Mimo tego, że ostatnio z wolnym czasem na granie jest u mnie bardzo cienko, to mam kilka tytułów w tym roku, które obowiązkowo muszę sprawdzić. Co ciekawe, niektóre z nich będą też dostępne na Nintendo Switch, a ze względu na to, że to jedyna konsola w moim domu (nie licząc chińskiej z retro-grami), to właśnie na niej będę pogrywał. Jedną z gier jest Mortal Kombat 11.

Nintendo Switch to konsola jak żadna inna i gry wcale nie muszą mieć fenomenalnej, złożonej grafiki żeby charakteryzowały się szalenie dużą grywalnością. Takich tytułów „pod konsolę” jest sporo, większość z nich jest w porządku i jest sporo tytułów, które potrafią zaskoczyć, w jedną jak i w drugą stronę. Pozytywnie wspominam chociażby takiego Dooma, który na „Pstryczku” działał zaskakująco dobrze, a przede wszystkim dynamicznie, ale kijem nie dotknę takich produkcji jak na przykład WWE.

Mam zatem nadzieję, że Mortal Kombat 11 pójdzie śladami Dooma, bo tu właśnie o dynamikę chodzi.

Moim zdaniem, za sukcesem dobrej bijatyki zawsze stała szybkość, płynność i dynamizm rozgrywki. Niezależenie od tego czy był to legendarny Tekken, Mortal Kombat czy Dragon Ball FighterZ. Wierzę, że teraz będzie podobnie, nawet jeżeli dynamikę dostaniemy kosztem oprawy graficznej. Poniekąd możemy to zobaczyć na pierwszym, oficjalnym trailerze dotyczących Switcha. Poniekąd, bo wszystko wyjdzie dopiero „w praniu”, gdy grę uruchomią pierwsi gracze.

Mortal Kombat 11 zadebiutuje już w przyszłym tygodniu (24 kwietnia), ale na Nintendo Switch pojawi się dopiero w pierwszej połowie maja. Różnie podają, raz jest to trzeci, a raz dziesiąty dzień maja.

W każdym razie, jedyne co mnie jeszcze martwi to cena, bo 220 złotych to kwota, która jest już ponad moją osobistą granicą jeśli chodzi o ceny gier.