Głośniki to jedne z tych urządzeń, których w domu mamy przynajmniej kilka. Jakiś mobilny „pierdzik” do smartfonu, coś większego przy telewizorze na przykład w formie soundbara, coś w pokoju do słuchania, coś w kuchni, a do tego może jeszcze jakiś Dot czy Home mini z myślą o obsłudze asystenta głosowego. Sam mam kilka, a jakbym tak dokładnie policzył i poszukał to może i wyszłoby kilkanaście. U mnie jednak jest nieco inaczej, bo nie tylko korzystam z głośników, ale też je czasami testuję. Tak jak ostatnio Sonos One. Wiedziałem, że taki głośnik jest i po kilku chwilach z nim, wiedziałem też, że taki chcę.

Często bywa tak, że z pewnymi urządzeniami czy producentami spotykam się pierwszy raz i tak też było z Sonosem i ich głośnikami One. Tak, głośnikami, bo jak możecie zauważyć na zdjęciach, na moim testowym biurku pojawiły się od razu dwie sztuki. Nigdy wcześniej nie testowałem ich produktów i szczerze powiedziawszy, o Sonosie co najwyżej słyszałem. Ale dobrze, że stało się tak jak się stało i w końcu mogłem sprawdzić co wspomniane głośniki potrafią.

Lubię, gdy coś jest proste i ładne, a Sonos One właśnie taki jest. Ładnie zaprojektowany z nieskomplikowaną, prostą konstrukcją. I właśnie dlatego widzę tutaj niemałe podobieństwo do Apple, bo zdaje się, że Sonos też chce dopieścić swój sprzęt do maksimum, bez podążania na skróty, skupiając uwagę na każdy szczegół. Określenie „Apple wśród głośników” jak najbardziej pasuje. Złego słowa nie można napisać o wykonaniu, które jest na najwyższym poziomie. Nie ma tutaj mowy o żadnych oszczędnościach na materiałach. Obudowa jest wykonana z dobrego tworzywa, ale większa jej część to metalowa maskownica, która ciągnie się przez głośnik dookoła, niemal przez całą długość.

Sonos One
Sonos One

Głośnik jest solidny, pewny i ciężki. Na pierwszy rzut oka, sądząc po jakby nie patrzeć małych gabarytach (wysokość to nieco ponad 16 cm), w ogóle nie spodziewałem się wagi dochodzącej do prawie 2 kilogramów. Ale ta cecha nie ma prawa być zaliczana do minusów. Mamy taki wewnętrzny spokój, że głośnik zawsze pozostanie na swoim miejscu, nawet gdy muzykę podkręcimy na maksa, a do pokoju nagle wpadnie zgraja niezbyt trzeźwych kumpli. To po trochu zasługa gumowych podkładek na spodzie, ale też sprytnie schowanego przewodu zasilania. „Ósemka” na końcu jest tak wyprofilowana, że po wsadzeniu od spodu do głośnika, pokrywa się z obudową i w ogóle nie wystaje. Co prawda, potem ciężko jest ten kabel wyjąć, ale w końcu nie jest to głośnik mobilny, a taki, który rzadko będziemy ze sobą zabierać.

Szczerze? Ciężko jest wskazać jakiekolwiek minusy w wykonaniu Sonos One.

Całe „centrum dowodzenia” znajduje się na wierzchu, bo… gdzieżby indziej. Jest do bólu proste, łatwo dostępne i można nawet napisać, że intuicyjne, choć ja na samym początku przesuwałem paluchem po tym wykropkowanym okręgu, by zwiększyć lub zmniejszyć głośność. Błędnie. Okazało się, że za sterowanie głośnością odpowiedzialne są te „kwadraciki” po lewej i prawej stronie. Jeśli z kolei przeciągniemy palcem przez środek od jednego do drugiego przycisku w lewą stronę to włączymy następcy utwór, a jeżeli w prawą, to wrócimy do początku odtwarzanego utworu lub do poprzedniego. Odtwarzanie i zatrzymywanie audio mamy pośrodku. I to tyle? No nie do końca. Jeszcze jeden przycisk, tym razem fizyczny, a nie dotykowy, mamy na obudowie z tyłu i służy on do połączenia i parowania z innymi głośnikami Sonos.

Sonos One
Sonos One

Muszę przyznać, że ze sposobu obsługi One’a byłem więcej niż tylko zadowolony, mimo tego, że nie przepadam za pojemnościowymi przyciskami. Zawsze kojarzyły mi się z małą skutecznością. Tutaj tak nie było – za każdym razem trafiałem, za każdym razem działało i za każdym razem słyszałem to przyjemne „plumkanie” przycisku, więc ogólnie, należą się słowa uznania. Działa jak trzeba.

Przyznam szczerze, że bardzo niechętnie podchodziłem do sterowania głośnikiem z poziomu aplikacji i do aplikacji samej w sobie. A wszystko przez to, co działo się na początku. Zacznę od tego, że głośnik bez aplikacji praktycznie nie istnieje, bo bez niej nie można go nawet połączyć ze smartfonem. To właśnie przez aplikację przeprowadzamy całą konfigurację, rejestrujemy (tak, do podłączenia głośnika musimy założyć konto!), wyszukujemy, parujemy i tak dalej i dalej. Nie jest to na pewno kilka kliknięć, a nawet kilkanaście, bo jeżeli po drodze coś się jeszcze wykrzaczy to zabierze nam to znacznie więcej czasu niż powinno. Mnie po drodze trafiła się jeszcze aktualizacja i problemy z połączeniem z routerem, bo najpierw chciało łączyć przez LAN, a potem, jak już wygrzebałem z pudełka odpowiedni przewód, to jednak chciało po Wi-Fi. I jeszcze to dodawanie serwisów muzycznych na końcu, żeby cokolwiek posłuchać. Ogólnie, wyglądało to jak droga przez mękę. Ostatecznie się udało, choć nadal uważam, że ilość kroków i działań może zniechęcić i to już na samym początku.

