źle to wygląda. Czy przykładowo, jak niżej na Huaweiu, tworzę maila i w locie przerzucam do niej zdjęcie z galerii otworzonej obok. Można by tak wymieniać, ale o tym pisaliśmy już przy okazji funkcji Multi Window.

Wielozadaniowość w Samsungu Galaxy Fold (po lewej) i w Huawei Mate X (po prawej)
Wielozadaniowość w Samsungu Galaxy Fold (po lewej) i w Huawei Mate X (po prawej)

Oprogramowanie to z całą pewnością kwestia rozwojowa, nie tylko pod kątem zagospodarowania interfejsu, ale również dostosowania aplikacji pod dziwne proporcje i rozdzielczość. Wyobrażacie sobie granie w jakąś androidową ścigałkę ba prawie kwadratowym ekranie? W sumie można, ale czy rzeczywiście będziemy mieć większą radochę niż na normalnym smartfonie?

Największym problemem w obydwu smartfonach ze składanym ekranem może być… składany ekran.

No właśnie, składany ekran. Niewątpliwie ma swoje plusy i pokazuje nam to, że rzeczywistość z filmów sci-fi wcale nie jest taka odległa, jak nam się wydaje. Ale ma też swoje minusy, co poniekąd widać już na poniższych zdjęciach od kolegów z Rootbloga. Choćby każdy producent zapewniał, że ekran wytrzyma do końca gwarancji, a nawet jeden dzień dłużej, to nie zmienia faktu, że z czasem miejsce zagięcia będzie coraz bardziej widoczne i wyczuwalne. Zagadką nadal jest więc wytrzymałość i „zmęczenie” materiału, a i pewnie coś na mechanizm, na którym to wszystko jest zamocowane by się coś znalazło.

Według mnie nawet cena nie będzie takim problemem jak wytrzymałość ekranu. To prawda, obydwa składane smartfony są absurdalnie drogie, ale to tylko dlatego, że mogą takie być. Skoro w końcu mamy dwa urządzenia w jednym i to z topową specyfikacją, to płacimy jak za dwa urządzenia z topową specyfikacją. Mamy podatek od technologii, podatek od nowości, podatek od ekskluzywnej dostępności, a i Morawiecki by pewnie tam coś jeszcze od siebie dorzucił.

Pamiętajcie, że jest to moja, mocno subiektywna opinia, którą oparłem na tym, na czym tylko się dało. I w zasadzie wycieczka do Barcelony niewiele by zmieniła, bo w końcu nawet jakbym tam był (a uwierzcie mi, bardzo chciałem, ale w tym roku po prostu „nie pykło”) to i tak nie mógłbym ani jednego ani drugiego choćby na chwilę wziąć w ręce. W sumie to śmieje się, bo najwięcej zabawy miały te osoby, które przykładowo takiego Mate’a X trzymały i pokazywały innym, jednocześnie „klepiąc po łapskach” tych, którzy chcieli choćby smyrnąć go po ekranie.

Wybieram… Mate X

Huawei’a Mate X i tego chciałbym kiedyś przetestować w pierwszej kolejności. Jest to smartfon, do którego pewnie przyzwyczajałbym się tygodniami, którego bym cholernie przeklinał, bo nie działałoby coś tak jak wcześniej, biłbym się ze swoimi przyzwyczajeniami, ale mimo wszystko, chciałbym go kiedyś mieć i choć przez chwilę poużywać. Kiedyś, by sprawdzić jak to rzeczywiście działa, jak się takiego „składaka” używa na co dzień, jak to jest móc z dużego ekranu zrobić mniejszy w zasadzie jednym ruchem.

Podsumowując, jak na razie, dla mnie, Huawei – 1, Samsung – 0.

A o LG i modelu G8 z dodatkową obudową z ekranem nawet nie wspominam, bo znowu się obrazi, że usilnie porównuję go do konsoli Nintendo. I nie, żaden bloger nie został opłacony, by przygotować ten tekst ( ͡° ͜ʖ ͡°)