CES 2020 to bardzo specyficzna odsłona targów. Nie dość, że dla nas są „na końcu świata”, leci tam tylko garstka najbardziej opłacalnych dla producentów dziennikarzy, to jeszcze mam wrażenie, że niektóre pokazane tam urządzenia w ogóle nie trafią na rynek. Na podsumowanie imprezy w Las Vegas przyjdzie jeszcze czas. Tym razem kilka słów o najnowszym Galaxy Chromebooku od Samsunga. A raczej tym, ile taki Chromebook nie powinien kosztować.

Mam wrażenie, że komuś tam w Samsungu karta z obliczeniami zalała się czymś szczególnie wstrętnym. W efekcie, za nowe i można nawet stwierdzić, że urodziwe ustrojstwo z Chrome OS trzeba zapłacić prawie 1000 dolarów. To tyle ile trzeba wyłożyć na przykładowo Samsunga Galaxy Note 10 albo więcej niż tylko przyzwoitego laptopa, jeżeli w tej kategorii sprzętu zostaniemy. A tutaj? Po jednej stronie piękny, wychuchany i świetnie wyposażony sprzęt, a po drugiej, przeglądarkowy system Chrome OS.

O taki:

Samsung Galaxy Chromebook
Samsung Galaxy Chromebook / fot. Samsung

O tym świetnym wyposażeniu wcale nie żartuję, bo nie dość, że Core i5 10. generacji, nawet 16 GB pamięci RAM i możliwy terabajtowy dysk SSD, to jeszcze matryca AMOLED w rozdzielczości 4K. I jeszcze rysik, podobny do tego jaki jest w serii Galaxy Note czy obracane zawiasy jak w Yogach od Lenovo. Tylko po co to wszystko? Do oglądania czegoś w 4K na Youtubie? Aby zagrać w Asphalta w 30 klatkach? A może żeby poprawić kolory na zdjęciach z dysku Google? Przypomnę, za tysiąc „zielonych”. Tysiąc.

Samsung Galaxy Chromebook
Samsung Galaxy Chromebook / fot. Samsung

To nadal jest tylko Chromebook, ludzie. Tam zamiast dziewiątki to powinna być co najwyżej czwórka z przodu, a i tak niektórzy kręciliby nosem, że drogo. Zresztą, idealnie podsumował to Kamil w jednym z tweetów. Nie przypadkiem Chromebook miał być tanim sprzętem, na który może pozwolić sobie każdy i szybkim, by codziennie, podstawowe zadania można było zrobić „z palca”. A tutaj mamy idealny przykład tego, jak bardzo ten pomysł został przestrzelony.