W dzisiejszych czasach posiadanie samochodu czy telefonu jest już na tyle powszechnym zjawiskiem, że można stwierdzić, że dostęp do takich rzeczy ma niemal każdy. Jest też tak, że zarówno bez jednego jak i drugiego czujemy się jak bez ręki. O ile z telefonem jest łatwiej, bo w moim przypadku zawsze jakiś zapasowy mogę wygrzebać z szuflady, tak z samochodem jest zupełnie na odwrót. Akurat tak się zdarzyło, że przez około dwa tygodnie byłem bez samochodu i potrzebowałem jakiś zastępczy. Tutaj z pomocą przyszła wypożyczalnia Odkryj Auto, a mnie udało się ugotować dwie pieczenie na jednym ogniu – mogłem normalnie funkcjonować, gdy moja Alfa była w „SPA” i trochę pojeździć nową Toyotą AYGO, a potem napisać wam więcej o tym jak było.

Od razu zaznaczam, nie podchodźcie do tego tekstu jak do recenzji. Są inni dziennikarze czy serwisy moto, które po prostu robią to lepiej i zajmują się tym od lat, a mój zamysł wcale nie był taki, by robić im jakąkolwiek konkurencję. Owszem, zainteresowanie motoryzacją u mnie jest, fajnie jest czasami przejechać się czymś świeżym i sprawdzić co potrafi, ale nie mam zamiaru stawać na tej samej linii chociażby z takim Zacharem czy Pertynem. Dlatego też, żeby była jasność, potraktujcie to jako bardziej rozbudowane wrażenia i moją subiektywną opinię po tygodniowej jeździe nową AYGO. Będzie o tym jak do tego w ogóle doszło, co w tym autku może się podobać, a co nie, jak się prowadzi – wszystko z takiego czysto luźnego punktu widzenia.

Toyota AYGO
Toyota AYGO

Osoby, które znają mnie bliżej wiedzą, że na co dzień jeżdżę Alfą Romeo z silnikiem 3.2 V6. Wygląda znacznie lepiej niż wskazywałby na to jej rocznik, a i depnąć jest też czym. Pomyślicie pewnie, co ma człowiek w głowie, że z 240-konnego samochodu przesiadł się na takiego maluszka i to jeszcze z silnikiem „od kosiarki”. Tak zazwyczaj mówię na każdą jednostkę napędową, która ma mniej niż 1000 cm3, a właśnie w tym AYGO miałem dokładnie 998 cm3. Fakt, odświeżoną, trochę żwawszą i z kilkoma końmi więcej, ale jednak trzy cyfry przy pojemności nadal wywołują u mnie mieszane odczucia. Mało tego, Toyota to zupełnie inny segment, auto typowo pod miasto i jakieś 1,3 metra krótsze od Alfy. To trochę tak jakby z kilkunastoletniego trzypokojowego mieszkania przenieść się na chwilę do nowoczesnej kawalerki – w sumie jest fajnie, w sumie się podoba, można mieszkać, ale to nie to samo. W sumie to był mój pierwszy kontakt zarówno z AYGO jak i z autem segmentu A i mimo wszystko muszę stwierdzić, że była to ciekawa przygoda.

AYGO w ciągu tygodnia przejechałem ponad tysiąc kilometrów, a średnie spalanie wskazało około 5,5 litra.

Kiedy mój samochód był na kompleksowym detailingu to musiałem poszukać czegoś na zastępstwo. Odezwałem się do Odkryj Auto, napisałem co i jak, udało się wszystko dogadać i z racji tego, że samochodu potrzebowałem „na wczoraj” to sam odebrałem je z Krakowa. Normalnie działa to tak, że podstawiają samochód z pełnym bakiem w umówione miejsce, więc jest to bardzo wygodne. Ogólnie wszystko załatwione miło, szybko i bez skomplikowanych formalności.

