Recenzja tych słuchawek miała pojawić się już dawno temu. I nie, wcale o nich nie zapomniałem, bo nawet kiedy ich nie używałem to codziennie wisiały na lampce biurkowej obok mnie i peceta. Umówmy się, że po prostu się do nich przyzwyczaiłem. Jakiś czas temu Adam przetestował dla was słuchawki Lioncast LX 55. Ja tym razem napiszę co nieco o tytułowych Lioncast LX50.

Lioncast to młoda, niemiecka marka, ale już zdążyła się przyjąć na naszym rynku (między innymi na Poznań Game Arena 2017, gdzie zaliczyła polski debiut) i to od tej dobrej strony. Nie piszę tego ot tak, bo do tej pory miałem do czynienia z kilkoma produktami tej firmy, a jeszcze jeden leży w kolejce do przetestowania (Lioncast LX60) i złego słowa powiedzieć nie mogę. Albo inaczej, nie muszę. Czy podobnie będzie z Lioncastami LX50? O ile mnie pamięć nie myli, LX50 to pierwsze słuchawki od tego producenta, które pojawiły się w Polsce. Przekonajmy się jak jest.

Lioncast LX50
Lioncast LX50

O ile model LX 55 można pod pewnymi względami przyrównać do HyperX’ów od Kingstona to już ze znalezieniem odpowiednika dla pięćdziesiątek jest nieco trudniej. Muszę przyznać, że przez te wszystkie miesiące (tak miesiące, bo rzeczywiście wyjątkowo długo je testuje) słuchawki wyglądają tak jak na początku. No może poza jednym szczegółem – nauszniki. Standardowo z pudełka wyjąłem je z nausznikami pokrytymi materiałem, który dobrze udaje skórę, a dopiero później zamieniłem na te, które bardziej „oddychają”. Tym samym wiecie już, że w zestawie dostajemy dwie pary nauszników, co jest cholernie na plus, bo bardzo rzadko się to zdarza, nawet w dwukrotnie droższych modelach. Tutaj są dwa komplety i ja preferuje ten materiałowy, piszą, że welurowy, niż te skóropodobne, w których ewidentnie szybciej pocą się uszy.

Lioncast LX50
Lioncast LX50

Wymiana nauszników nie jest trudna, ale nie zrobimy tego w stylu „plug & play”. Nie potrzebujemy żadnych narzędzi, nie trzeba nic odkręcać, musimy tylko poświęcić kilka minut żeby dokładnie „wsunąć” nauszniki na swoje miejsce.

Nauszniki z kolei można zaliczyć do tych większych (choć nie największych, bo wydaje mi się, że w modelu LX60 są większe), a przynajmniej tak jest na mojej głowie. Uszy całkowicie chowają się w muszlach, choć nie powiedziałbym, że przez to jakoś bardziej wytłumiają. Nie ma żadnej funkcji ANC, więc nie odetniemy się całkowicie od świata, ale w cenie na poziomie 220 złotych nie można mieć wszystkiego. Mimo to, słuchawki są wygodne, nauszniki dobrze przylegają, na pałąku jest odpowiednia regulacja i informacja, który nausznik jest który. Wykonanie też jest dobre, gdzie połączono praktyczny, matowy plastik z metalową wstawką.

Lioncast LX50
Lioncast LX50

Omawiając jeszcze konstrukcję słuchawek, trzeba wspomnieć, że są oparte na metalowym pałąku pokrytym tworzywem, które kolejny raz imituje skórę. Trzeba jednak przyznać, że jest dobrze, a ten element jest na tyle miękki, że nawet przy dłuższej posiadówie, słuchawki nie zmniejszają komfortu. Nie cisną, nie trzeszczą, no po prostu jest wygodnie.

Muszę przyznać, że słuchawki nawet mi się podobają, bo od zawsze lubiłem połączenie czarnego i czerwonego koloru, choć tego drugiego, na pierwszy rzut oka jest niewiele. Mimo tego, że są „gejmingowe” to nie ma żadnej opcji w stylu „wincyj leduff!”, co akurat bardzo szanuje. Można stwierdzić, że jest klasycznie, prosto i bez udziwnień.

Lioncast LX50
Lioncast LX50

Bogato jest też pod względem akcesoriów. Po pierwsze, słuchawki mają odłączany przewód, co według mnie jest wygodne. Wiadomo, bez kabla nie będą działać, bo nie są bezprzewodowe, ale możliwość jego odłączenia czasami się przydaje, np. gdy chcemy je gdzieś powiesić czy przechować. Po drugie, na kablu mamy ten sam pilot do sterowania z pokrętłem głośności i wyłącznikiem mikrofonu, co chociażby w LX55, które już testowaliśmy na galaktycznym. Po trzecie, jeżeli kabla jest za mało, to możemy doczepić przedłużkę i wtedy mamy mamy ponad 3,3 m. Wszystko po to, by swobodnie można było grać na konsoli, bo te Lioncasty możemy używać nie tylko z pecetem, ale też właśnie z Ps4, Xbox One, ale też urządzeniami mobilnymi. I po czwarte – odpinany, elastyczny mikrofon z gąbką na końcu.

