Nie ma idealnych słuchawek, ale czasami są takie modele, które mogą porządnie zaskoczyć, zarówno w jedną jak i drugą stronę. Przykładowo, miałem na swojej głowie takie coś jak Beyerdynamic Aventho Wireless i mimo świetnej jakości dźwięku to 1700 złotych na pewno bym za nie nie dał, ale pozytywnie wspominam słuchawki BlitzWolf BW-FYE1, które z kolei były zaskakująco dobre jak na cenę w okolicy 150 złotych. Tym razem jednak wpadły słuchawki Sennheiser PXC-550, które nie wylecą mi z głowy przez bardzo długi czas. Dlaczego? Przeczytacie o tym w tej recenzji.

Na pierwszy rzut oka słuchawki nie mają konstrukcji, która w jakiś szczególny sposób się wyróżnia i patrząc na nie z większej odległości na pewno nie powiedzielibyśmy, że kosztują tyle ile kosztują. Klasyczne kolory, klasyczny wygląd, bez żadnych udziwnień, przetłoczeń czy kontrastowych wstawek. I wiecie co? Jak ja szanuję Sennheisera, że właśnie tak zaprojektował te słuchawki. Właśnie takie wykonanie i taki wygląd to strzał w dziesiątkę. PXC-550 dopiero po bliższym poznaniu pokazują czym tak naprawdę są i co mogą nam zaoferować.

Sennheiser PXC-550
Sennheiser PXC-550

Słuchawki łączą w sobie kilka rodzajów materiałów, które krótko mówiąc są tam gdzie być powinny. Co przez to rozumiem? A to, że dobry kawałek plastiku i co najważniejsze, matowy jest na nausznikach, szalenie mięciutka skóra albo coś co cholernie dobrze są imituje jest na nausznikach i pałąku, a metal na najbardziej newralgicznych elementach każdych słuchawek, czyli na łączeniach. Ja do wykonania nie mam kompletnie żadnych zastrzeżeń. 550-tki prezentują się dobrze, mają wygodną i precyzyjną regulację, a do tego obracane o około 90 stopni nauszniki, co z kolei ma związek z jedną funkcją, o której piszę nieco niżej.

No dobra, może jedyną rzeczą, ale to naprawdę tak trochę podchodzącą pod „czepianie się” jest sposób składania słuchawek. Nauszniki można złożyć do środka tak, by potem słuchawki zmieściły się w dołączonym do zestawu, zasuwanym „etui na płyty” (poważnie tak wygląda, brakuje tylko tych koszulek w środku). Problem w tym jest taki, że trzeba się tego nauczyć, bo słuchawki pasują do futerału tylko w jednej pozycji, a do tego po złożeniu nie są takie kompaktowe jakbyśmy tego chcieli. To znaczy, równie dobrze można byłoby je wsunąć bez złożenia do czegoś w formie worka i zajmowałyby podobną ilość miejsca. W każdym razie, dobrze jest jak jest, bo czasami etui w ogóle nie ma i wtedy jest kłopot.

Dopełniając jeszcze informacje „wyglądowo-zestawowe”, bo trzeba, muszę napisać o kabelkach i przelotkach, bo tutaj akurat Sennheiser się postarał. Ale nie wyobrażam sobie żeby w niekiedy czterocyfrowej kwocie takich akcesoriów zabrakło. Mamy przewód USB do ładowania i przewód do przewodowego łączenia z urządzeniami, które mają mini jacka 3,5 mm, a do tego przelotkę z jednego jacka na dwa i z mini jack 3,5 mm na bardziej „audiofilskie” 6,3 mm.

Zanim założymy słuchawki na głowę wartałoby je włączyć. Jak? Tutaj Sennheiser wpadł na bardzo ciekawy pomysł, by zrobić to szybko i bez dotykania żadnych przycisków. Wystarczy wziąć słuchawki w ręce, przekręcić nauszniki i… tyle. Włącznik jest schowany gdzieś w prawym nauszniku – po przekręceniu słyszymy charakterystyczne kliknięcie, a głos w słuchawce informuje nas, że słuchawki zostały włączone. Mega wygodne rozwiązanie. Mało tego, PXC-550 reagują też na to, gdy zdejmiemy je z głowy, np. gdy ktoś na ulicy zapyta nas o godzinę. Wtedy muzyka się pauzuje, a po założeniu na głowę, leci dalej.

Sennheiser PXC-550
Sennheiser PXC-550

W zasadzie jedynym przyciskiem jest ten, który odpowiada za zmianę trybu charakterystyki dźwięku, tak zwany Effect Mode (Club, Movie, Speetch lub Wyłączone). Tuż obok poziomego przełącznika od Bluetooth i poziomu aktywnej redukcji szumów, złącza microUSB i mini jack 2,5 mm znajdujących się na prawej muszli. Tak naprawdę cała obsługa odbywa się za pomocą panelu dotykowego, co osobiście nie do końca mi pasuje. Wiecie, działa to tak jak powinno i widać, że jest dopracowane, bo sytuacje, gdy coś nie przełączyło się tak jak trzeba zdarzały się sporadycznie, ale mimo wszystko, wymaga to krótkiego obeznania z tym co gdzie jest. Druga sprawa jest taka, że możemy zapomnieć o obsłudze słuchawek, gdy mamy na dłoniach rękawiczki. Wtedy zostaje nam albo smartfon albo zdejmowanie rękawiczek każdorazowo, gdy chcemy coś przełączyć na słuchawkach. W zimę jest to mało komfortowe.

