Awarie się zdarzają i są szczególnie denerwujące jeżeli pojawią się w najmniej spodziewanym momencie. Ale z drugiej strony, jeśli moglibyśmy panować nad tym kiedy się pojawiają, to usterek w ogóle by nie było. Jakiś czas temu mój monitor postanowił się zbuntować i odejść do krainy wiecznie niewypalonych matryc. Któregoś pięknego poniedziałku już prawidłowo się nie włączył, a ja zacząłem nerwowo szukać rozwiązania. Ta historia może nie jest długa i zawiła, ale na tyle ciekawa, że postanowiłem napisać o tym kilka słów.

Po powrocie z targów IFA 2019 miałem jeszcze kilka dni na ogarnięcie całego materiału żeby stworzyć relację wideo i później jak to się mówi – wrócić „do żywych”. Okazało się jednak, że sprzęt na biurku miał dla mnie inne plany i chciał żebym chyba jeszcze trochę sobie odpoczął. Po włączeniu stacjonarki monitor zaczął włączać się i wyłączać, tak co 2-3 sekundy, a do tego dziwnie przy tym brzęczeć. Używałem go od jakichś 5 lat, więc stwierdziłem, że po prostu się „skończył” i nadszedł czas żeby rozglądać się za nowym. Akurat teraz, akurat w chwili, gdy musiałem zrobić coś ważnego, na ekranie większym niż w laptopie. Ostatecznie i tak przerzuciłem się na 12,3-calowego Surface’a Pro 4, bo jak na złość nie miałem u siebie nic większego. Dokończyłem co trzeba.

W wolnej chwili przyjrzałem się bliżej nieszczęsnemu monitorowi. Sprawdziłem podłączenie przewodów, poprzepinałem je między gniazdami, zweryfikowałem zasilanie i ogólnie próbowałem wszystkiego tak zwaną metodą prób i błędów. Wymieniłem kabel HDMI, sprawdziłem czy monitor zatrybi po podłączeniu go analogowo i chciałem nawet przywrócić ustawienia fabryczne, gdy monitor przez chwilę załapał i świecił nieco dłużej niż kilka sekund.

Bezskutecznie, ale wiedziałem, że problem leży w zasilaniu.

Przez kilka lat miałem styczność z serwisem komputerowym, bo w takowym pracowałem, ale zabrakło czasu, by sięgnąć po narzędzia i pobawić się w małego elektryka. Zresztą, nigdy nie było mi po drodze z rozbebeszaniem takich urządzeń jak monitory, więc postanowiłem poszukać wsparcia u okolicznych serwisantów. Skoro chłopaki robią takie rzeczy na co dzień, mają profesjonalne zaplecze to i ogarną usterkę w luźniejsze popołudnie, góra dwa. Oddałem i niestety, mocno się pomyliłem. Po kilku dniach postanowiłem przedzwonić i dopytać się czy z monitora jeszcze coś będzie, ale usłyszałem tylko, że „jeszcze nic nie wiadomo i technicy walczą”. Minął tydzień, zero kontaktu. Mnie też jakoś się już nie spieszyło, bo raz, że nie narzekałem na codzienną pracę na Serfejsie, a dwa, udało się dosyć szybko załatwić tymczasowego Acera do testów. Nie mniej, chciałem wiedzieć czy rozglądać się już za nowym ekranem czy być może, jakimś cudem, uda się wskrzesić ten uwalony. Zadzwoniłem kolejny i raz i dowiedziałem się, że „technicy nie są w stanie zdiagnozować usterki”.