Lioncast LX50 są bardzo uniwersalne pod względem audio – nadają się do gier, ale też muzyki, filmów czy podcastów.

Takie mam przeświadczenie, bo widzę to po sobie. Mimo tego, że LX50 są dedykowane pod gry, to bez problemu sprawdzą się też w innych scenariuszach. Dla mnie grają wystarczająco dobrze i jestem pewien, że większości osobom taka jakość będzie odpowiadać. No chyba, że do tej pory korzystaliście ze słuchawek za trzy razy tyle ile kosztują te Lioncasty, albo i więcej, to może być różnie. W tym przypadku słuchawki grają mocno poprawnie, czysto, ciepło i bez przeszkadzającego, łupiącego basu.

Na słuchawkach uruchomiłem kilka growych tytułów jak np. Wiedźmin 3 czy jedną z ostatnich części Call of Duty, ale paradoksalnie używałem ich głównie podczas nagrywania podcastu oraz później do odsłuchu nagranych plików, obróbki w audacity i montowania odcinka. Można powiedzieć, że przez długi czas były (i w sumie nadal są) takimi moimi głównymi słuchawkami jeśli tylko coś muszę zrobić przy komputerze.

Lioncast LX50
Lioncast LX50

Pozytywnie jestem zaskoczony mikrofonem i zaryzykuje nawet stwierdzenie, że „zbiera” lepiej i bardziej klarownie niż mikrofony w droższych słuchawkach. Poważnie, mając takie słuchawki śmiało możecie nagrywać audio na wysokim poziomie, streamować czy komunikować się w grach, gdzie każdy wyraźnie będzie was słyszał. Mikrofon jest niemalże identyczny jak w LX55, więc sami możecie sprawdzić jakość nagranego dźwięku w jednym z ostatnich odcinków podcastu Dwóch po dwóch. Adam używał Lioncastów do nagrywania i sobie chwali.

Muszę też napisać o wytłumieniu, bo jest pewna różnica. Nie radzą sobie jakość wybitnie dobrze, ale jeżeli chcecie bardziej odizolować się od otoczenia to musicie skorzystać ze skóropodobnych padów – tych, które są fabrycznie  założone na słuchawki. Welurowe tłumią ciut gorzej, ale też lepiej przepuszczają powietrze i nie dają efektu „mokrych uszu”. Jak to się mówi, coś kosztem czegoś, ale myślę, że warto o tym wiedzieć.

Kilka słów podsumowania

Czy warto kupić Lioncasty LX50? Oczywiście. Czy polecam? Oczywiście. Czy bym je kupił? Oczywiście, ale… To „ale” pojawiło się głównie dlatego, że nie kupiłbym ich bez sprawdzenia ze względu na świeżą i jeszcze do niedawna nieznaną przeze mnie markę. Teraz, gdy już miałem te słuchawki na głowie, spokojnie mógłbym zgarnąć je z półki i zapłacić te dwie stówki z hakiem.

Lioncast LX50
Lioncast LX50

W sumie, jakby tak się zastanowić, jeszcze nie testowałem tak rozsądnie wycenionych, ale też praktycznych i przemyślanych słuchawek. Mamy dobre słuchawki z wymiennymi padami, solidną konstrukcją i świetnym mikrofonem i dobrze wyposażony zestaw. Do kilku minusów, które widzicie poniżej można by jeszcze dorzucić brak jakiegoś ochronnego etui, ale to trochę takie szukanie wad na siłę. Przydałoby się, szczególnie, gdy zabieramy słuchawki ze sobą np. na turniej, ale nie każdy akurat tego potrzebuje.

thumbs-up-icon

Plusy
  • Solidna, pewna i praktyczna konstrukcja
  • Zadowalającą jakość dźwięku
  • Uniwersalność – do komputera, do konsoli
  • Odłączany, elastyczny mikrofon
  • Dwie pary nauszników w zestawie
  • Odpinany przewód z pilotem + przedłużka
  • Przewody w oplocie
  • Cena

thumbs-down-icon

Minusy
  • W skóropodobnych nausznikach pocą się uszy
  • Słabo izolują dźwięk, który przedostaje się na zewnątrz
  • Wygłuszenie otoczenia mogłoby być lepsze