Nie ma tak, że sprzęt jest bez wad. Nie da rady. Taką przynajmniej zasadę wyznaję jeśli chodzi o to co choć trochę zalicza się do elektroniki użytkowej. Tak jak z komputerami nie da się powiedzieć, że trafiliśmy w sedno, tak samo w przypadku akcesoriów, nie ma lekko. A jak wejdziemy w ogólnie pojęty gaming, to już w ogóle. Co tym razem mam do powiedzenia o słuchawkach Lioncast LX55?

Czy coś mi się w Lioncastach podobało? Owszem. Czy było coś, co nie zrobiło na mnie wrażenia? Oczywiście. Czy coś mi się nie podobało? O, jak najbardziej. I w tej właśnie kolejności zajmiemy się cechami słuchawek, które trafiły do mnie na testy.

Dobre, bo…

kasa musi się zgadzać

Jeśli wziąć pod uwagę jakość, zarówno wykonania jak i działania, to Lioncast LX55 staje na wysokości zadania. Porządne „słuchafony” w naprawdę przystępnej cenie. Można spokojnie dostać takowe za trochę mniej niż trzy stówy, więc dramatu nie ma, zważywszy, że rynek słuchawek gamingowych jest dość mocno nasycony. Zawartość opakowania nie urywa żadnej z kończyn, bo poza słuchawkami, mikrofonem i dodatkowym kabelkiem, to nie ma w środku nic, ale skoro tyle wystarczy, to nie będę się czepiać.

działa

Zabawne jest to, że trzeba teraz do każdego urządzenia osobne słuchawki kupować. A to do Peceta na USB, a to na jednego jacka, a to na dwa jacki. Dogodzić się nie da wszystkim, żeby nie wiem jak się człowiek wyginał, dlatego tu też nie ma idealnie. W zestawie są dwa przewody. Jeden na USB, drugi, to nic innego jak zwyczajny AUX. Podziału na dwa nie ma, ale trudno, nic nie poradzimy. Jednakowoż – dzięki temu, co w pudle znajdziemy jesteśmy w stanie zapodłączyć się do niemal wszystkiego co nam się zamarzy. Od starego, przaśnego i wysłużonego PC, przez konsole maści wszelkiej, ze Switchem włącznie, po zwyczajny komórkowy, jeśli tylko gniazdo posiada. Jeśli będzie trzeba rozdzielić kabelek na osobne słuchawki i mikrofon, to trzeba się zaopatrzyć w odpowiednią przelotkę, ale jak wspominałem wcześniej, dogodzić się wszystkim nie da. Nawet niezapomniana Sasha nie dała rady, więc od Lioncasta nie należy wymagać.

Lioncast X55
Lioncast X55

Pozostając w temacie przewodów – dwa plusy producent załapał na wejściu. Po pierwsze, a to akurat kierowane jest do gracza mocno stacjonarnego, przewody są długie. Nawet bardzo długie, bo ponad 3 metry (AUX 135 cm). Dzięki temu nie ma spiny, że gdzieś nie sięgnie, a jak przyjdzie do spięcia się z laptopem, to można zawsze zakombinować trytytką, albo coś, żeby się po biurku nie majtało. Jakby mnie kto pytał, to do przewodów zastrzeżeń brak, szczególnie, że…

Oplecione! Tak. Ta część, której zawsze czepiam się najbardziej! Oplot zawsze daje nieco lepszą ochronę dla kabelka, stąd na spokojnie mogę powiedzieć, że „dużezimne” się należy.

Kolejna sprawa, związana z przewodami – USB, w przeciwieństwie do sporej części producentów (tak, na ciebie patrzę Steelseries!) nie jest dedykowany. Zwykły, najzwyklejszy microUSB wystarczy, żeby prażyło jak marzenie. Kolejny, bardzo duży plus.

„siedemjeden”

Jako, że testy dotyczą słuchawek dla graczy, szczególnie takich, co się na USB w komputer wpina, nie można nie sprawdzić dźwięku przestrzennego. No i tutaj działa. Dzieła nie najgorzej, chociaż… No właśnie, tu się trochę czepiam, ale trzeba.

