To, że Jean-Luc Picard znów zasiądzie na mostku było wiadomo od miesięcy. Teraz pojawił się trailer Star Trek: Picard, który podgrzał atmosferę wokół serialu dostatecznie mocno, żebyśmy mogli na spokojnie wyłowić kilka rzeczy z informacji dostępnych do tej pory.

Co wiadomo? A zależy gdzie ucho przyłożyć. Dla fana serii trailer okazał się być kopalnią, z której można wyjąć całkiem sporo. Dla kogoś, kto nie zna, to po pierwsze – „gdzieś ty się ulungł?”. A poważnie, to nawet dla laika, zmontowane jest wszystko dość dobrze, by zachęcić do oglądania.

Star Trek: Picard
Star Trek: Picard / fot. YouTube (Prime Video UK)

Pierwsze, niekoniecznie najważniejsze – Picard, bo tak się seria będzie nazywała, dzieje się w tzw. Prime Timeline, czyli tej sprzed linii czasu, którą J.J. Abrams pomontował, by po swojemu, w świetle lensflare’ów opowiedzieć wszystko, co wydarzyło się w kanonie Treka od 1966 do 2005. Dlaczego tak? Ponieważ – prawa autorskie. Paramount Pictures, właściciel serii, któremu się trochę powichrowało, sprzedał prawa do Treka pod warunkiem, że będzie się znacząco różnić od tego, co powstało do końca nieodżałowanego Enterprise. I różnić się zaczęło, ale nie będziemy się na razie zagłębiać w szczegóły. Ogólnie rzecz ujmując całkiem sporo się pozmieniało, bo Kelvin Timeline (czyli to co w Star Treku kinowym od Abramsa) dzieje się przed wydarzeniami z Picarda, ale jest przez nie spowodowane. Wiem. Skomplikowane.

Star Trek: Picard
Star Trek: Picard / fot. YouTube (Prime Video UK)

Z czego wynika drugie – W związku z powyższym, Picard nie jest tym samym człowiekiem. Zmiany jakie zaszły w Prime Timeline, między innymi zagłada Romulusa, oraz następujący po tym całkowity rozpad Imperium musiały trochę namieszać. Stąd, mimo, że charakter kapitana pozostał ten sam, to jednak wydarzenia nieco inaczej wpłynęły na to, co się zadziało. Tutaj, na ten przykład, Picard nie jest kapitanem.

Kolejna sprawa. To będzie trochę takie jak Buffy w kosmosie. Załoga, przynajmniej jak można wywnioskować z informacji dostępnych w sieci, będzie się składała z nieco niedopasowanych, przynajmniej na początku, do siebie kawałków. Według tego co pojawiło się w sieci, w pierwszym sezonie ma być siedem postaci, Picard za szefa, to oczywiste, a poza nim:

specjalista od mózgów pozytronowych (tak, tych od komandora Daty)
zbiegły więzień, najemnik, kobieta, chyba wdowa, która trudni się szmuglerką ludzi do I z jakiegoś tajemniczego artefaktu (tutaj się zaplecze archeologiczne Picarda kłania)
pilot o złotym sercu, lepkich palcach I średnio koszernych poglądach na temat lojalności (ot, taki, nieco zmodyfikowany, klon Toma Parrisa z Voyagera)
doktor, nowa wersja EMH (Emergency Medical Hologram) – aż się boję jak daleko będzie odbiegać od arcydzieła, jakie popełnił Robert Picardo w podobnej roli.
Romulanin, no bo przecież.
Nerd, bo patrz wyżej.
Patologii zabraknąć nie może, więc alkoholowy hobbysta-entuzjasta. Kobieta, 40-50 lat. Oczywiście geniusz w swojej dziedzinie.

Star Trek: Picard
Star Trek: Picard / fot. YouTube (Prime Video UK)

Zakładając, że wszystko się potwierdzi, to by się okazało, że Picard, będzie mocno podobny do Firefly. Banda niekoniecznie spasowanych ludzi, którzy mają jedną, nieprzyzwoicie istotną misję, którą dowodzi były kapitan Picard.

No I tyle wiadomo. A potem pojawił się trailer:

Mnie osobiście obecność 7 z 9, Anniki Hansen, zawsze pięknej Jeri Ryan w ścianę wmurowała. Podobnie jak widok sześcianu Borg, czy plastikowej gęby komandora Daty.

W świetle ostatnich cudów, takich jak Discovery, które, słusznie, nie każdemu się podobało, jest tylko jedno, co mogę powiedzieć:

“All hands. Battlestations!”