Jedliście kiedyś janmeja? Mieliście okazję napić się kieliszka bajdziu? Nie? Hmm, to może chociaż znacie zapach łinsiama? Chiny to nie tylko Huawei i Xiaomi, ale również masa mniej lub bardziej dziwacznych rzeczy, które choć tutaj są na porządku dziennym, to Polacy nie mają na nie nawet własnej nazwy. Dzisiaj zapraszam was na krótki przewodnik o najpowszedniejszych „chińskich egzotykach”, czyli ciekawostki z Chin, o których w naszym kraju prawie nikt nie ma pojęcia.

Cincaj

Cincaj to warzywo składające się z samych liści, podobnie jak kapusta czy sałata, chociaż wyglądem bliżej mu do Babki Zwyczajnej, którą znamy chociażby z tego, że w dzieciństwie przykładaliśmy ją do miejsc ukąszonych przez owady. Sama nazwa nie ma polskiego odpowiednika, a po wrzuceniu jej do tłumacza otrzymujemy lakoniczne „zielone warzywa”. W Chinach nie ma rozwiniętej kultury jedzenia sałatek i tu z reguły wszystkie warzywa przyrządza się na ciepło. Nie inaczej jest i z tytułową zieleniną – najczęściej spotkamy ją gotowaną z niewielką ilością wody w woku, lub przysmażaną na oleju, możliwe, że z dodatkiem sosu sojowego.

Ciekawostki z Chin - Cincaj
Ciekawostki z Chin – Cincaj

W trakcie spożycia strukturą przypomina kapustę pekińską, w smaku jest jednak nieco bardziej gorzki, ale bez przesady. Jest to posiłek lekkostrawny i mogę go polecić wszystkim, którzy boją się jeść specjałów chińskiej kuchni – kiedy na stole z jednej strony leży gotowany gołąb, a z drugiej podsmażany żółw, najbezpieczniej jest właśnie sięgnąć po cincaja. Dodam jeszcze, że ten występuje w kilku różnych odmianach, które bardziej niż smakiem różnią się wyglądem i długością łodygi.

Smoczy Owoc

Tutaj początkowo miałem napisać coś o wspomnianych we wstępniaku janmejach, ale już dawno po sezonie i nie udało mi się zrobić zdjęcia, dlatego przerzuciłem się na Smocze Owoce. A te wyglądają naprawdę egzotycznie! Krzykliwe czerwono – różowe „bulwy” z zielonymi, kłująco zakończonymi liśćmi sugerują raczej, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowo jadowitym, aniżeli ze zwykłym owocem.

Ciekawostki z Chin - Smoczy Owoc
Ciekawostki z Chin – Smoczy Owoc

Na szczęście wnętrze skrywa soczysty miąższ, który właściwie rozpływa się w ustach. Jego konsystencja jest niemalże identyczna z kiwi, ale kolor ma biały z czarnymi plamkami w postaci nasion. W smaku też przypomina kiwi, ale całkowicie wyprane z kwaskowatości – z początku smaczne, z czasem może robić się co raz bardziej mdłe, przynajmniej jeśli chodzi o moje podniebienie. Osobiście wolę coś bardziej „charakternego”, ale od czasu do czasu daję się skusić na Smoczy Owoc. Jeśli zastanawiacie się jak się go obiera to witajcie w klubie, bo za pierwszym podejściem też zabierałem się do tego jak pies do jeża. W końcu żona pomogła mi rozwiązać zagadkę – zamiast obierania, trzeba po prostu przekroić i wyjeść dobre ze środka.

Suszone wodorosty

Skoro już jesteśmy przy jedzeniu, to warto zahaczyć także o przekąski pomiędzy posiłkami. U nas oczywiście królują paluszki, chrupki, czipsy, popcorn i może jeszcze nasiona słonecznika. W Chinach jest niby tak samo, ale wywrócone do góry nogami. Paluszki – i tu niespodzianka – owszem, znajdziemy, ale z nadzieniem (cała masa, od czekolady po zieloną herbatę). Chrupki i czipsy też, ale w dość orientalnych smakach: wasabi, krewetka, ogórek, cytryna. Słonecznika zwykłego nie kupisz, za to jest z solą, karmelem czy o smaku orzechowym. A popcorn to już w ogóle – tylko na słodko i jeszcze się dziwią jak to można jeść z solą!