fot. Pixabay
fot. Pixabay

Pomyślałem: no dobra, pewnie jest na tyle poważna, że nie ma sensu dalej dłubać. Sytuacja była zatem prosta i klarowna – zabieram „trupa” i po testach wspomnianego Acera kupuję coś nowego. A, że wymagania mam raczej wysokie, to jednym kandydatem był przetestowany przeze mnie ostatnio Samsung Space Monitor. Jakie było jednak moje zaskoczenie, gdy doszedłem do wniosku, że w serwisie nawet nie ruszyli palcem, by naprawić monitor. Skąd to wiem? A stąd, że potrafię ocenić sprzęt, przy którym ktoś urzędował i próbował coś naprawić. Tym bardziej jeżeli trwało to ponad tydzień. W przypadku takiego monitora, żeby np. dostać się do środka, nie wystarczy tylko odkręcić kilku śrub, ale też specjalnym narzędziem podważyć obudowę (podobnie jak to ma miejsce przy otwieraniu obudowy laptopa). Niezależenie z jak cholernie dużą dbałością, ostrożnością i poziomem zen ktoś do tego by podchodził, takie działanie na pewno zostawia ślad na obudowie. Choćby minimalny, widoczny pod światło, szczególnie, że ramka jest w stylu piano black. A tutaj, monitor odebrałem w identycznym stanie w jakim go oddałem, no może poza bardziej zakurzoną matrycą. Nie mam za złe serwisowi, że nie naprawił, ale mogliby poinformować o tym szybciej. Dobrze chociaż, że nic nie zapłaciłem, choćby za diagnozę, co nie często się zdarza.

Postanowiłem jeszcze, że trochę powalczę i może sam zajrzę do środka. Ale zanim to zrobiłem, poszperałem jeszcze trochę w sieci, bo byłem pewien, że nie tylko ja miałem taki problem. Wcześniej też  to robiłem, ale „na dwójce”, gdzieś między zwleczeniem się z łóżka, a wyjściem do pracy, więc mało skutecznie i niewystarczająco długo, by coś konkretnego znaleźć.

Ostatecznie okazało się, że winowajcą był… zasilacz.

Tak, gdzieś na jakimś anglojęzycznym forum ktoś miał podobny problem. Monitor najpierw szybko „mrugał” i raz się włączał, a innym razem nie. Co prawda nie dotyczyło to konkretnie mojego modelu, ale też monitora, starszego, ale od tego samego producenta. Użytkownik kupił drugi zasilacz, jakiś używany i problem zniknął. Ja pomyślałem, że byłoby to zbyt proste, by było prawdziwe i by zadziałało. Tym bardziej, że to monitor wydawał dziwne dźwięki i ogólnie wariował, a nie zasilacz, który świecił i działał (a przynajmniej tak wyglądał). Sądziłem, że to coś na płytce w środku, jakaś przetwornica napięcia czy inne ustrojstwo. Ale ok, znalazłem identyczny zasilacz jak ten co miałem fabrycznie z monitorem, kupiłem go na Allegro za dokładnie 28,99 złotych z wysyłką i czekałem na paczkę.

fot. Pixabay
fot. Pixabay

Zasilacz przyszedł, podłączyłem i… zadziałało! Dla pewności, potrzymałem monitor dłużej przy prądzie na „nowym” zasilaczu, by sprawdzić czy rzeczywiście usterka została usunięta. Monitor normalnie się włączył, przeszukał źródła, wyświetlił obraz i działał, co przyznam, mocno mnie zaskoczyło, ale też ucieszyło. Mimo tego, że ma już swoje lata to nadal przyjemnie się przy nim pracuje. Ma 24-calową przekątną, rozdzielczość Full HD i bardzo dobrą matrycę VA z zadowalającymi kolorami i kątami widzenia.

Morał z tej bajki jest taki, by nie rezygnować, próbować do końca i… nie zawsze ufać serwisantom. Trochę poczytać, użyć Google’a i próbować „naprawę” najtańszą, ale równocześnie pewną formą naprawy. Ja powiedziałem sobie, że jak za usunięcie awarii wyjdzie więcej niż dwie stówki to dam sobie spokój. Wyszło niecałe 29 złotych. Dziękuję, koniec.