Lioncast X55
Lioncast X55

W grach, szczególnie takich, gdzie świadomość tego co się wokół dzieje jest istotna, LX55 daje radę znakomicie. Emulowane 7.1 skutecznie działa, nie ma z nim większych problemów, poza jednym. Jak jest odpalony ten konkretny tryb (tak, trzeba go osobno odpalić), to robi się nieco ciszej niż bez niego. Jedyne zastrzeżenie. Dramatu nie ma, bo można sobie zawsze w opcjach trochę pomodzić, żeby było ok, ale wspomnieć muszę. Jakościowo czepiać się nie mogę. „Nieodymane”, ponad pięciocentymetrowe (53 mm) przetworniki robią porządną robotę, ba, nawet bas jakiś słychać, więc nadają się „i do tańca i do grańca”. Czy są lepsze? Pewnie tak, ale co do tego jak się prezentują zarówno w ramach testów okołomuzycznych jak i okołogrowych – ja pieję z zachwytu, choć fakt, wymagań nie mam kosmicznych.

mikrofon

Mało istotne dla większości użytkowników, bo na TS, czy innym Discordzie wystarczy zaopatrzony w odpowiednie druty kartofel, żeby się dogadać. Dla mnie jednak, i tu jest miejsce na dygresje i opowieści starca, to mocno istotne. Ze względu na klątwę. Tak, zdarzenia mocno paranormalne zdarzają się recenzentom. Niestety. Klątwa, o której mówię, ma związek z mikrofonem. Nierozerwalny. Nieważne jakiego sprzętu używam, nieistotne jakiego producenta, zazwyczaj słychać mnie jak z tunelu. Nie żartuję mówiąc, że zmagam się z problemem dobre 15 lat. Walczyłem. Teraz nie muszę. Dzięki słuchawkom Lionacast LX55 USB mogę spokojnie nagrywać w jakości, której nie muszę się wstydzić.

Słychać to przede wszystkim w podcaście Dwóch po dwóch, więc tam możecie sprawdzić. Nie tylko zmiana komputera, czy zestawu mikrofonowego nie pomagała. Bywało ok, ale od kiedy mam Lioncasty – nie planuję zmieniać. Podłączone działa, więc nie szukam na siłę. Mikrofon można oczywiście sobie osobno regulować, ale zważywszy na poniższe…

Ciekawostka przyrodnicza – jak mówiłem, są dwa osobne kabelki – AUX i USB. Jak podpiąć dwa naraz, to grają oba źródła. Ot, niespodzianka, odkryta przypadkiem, kompletnie niepotrzebna.

soft

Kolejna kategoria cech, o których chcę wspomnieć, to takie, które, kolokwialnie, ani mnie ziębią, ani grzeją. W tym przypadku padło na oprogramowanie. Szczerze? Wspominam o nim tylko dlatego, że należy. Nieużyteczne dla mnie wcale, choć napisane z pomysłem, przejrzyste i ładne. Oferuje podstawowe rzeczy, jakie od softu są wymagane, czyli regulacja equalizera, światełek w ramach podświetlenia, zmiana efektów, osobne profile. W normalnych okolicznościach pewnie bym się zachwycał, szczególnie, że w jednej z wcześniejszych recenzji skląłem producenta za kolor menu w sofcie. Dlaczego tutaj podchodzę do sprawy tak swobodnie? Bo soft tak naprawdę nie jest do niczego potrzebny.

Podłączone na USB działają zadowalająco bez instalowania czegokolwiek, więc tak naprawdę sport dla sportu. Efekty, takie jak symulacja kina, kibelka czy innego korytarza są przydatne mniej więcej tak samo jak samobieżna lodówka w okolicach bieguna południowego, więc można się bez nich obejść całkowicie. Podobnie w przypadku sterowania „surroundem”. Dźwięk się kręci. Ok. Tylko po co? Regulacja światełek, miły dodatek, nie powiem, potrzebna jest jak świni siodło w chwili, gdy mając słuchawki na uszach, w ogóle ich nie widzimy. No cóż. Może ktoś chce pokazać kolorki publiczności, więc spokojnie można. Jak dla mnie – meh. Nie jest to potrzebne.