Ciekawostki z Chin - Suszone wodorosty
Ciekawostki z Chin – Suszone wodorosty

Ale najciekawsze zostawiłem na koniec, a właśnie za takie uważam suszone, sprasowane wodorosty – „hajtaj”. Ogólnie, wodorosty w Chinach są dość popularne i robi się z nich prostą zupę – suszone wodorosty przez chwilę gotujemy w wodzie aż się nasączą, po czym podajemy w małych miseczkach doprawione chińską odmianą szczypiorku. Tak zmajstrowana zupka bardzo często stanowi darmowy dodatek do pełnoprawnych dań w lokalnych restauracjach. Hajtaje natomiast konsumowane są np. w czasie seansu filmowego, zazwyczaj przez osoby będące na diecie. Jest to lekkie, niskokaloryczne i tylko umiarkowanie smaczne – ot taki solony papier mocno zalatujący rybą. Jak ma się okazję to można spróbować, ale i tak do polskich paluszków nie ma startu.

Maszyna do ryżu

Podejrzewam, że większość z was ma w domu toster lub opiekacz, a z pewnością wszyscy wiedzą jak takie ustrojstwo wygląda. Tymczasem ja – jegomość żyjący w Chinach od ponad czterech lat, jeszcze nie widziałem, aby ktoś miał tu prywatnie takowe urządzenie.

Jedzenie chleba jest w całej Azji Wschodniej wyjątkowo opcjonalne, a jego miejsce przejmuje wszechobecny ryż.

W takiej sytuacji zdawanie się na codzienne gotowanie sporych porcji w garnku i pilnowanie czy się nie rozgotowało, czy nie przywiergło i czy aby nie za mało, byłoby wyjątkowo uciążliwe. Szybko zostało to zautomatyzowane i obecnie każda szanująca się chińska rodzina (single i tak zazwyczaj stołują się poza domem) ma u siebie „dienfanbao” czyli maszynę do gotowania ryżu.

Ciekawostki z Chin - Maszyna do gotowania ryżu
Ciekawostki z Chin – Maszyna do gotowania ryżu

Wbrew pozorom taki elektryczny kociołek jest całkiem wielofunkcyjny i z reguły posiada minimum cztery programy:

  • zwykły (gotowanie ryżu)
  • odgrzewanie uprzednio ugotowanego ryżu
  • zupa
  • gotowanie na parze

A z Xiaomi to nawet ryż ugotujesz

 

Mi się to ogromnie podoba, gdyż wszystko zawsze wychodzi idealnie i jest w zasadzie bezobsługowe – wrzucamy co trzeba do środka, wciskamy parę guzików i przypominamy sobie o sprawie kiedy dienfanbao zapiszczy. Przy okazji pozwolę sobie zaznaczyć, że tak przygotowany ryż jest bardziej zbity/sklejony i pasujący do jedzenia pałeczkami niż popularne w Polsce woreczki wujka Bena.

Stół do herbaty

Stół jaki jest – każdy widzi. Kanciasty, albo okrągły blat, jedna lub cztery nogi, a to wszystko często przykryte obrusem czy inną ceratą. Może być kuchenny, może być salonowy – do kawy i żeby było na czym położyć pilota od telewizora. Chińczycy dokładają do tego trzeci rodzaj stołu – do herbaty. Ale hej, hej – nie takiej w stylu „wpadnij Kryśka na herbatę, pogadamy o tej pindzie z trzeciego piętra” tylko o wiele bardziej profesjonalny. Częstokroć dekorowany i specjalnie rzeźbiony, tak aby jak najlepiej spełniał swoją funkcję – podawanie herbaty w tradycjonalny chiński sposób.

Ciekawostki z Chin - Stół do herbaty
Ciekawostki z Chin – Stół do herbaty

A musicie wiedzieć, że przygotowanie herbaty w Chinach ociera się o prawdziwy rytuał.

