Jeszcze kilkanaście miesięcy temu nie widziałem większego sensu w wykorzystywaniu WhatsAppa na co dzień. Messenger zastąpił mi przecież wszystko, począwszy od popularnych niegdyś SMS po Skype, co jeszcze kiedyś było kompletnie nie do pomyślenia. Czasy jednak się zmieniają, a przełączanie się pomiędzy dziesięcioma komunikatorami nie jest ani trochę wygodne. W ostatnim czasie jednak wróciłem do WhatsAppa, ponieważ odkryłem, że jest niezwykle popularny poza granicami. W niektórych państwach zielony komunikator wciąż przoduje, choćby w Iranie gdzie miałem okazję być dwa miesiące temu. Okazuje się, że mimo szyfrowania, wcale nie jest na tyle bezpieczny, na ile byśmy się tego spodziewali.

W ostatni wtorek świat obiegła informacja, jakoby WhatsApp mógł paść ofiarą hakerów, a konkretnie izraelskiej grupy NSO Group. Mówi się, że wykorzystali oni luki w zabezpieczeniach programu, co znacznie ułatwiło drogę do uzyskania dostępu do prywatnych informacji przesyłanych przez komunikator. Jest to przerażające, tym bardziej, że według szacunków, z komunikatora korzysta 1,5 miliarda użytkowników na całym świecie. Konsekwencje mogą być jednak znacznie gorsze, niż przeczytanie kilku wiadomości do mamy.

Przez niedopatrzenie deweloperów, część użytkowników używających WhatsApp na swoich smartfonach z Androidem może mieć obecnie zainstalowane złośliwe oprogramowanie szpiegujące.

Nie trudno się domyśleć, że najbardziej narażeni byli użytkownicy urządzeń starszych, działających na starszych wersjach systemu Android, gdzie łatki zabezpieczeń nie są aktualne. Co więc zrobić, by mieć pewność, że możemy spać spokojnie? Deweloperzy WhatsApp przekonują, że wystarczy zaktualizować aplikację do najnowszej wersji, która znacząco minimalizuje ryzyko kradzieży danych.

Jak wyglądał atak? Bardzo prosto. Wystarczyło połączenie do ofiary, a ta nie musiała nawet odbierać połączenia. To wystarczyło, aby zainfekować smartfon. Motywy działania sprawców nie są znane, lecz mówi się, że sam izraelski rząd może być zamieszany w tę aferę, który jak wiadomo nigdy do grzecznych nie należał.

Zdjęcie główne pochodzi z serwisu Pexels