Toyota AYGO
Toyota AYGO

Toyota AYGO, którą jeździłem była już po faceliftingu, który został przeprowadzony w 2018 roku i była tak zwaną świeżynką z przebiegiem około 11 tysięcy kilometrów. Po wejściu do środka można było poczuć perfumy pracownika, który przygotowywał auto, gdy to było jeszcze w salonie. Ale dobra, tak już zupełnie poważnie, AYGO w porównaniu do pierwszej generacji zmieniło się nie do poznania, a przy odświeżeniu jeszcze bardziej to potwierdzono. Zauważymy to przede wszystkim po wielkich światłach zarówno z przodu (tutaj akurat w wersji LED o bardzo efektownym kształcie) jak i z tyłu czy jeszcze lepiej zarysowanym znaku „X”. Miałem wręcz wrażenie, że te światła były za duże do tak małego samochodu. Z tyłu wyglądały trochę jak doklejone „bumerangi”. Do tego dochodziły jeszcze 15-calowe felgi aluminiowe, skóra na kierownicy czy chociażby kamera cofania (o średniej jakości), co w sumie dawało od razu do myślenia, że nie jest to żadna „bieda edition”. Z drugiej jednak strony, bardziej widziałbym tutaj czujniki cofania aniżeli wspomnianą kamerkę.

Trzeba przyznać, że AYGO bardzo przyciąga wzrok i może się podobać (szczególnie paniom), nawet jeśli jest w standardowym, białym kolorze, tak jak to na zdjęciach. A skoro o kolorze mowa, jedna mała uwaga, która nie daje mi spokoju. Przed zdjęciami i oddaniem samochodu postanowiłem go dokładnie umyć i przyznam szczerze, że na tak zwanej „bezdotykowej” wydałem więcej monet niż przy myciu sporo większej Alfy. A wszystko przez to, że ciężko było pozbyć się brudu w formie szarego nalotu (szczególnie na masce i dachu) i zacieków od jazdy.

W środku było kilka elementów w tak zwanej fortepianowej czerni, ale były w znacznie lepszym stanie niż się tego spodziewałem. Owszem, było kilka rys od wycierania, było trochę kurzu i paluchów, ale ogólnie, wyglądało to nie najgorzej. Bardzo chciałbym zobaczyć te elementy po pięciu czy ośmiu latach eksploatacji, szczególnie, że taki styl wykończenia jest na kierownicy w okolicy przycisków funkcyjnych i wokół wyświetlacza – tam gdzie często dotykamy. Ogólnie, środek dostałby ode mnie solidne 3 na 5, bo mimo tego, że jest w miarę nowocześnie, to trąci mocno plastikiem i w mojej ocenie trochę przekombinowali z tym co dzieje się wokół prędkościomierza. Ewidentnie najlepszym elementem w tej sekcji jest kierownica.

Toyota AYGO
Toyota AYGO

Jak już napisałem, Toyotą przejechałem ponad tysiąc kilometrów, a jedną z dłuższych podróży – oprócz tej z Krakowa do Kielc, kiedy odbierałem samochód – była ta z Kielc do Warszawy, w dwie strony, łączenie z trzema osobami na „pokładzie”. I wiecie co? Z początku miałem mieszane odczucia, że z wygodą nie będzie to miało za wiele wspólnego, ale udało się. Nawet zmieściły się dwie walizki do malutkiego bagażnika, co nie zawsze w takim segmencie jest możliwe. Zaznaczę jednak, że były to dwie klasycznej wielkości „kabinówki”. Gdybym jednak miał przewieźć jeszcze jedną dodatkową osobę, to byłby problem ze względu na mocno odsunięty do tyłu fotel pasażera. Mam 176 cm wzrostu i ciężko byłoby wcisnąć pasażera o podobnym wzroście za mną.

Toyota AYGO
Toyota AYGO

Jak się jeździło? Dobrze, szczególnie jak na taki mały motor. Nie jeździłem wcześniejszą wersją, czyli tą przed liftingiem, ale wiem, że w tej mamy dodatkowe trzy konie mechaniczne i ogólnie miałem takie odczucie, będąc w środku, że samochód jest jednym z tych żwawszych „maluchów” na drodze. Oczywiście czuć było, że jest to niewielka jednostka napędowa, szczególnie po wkręcaniu się na obroty czy chcąc kogoś wyprzedzić jadąc pod górkę. I tutaj dochodzimy to najbardziej absurdalnej rzeczy, a mianowicie wskaźnika najbardziej optymalnej zmiany biegu. Uwierzcie mi, ale mnie to bardziej przeszkadzało niż pomagało, nie dało się wyłączyć, więc ogólnie starałem się to ignorować. Plusem natomiast jest zawieszenie, czego kompletnie się nie spodziewałem. Kilkanaście razy przejeżdżałem przez drogę, którą znam jak własną kieszeń, dwa progi zwalniające, nawierzchnia typowo „polska”, a w środku było po prostu cicho i nie rzucało tak jak zazwyczaj. Ale wiecie, tak to jest jak się jedzie niemal nowym samochodem.