Na całe szczęście, trochę później, polubiłem się z tą aplikacją i mimo wcześniejszego sceptycyzmu, znalazłem kilka istotnych plusów. Nie tylko tego jednego głośnika, ale też całego systemu czy pomysłu na to jak to wszystko ma działać. Przede wszystkim, głośnik Sonos One łączy się przez Wi-Fi, a nie Bluetooth. Daje to nam taką przewagę, że w każdej chwili możemy włączyć odtwarzanie, nawet gdy nie mamy w pobliżu telefonu. Klikamy na play i na głośniku od razu leci to co ostatnio słuchaliśmy, np. jakaś playlista czy dalsza część audiobooka. Wpływa to też pozytywnie na jakość dźwięku, bo nie ma tutaj żadnych zakłóceń, zgrzytów, przerw czy innych nieprzyjemnych rzeczy.

Sonos One
Sonos One

Owszem, z telefonem w ręku możemy wiele rzeczy zmienić i ustawić wszystko tak jak chcemy, ale fajne jest to, że głośnik może działać też – w pewnym sensie – niezależenie. Mało tego, mając dwa głośniki (lub więcej, bo można je łączyć ze sobą w mono albo parami w stereo) możemy je sobie niemal dowolnie ustawić. Chodzi o to, że mogą działać przykładowo jako dwa stereofoniczne głośniki do telewizora, ale też oddzielnie, przypisane do konkretnych pomieszczeń – np. jeden do kuchni, a drugi do pokoju. Można go też postawić w łazience, bo jest odporny na wilgoć i zachlapania.

Jeśli z kolei dysponujemy znacznie zasobniejszym portfelem to już w ogóle możemy skomponować taki zestaw, że najwięksi koneserzy po wejściu do mieszkania będą klaskać. Postanowiłem to obliczyć ile kosztowałby najciekawszy set. Wybieramy Sonos Playbar za 3399 złotych, do tego subwoofer Sonos Sub w tej samej cenie i uzupełniamy dwoma głośnikami Sonos One, po tysiąc każdy. Zestaw świetny, ale po podliczeniu wychodzi prawie 9 tysięcy złotych.

Sonos One
Sonos One

Jeszcze jednym plusem aplikacji Sonosa jest to, że działa niezależenie od innych, również w tle czy na zablokowanym ekranie. Mam tutaj na myśli to, że po dodaniu do niej usługi Spotify, Storytel czy innego serwisu, możemy też osobno odpalić tę samą aplikację. U mnie okazało się to pomocne, gdy chciałem porównać w tym samym czasie One’a i głośnik od Bose, puszczając raz na jednym, a raz na drugim ten sam utwór z tej samej usługi.

Nie sądziłem, że z tak małego głośnika będzie wydobywać się dźwięk o tak wysokiej jakości.

Poważnie, miałem już u siebie większe głośniki, ale jak widać, nie zawsze wielkość ma tutaj znaczenie. Sonos One gra bardzo czysto, równo, wyraziście i to nawet jak ustawimy maksymalną głośność. Ścieżka jest bogata, a głośnik nie gubi się nawet przy wymagających utworach gdzie jest pełno instrumentów. Rzadko się to zdarza, szczególnie w tak niewielkich głośnikach. Nie ma żadnego syczenia, pierdzenia i trzeszczenia. Niskie tony też są obecne i można określić je przyjemnymi, choć ja chciałbym sprawdzić jak te głośniki grałyby w połączeniu z sonosowym subwooferem.

Sonos One
Sonos One

Jestem pewien, że każdy byłby zaskoczony tym, co potrafi ten głośnik, a jeszcze większe wrażenie zrobiłby dwa, połączone razem w stereo. Ja z chęcią postawiłbym takie dwa po obu stronach telewizora i jestem pewien, że byłbym w pełni zadowolony. Co więcej, wyglądałyby naprawdę elegancko i nie zajmowałyby wiele miejsca. Problem jednak w tym, że na taki zestaw musiałbym przeznaczyć prawie dwa tysiące złotych, a gdzieś tam z tyłu głowy ciągle miałbym to, że przydałby się jeszcze Sonos do niskich tonów. Nadal nie jestem w stanie określić czy w takiej sytuacji mówimy o „aż” dwóch głośnikach w tej cenie czy „tylko” dwóch. Sytuacji wcale nie poprawia fakt, że w takich pieniądzach możemy mieć taki zestaw jak chociażby Yamaha YAS-207, który spełni wymagania większości.

Siłą Sonosa jest ich aplikacja (aż jestem zaskoczony, że to piszę po różnych perypetiach na początku), ale też cały system i rozwiązania na to jak swobodnie łączyć ze sobą głośniki, jak z nich korzystać. To w jakiej harmonii to wszystko ze sobą działa. Kupując takiego One’a nie płacimy tylko za świetną jakość audio czy wykonanie, ale przede wszystkim za to, o czym napisałem w dwóch poprzednich zdaniach.