Takiese, bo…

podobne

Nie wiem kto i ile płaci projektantom. Jak wziąć „hajperiksy” i LX55… No cóż, nie wiem czy da się opatentować kształt słuchawek, bo specjalista od prawa własności ze mnie żaden, ale podobieństwa nie da się nie zauważyć. Dobrze się na tych starszych wzorować (bo HyperX wyszły pierwsze), ale tutaj bym mocno ciął po premii, za brak pomysłu. Wykonanie zacne, nie powiem. Sztuczna skóra gdzie trzeba, porządne, mocne amelinium gdzie trzeba (i pomalowali!) wspomniane oplecione kable. Wszystko pięknie, ale podobieństwo trochę za duże. Nie ma absolutnie wpływu na jakość działania, więc nie rusza mnie specjalnie, ale wspomnieć warto.

Lioncast X55
Lioncast X55

ciepło

W tej sekcji będę się czepiał. Całe szczęście nie ma wiele do czepiania. Problem z Lioncast LX55 jest jeden, ale zaskakująco istotny. STRASZNIE łeb się w tym poci. Ja wiem, że kwestia przyzwyczajenia, że nie ma dramatu, ale sztuczna skóra to nie jest najlepsze medium do przenoszenia temperatury. Małżowina nie oddycha, żeby nie wiem co, więc trzeba się liczyć z kolosalnym dyskomfortem, kiedy trzeba posiedzieć w słuchawkach trochę dłużej. Ja wiem, że sen i wygody tego typu są dla słabych, ale żem stary i podeszły w leciech, trzeba mi oko przymknąć.

Szczególnie parzy, że w innych modelach, za niewiele większe pieniądze, można dostać dodatkowe nauszniki, wykonane z miękkiego i przewiewnego jak letnia kiecka influencerki, weluru. Szkoda wielka.

Słabe, bo…

nie ma ideałów

Jak do tej pory piałem z zachwytu, bo większość działała bez zarzutu. Do czasu, rzecz jasna. W ramach testów podpinałem i odpinałem sprzęt nie raz i nie dwa razy. Przed zainstalowaniem oprogramowania od producenta – wszystko cacy. Działa od kopa, za każdym razem. Po zainstalowaniu już nie jest tak różowo. Mój egzemplarz robił problemy i nie udawało się kilkakrotnie podłączyć USB bez restartu kompa. A szkoda, bo to kolejny powód, by sobie zwyczajnie soft odpuścić.

nie myślą

Naprawdę, już ostatnie czepianie się. To co mi nie spasowało to potencjometr do regulacji głośności. Wszystko pięknie, ale na przewodzie jest, więc siłą rzeczy, narażony na macanie nawet w chwili, kiedy nie jest to potrzebne, prędzej czy później się rozkraczy jak spragniony wielbłąd. Oby się nie stało, ale nauczony doświadczeniem pozostaję na stanowisku mocno sceptycznym.

Lioncast LX55 – czy warto?

Dobrze jest. Poważnie. Jedne z najlepszych słuchawek, jakie miałem okazję testować. Najlepsze do nagrywania, jakie przeszły przez moje ręce, więc czepiać się nie będę. Wiadomo, nie bez wad, ale tego się akurat można było spodziewać. Jak macie luźne trzy stówki, potrzebujecie dobrych słuchawek i nie przeszkadza wam to, co uznałem za słabe, to można śmiało kupować.

thumbs-up-icon

Plusy
  • Wysoka jakość wykonania, dobra konstrukcja
  • Dobra symulacja dźwięku przestrzennego
  • Akceptowalna cena
  • USB lub AUX
  • Odczepiany i wzorowo zbierający mikrofon
  • Przewody w oplocie
  • Oprogramowanie

thumbs-down-icon

Minusy
  • Zero wentylacji przez skóropodobne nauszniki
  • Duże podobieństwo do Hyperxów
  • Mało akcesoriów w zestawie, biorąc pod uwagę cenę