Korzystałem z systemu multimedialnego z 7-calowym dotykowym ekranem i muszę przyznać, że tutaj Japończyków trzeba pochwalić za łatwość obsługi i dobrą reakcję na dotyk. Można było podłączyć smartfon przez Bluetooth i puszczać np. muzykę ze Spotify czy zsynchronizować kontakty żeby rozmawiać przez głośniki w samochodzie, a do tego sterować niektórymi funkcjami też z kierownicy. Spoglądając niżej mamy przede wszystkim sterowanie klimatyzacją i nawiewem. Działa, ale zmieniając tryb nawiewu czułem się trochę tak jakbym otwierał bramę w jakimś średniowiecznym zamku – było głośno i trzeba było użyć trochę siły.

Co jeszcze? AYGO to małe auto ze ściętą z tyłu szybą boczną przez co widoczność np. wyjeżdżając z parkingu i patrząc za siebie była nieco utrudniona. Miałem też pewną zaskakującą sytuację z centralnym zamkiem i pilotem. Zaparkowałem przed małym pasażem handlowym i poszedłem coś zjeść. Byłem jakieś 50 metrów od samochodu w linii prostej, gdzie na drodze była ściana i szyby budynku. Przez przypadek nacisnąłem przycisk na pilocie, który miałem w kieszeni i… dobrze, że poszedłem sprawdzić czy samochód się otworzył. Jednak intuicja mnie nie zawiodła, bo samochód rzeczywiście był otwarty, więc strach pomyśleć co byłoby, gdybym od razu tego nie zweryfikował.

Toyota AYGO to ładne, zgrabne i w miarę żwawe autko, ale teraz wiem, że na pewno nie dla mnie. Dla mojej żony, owszem, ale nie dla mnie.

Zrobiłem ten eksperyment, przesiadłem się na chwilę z limuzyny do typowego „mieszczucha” żeby zaspokoić ciekawość i odpowiedzieć sobie na pytanie „Jak to będzie?”. I choć przeważnie jeżdżę sam, więc miejsca w środku mi nie brakuje, to jednak zupełnie inaczej jest z mocą pod nogą. Jeśli raz człowiek przesiądzie się do czegoś szybszego, to później każdy samochód, który ma mniej pod maską będzie niewystarczający. Wiem, zaraz napiszecie, że porównuję słonia do mrówki, ale opisuję tutaj swoje mocno subiektywne odczucia i zestawiam z tym z czym akurat mam kontakt na co dzień, a nie robię moto-testu dla jakiegoś moto-magazynu.

Toyota AYGO
Toyota AYGO

Mimo wszystko AYGO polubiłem, również za to, że mogłem zaparkować nim w takich miejscach, gdzie włoskim projektantom nawet się nie śniło. Mogłem zaparkować tam, gdzie siedząc w swoim samochodzie nawet nie pomyślałbym, że w tym miejscu można w ogóle zaparkować. Fajne jest też to, że takim samochodzikiem, nowiuśkim i pachnącym, można wyjechać z salonu kładąc na stół około 37 tysięcy złotych, a dokładając kilka tysięcy, trochę lepiej go wyposażyć.

Jeżeli sami chcecie się przekonać jak jeździ się AYGO czy innym samochodem, to też możecie to zrobić – wystarczy go wypożyczyć. W przypadku opisywanej tutaj Toyoty trzeba liczyć od 50 do 62 złotych za dzień w zależności od tego przez jaki okres chcemy pojeździć.

Tekst powstał we współpracy z wypożyczalnią Odkryj Auto