Jeżeli chodzi o jakość dźwięku to ogólnie mogę napisać, że dostałem to czego od takich słuchawek oczekiwałem. Od tego, że kosztują około 1000 złotych i od tego, że to po prostu Sennheiser. Już samo to mogło wskazywać, że będzie lepiej niż praktycznie wszystkie słuchawki do tej kwoty. I tak też było. Według mnie, czyli osoby, która z pojęciem „audiofilstwa” ma związek taki co pingwin z rodeo, dźwięk z testowanym Sennheiserów stoi na najwyższym poziomie, jest odpowiednio zrównoważony, bardzo bogaty, basy są miękkie i przyjemne, a na słuchawkach można odtwarzać wszystko co chcemy i będzie nam się podobało. U mnie tak było, od Grechuty po Metallicę. Słuchawki nie cisną głowy, a uszy spokojnie zmieszczą się w nausznikach (znaczy, u mnie tak było).

To co jednak wbiło mnie w fotel ma związek z redukcją i wyłapywaniem dźwięków otoczenia. Poważnie, do czasu testów modelu PXC-550 nie miałem na głowie innych słuchawek, które robiłyby to lepiej. Byłem tak kopnięty „w miętkie”, że raz poszedłem do znajomego, który niegdyś pracował w jednym z elektromarketów i zawsze narzekał na galeriany zgiełk, który był dookoła. Powiedziałem tylko „Załóż”, po czym zobaczyłem minę, która wskazywała jednoznacznie na to, że w takiej ciszy to on nigdy nie pracował.

Słuchawki zostały wyposażone w autorską funkcję NoiseGuard i kilka mikrofonów (trzy od ANC), która cholernie dobrze wyłapuje to, co złe i niemal kompletnie nas odcina. Nie twierdzę, że to najlepsza technologia w słuchawkach, ale jest naprawdę blisko, by tak ją nazywać. Jej działanie można zaobserwować i poczuć przede wszystkim przy takich zwykłych, codziennych czynnościach. Pisanie na klawiaturze, praca przy biurku, szumienie wentylatora w stacjonarce, działający telewizor nawet w tym samym pokoju, grzebanie w torbie z laptopem, mycie rąk, a nawet chodzenie wydają się inne. W sensie, jesteśmy oddzieleni od tych dźwięków i czasami sama gęba się cieszy, że nie słyszymy tego co zazwyczaj jest dla nas normalne. Zauważyłem jednak, że słuchawki inteligentnie wyłapują to co trzeba i przepuszczają do nas tylko te dźwięki, które teoretycznie są dla nas ważne. Dostrzegłem to przechodząc na pasach przez ulicę – hałas z miasta, czyli między innymi  wszelkie szumy, dźwięki samochodów czy rozmowy przechodniów były obcięty do minimum, ale dźwięk sygnalizacji świetlnej, gdy kończyło się zielone już do mnie dochodził.

Sennheiser PXC-550
Sennheiser PXC-550

Ja używałem słuchawek głównie podłączonych do smartfonu przez Bluetooth słuchając czegoś na Spotify z wykupionym Premium i czasami na Youtube. Warto tutaj  zaznaczyć, że aptX działa i nie usłyszałem żadnej różnicy między kablem, a Bluetooth. Nawet mógłbym przysiąc, że na Bluetooth było lepiej. Nie słyszałem żadnych szumów, co przy większości modeli jest normalne. Słuchawki podczas testów ładowałem tylko raz, ale mimo wszystko i tak do tych 30 godzin po jednym ładowaniu raczej podchodziłbym z lekkim dystansem.

Sennheisery PXC-550 mają też wbudowane NFC, choć przyznam szczerze, że skorzystałem z niego tylko raz. W każdym razie, gdyby ktoś chciał ciut przyspieszyć parowanie, musi wiedzieć, że taka możliwość istnieje. Jakby co, NFC jest w lewym nauszniku.

Sennheiser PXC-550 – czy warto?

PXC-550 to produkt z najwyższej półki, gdzie ciężko jest znaleźć takie istotne minusy, przez które te słuchawki od razu zostałyby skreślone. Nic z tych rzeczy. Jeśli tylko macie i chcecie wydać na słuchawki około tysiąca złotych to jest to model, który obowiązkowo trzeba brać pod uwagę. Testowałem słuchawki, które kosztowały więcej, a nie grały i nie oferowały tyle co te „Senki”. Można je dorwać nawet za około 900 złotych, ale przeważnie na niemieckim Amazonie, gdy ten wystartuje z jakąś obniżką.

Dzięki temu modelowi poniekąd przekonałem się też o tym, jakich słuchawek chcę używać na co dzień. W sensie, co muszą mieć, żeby nic mi nie brakowało. Doszło nawet do tego, że prawie codziennie sprawdzam ceny słuchawek, a na stronach z promocjami mam ustawione odpowiednie alerty na słowa kluczowe jak „Sennheiser”. W mojej ocenie 550-tki to słuchawki bliskie ideału, choć z ostatecznym werdyktem muszę się wstrzymać do czasu przetestowania ich największego konkurenta – Bose QuietComfort 35 II.

thumbs-up-icon

Plusy
  • Świetne wykonanie, materiały i pewna konstrukcja
  • Genialne ANC!
  • Najwyższa jakość dźwięku
  • Etui w zestawie i komplet akcesoriów
  • Automatyczne włączanie po przekręceniu nauszników
  • Obsługa protokołu aptX

thumbs-down-icon

Minusy
  • Do sposobu sterowania trzeba przywyknąć
  • Mimo wszystko, wysoka cena