Gotujemy wodę, nabieramy łyżeczką trochę suszonych liści i wsypujemy do małego imbryczka, zalewamy i odczekujemy chwilę. Potem wszystko wylewamy do osobnej miski. Następnie w tej pierwszej herbacie myjemy miseczki w których podamy napój gościom. Są do tego odpowiednie szczypczyki i szczotka z ryżowych łodyg. Potem nalewamy kolejną porcję wody i rozlewamy do misek. Sporo zachodu biorąc pod uwagę, że na osobę przypada jakieś 50 ml wywaru. Przez to delektowanie się herbatą to rzecz, która swoje trwa i zazwyczaj kończy biesiadę, można wtedy porozmawiać w cichszym otoczeniu i trochę wytrzeźwieć przed powrotem do domu. Z powyższych względów tenże stół jest meblem wyjątkowo reprezentacyjnym i świadczy o sukcesie danej rodziny. Nie bez znaczenia jest także odpływ na środku kulturalnie odprowadzający pozostałości po trunku do wiaderka pod blatem.

Łinsiam

Ręka do góry kto lubi komary. Tak myślałem. Małe bzyczące łajdaki potrafią być zmorą każdego biwaku, grilla, czy nawet głupiego czekania na autobus – jak śpiewał Krzysztof Krawczyk: od Las Vegas po Krym. Nie inaczej jest w Chinach, komary też tu urzędują i też doprowadzają miejscową ludność do szewskiej pasji. W walce z nimi można postawić na najnowsze zdobycze technologiczne w postaci ultradźwięków, których podobno nie znoszą, można się smarować, zakładać moskitiery, zapraszać do domu jaskółki i pajęczaki i tak dalej. Osiem tysięcy kilometrów na wschód od Polski do powyższych dochodzi jeszcze jedno – kadzidełko o nazwie „łinsiam”. Ale nie takie zwykłe, proste jak strzała, do kupienia w sklepach z medycyną alternatywną, tylko spiralnie zakręcone i nabijane na metalową podstawkę z bolcem pośrodku.

Ciekawostki z Chin - Łinsiam
Ciekawostki z Chin – Łinsiam

Raz zapalone działa przez 4-6 godzin i faktycznie odstrasza krwiopijców. Nie mam pojęcia z czego jest to wytwarzane, ale wyglądem przypomina węgiel drzewny, pachnie też podobnie (czyli całkiem znośnie). Ceny nie zwalają z nóg – po zakupieniu paczki 40 sztuk wychodzi jakieś 15 groszy za jednego łinsiama. Jako, że Chińczycy bardzo szanują tradycję (a wszelkiej maści kadzidełka są integralną częścią buddyjskiej filozofii) to łinsiamy bywają znacznie bardziej popularne niż ich nowoczesne odpowiedniki.

Kody QR w Chinach

A ma enefce? Nie?! A to idź pan w cholerę z tym szajsem!

Powyższy komentarz był jeszcze do niedawna sztandarowym credo wszelkiej maści przeciwników budżetowych telefonów z Chin. Nie ważne, że śliczny ekran, szybkie podzespoły i konkurencyjna cena – liczy się tylko to nieszczęsne NFC, z którego większość użytkowników i tak będzie korzystać okazjonalnie. Ale jak to mówią – lepiej mieć i nie potrzebować, niż na odwrót. Powodem całego zamieszania wcale nie jest złośliwość Chińczyków, którzy prąc do przodu na drodze technologicznej ewolucji chcą, aby wszyscy inni zostali w tyle. Tu zwyczajnie rozchodzi się o to, że z NFC w Chinach nie ma zbyt wiele pożytku i jeśli telefon jest go pozbawiony to i tak prawie nikt tego nie zauważy.

Ciekawostki z Chin - kody QR w Chinach
Ciekawostki z Chin – kody QR w Chinach

Brak modułu płatności zbliżeniowych nie oznacza, że w Chinach wciąż króluje gotówka, wręcz przeciwnie. Ostatni raz płaciłem za coś papierkiem cztery miesiące temu gdyż płatności w Chinach opierają się na kodach QR. Cały proces płacenia za zakupy trwa tyle samo, albo chwilę dłużej niż z użyciem karty. W supermarkecie i większych sklepach pokazujemy swój kod generowany przez aplikację Alipay lub Wechat (dwie najpowszechniejsze), a po zeskanowaniu należna kwota automatycznie znika z naszego konta. W mniejszych placówkach sami nakierowujemy aparat na czyiś kod, wpisujemy odpowiednią sumę i zatwierdzamy pinem, odciskiem palca czy wizerunkiem twarzy. Można w ten sposób płacić niemalże za wszystko – od zakupów online (np. Steam albo filmy VOD) aż po jałmużnę dla żebraków, którzy też już dawno się wycwanili i co raz częściej chodzą po ludziach pokazując im kod do wpłaty.