Te tytułowe słuchawki o dziwnie brzmiącej nazwie stały się istnym hitem na platformie Indiegogo. Miliony zielonych zaskoczyły pewnie nie tylko wspierających, ale też tych, którzy słuchawki projektowali. Napiszę nawet więcej. Zaskoczenie było tak duże, że nawet kilku znanych koszykarzy NBA – zapewne za kompletnie niezaskakującą górę pieniędzy – wzięło je w swoje ręce i powiedziało co nieco co o nich sądzi. A co o PaMu Slide myślę ja, zwykły i skromny bloger? Zupełnie szczerze i bez sakiewki z monetami? Tego dowiecie się w tej recenzji.

Przyznam szczerze, że nie podchodziłem do tych słuchawek z takim podekscytowaniem jak pierwszy z brzegu Amerykanin podczas premiery każdego iPhone’a. Nie śledziłem zbiórki, ale wiedziałem, że takie słuchawki istnieją, chociaż o współpracy z koszykarzami dowiedziałem się zaraz przed zabraniem się do tego tekstu. Co by jednak nie było, cieszę się, że w końcu mogę sam sprawdzić co jedne z bezprzewodówek od Padmate potrafią. Jak się okazało mają w sobie sporo dobrego, ale nie zabrakło kilku rzeczy, które są nie do końca przemyślane.

Odmiennie niż w poprzednich testach – zacznę od zestawu. Dlaczego? Bo jest o czym pisać. Dawno nie miałem tak przyjemnie zapakowanych i dobrze wyposażonych słuchawek, nawet jeśli kosztowały więcej. Jest krótki przewód USB-C do ładowania i znacznie bogatszy zestaw silikonowych nakładek niż zazwyczaj. Razem z tymi już założonymi na Slide’ach mamy sześć kompletów. Jest też sympatyczne i nieśmierdzące mokrym gołębiem etui, ale w jego przypadku pojawia się pierwszy zgrzyt, bo jest za małe, by zmieścić tam pudełko ze słuchawkami. Widocznie jest to woreczek tylko na same słuchawki.

PaMu Slide
PaMu Slide

PaMu Slide nie mają klasycznego kształtu, ale gdybym miał wskazać to bliżej im do AirPodsów aniżeli do przykładowo Elite 65t od Jabry. W przeciwieństwie jednak do tych od Apple są to słuchawki dokanałowe. Podobnie wystają z uszu, ale mają nieco większą, mniej opływową i zdaje się, że grubszą budowę. Nie wystają jakoś przesadnie z małżowiny i można nawet stwierdzić, że są wygodne, bo nawet po dłuższej sesji nie cisną i nie sprawiają dyskomfortu. Niestety – i tutaj kolejny zgrzyt – oblały mój autorski test „wypadalności”. Naprawdę jakoś szczególnie nie trząsłem całą łepetyną, a jedna słuchawka wyleciała z ucha, po… trzech sekundach. Po trzech. Symulacja biegu wypadła trochę lepiej, bo PaMu Slide „poddały się” po około 15 sekundach. Mimo wszystko bałbym się z nimi biegać, no chyba, że na ekstremalnie krótkich dystansach… takich z pokoju do łazienki.

Całkiem wygodne, ale Obawiam się, że nie są to słuchawki do biegania.

Niektórych może zmylić kolor, bo w rzeczywistości słuchawki nie są czarne, a takie fioletowo-grafitowe. Podczas używania trzeba uważać na gumową nakładkę na korpusie. Lubi się brudzić i zbiera kurz jak magnes (taki na kurz), ale potrafi też się zsunąć z obudowy. A zapasowych nie ma.

PaMu Slide
PaMu Slide

Słuchawki siedzą w dosyć wymyślnym pudełku i to jemu trzeba poświęcić większą uwagę. Jest kilka powodów, by je polubić i też kilka, by trochę pokręcić nosem. PaMu Slide trzymają się w środku jak napalony nastolatek cycka swojej koleżanki na koloniach w Mielnie. Otwory są magnetyczne, więc słuchawki za każdym razem wskakują na swoje miejsce tak jak powinny. Trudnością nie jest też ich wyłuskanie jak się dobrze chwyci. Dodatkowym zabezpieczeniem jest otwierane wieko, które – zgrzyt po raz trzeci – podczas otwierania i zamykania rysuje słuchawki w najbardziej wystających miejscach. Dzieje się to przede wszystkich w trakcie otwierania pudełka, bo przesuwając pokrywę jednocześnie musimy ją trochę nacisnąć. Szkoda, bo ewidentnie wygląda to na jakąś wadę konstrukcyjną.

PaMu Slide wsadzone do etui od razu się ładują, ale trzeba je wyjąć, by sparować z urządzeniem. Połączenie jest super szybkie i proste, działa tak jak w przypadku innych tego typu słuchawek. Wystarczy wyjąć słuchawki, wyszukać je w opcjach Bluetooth i połączyć.

PaMu Slide
PaMu Slide

Może nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale słuchawki Slide w górnej części (powyżej diody) mają miejsca dotykowe do sterowania. Są na obu sztukach. Z uporem maniaka napiszę, że jestem sympatykiem fizycznych przycisków, szczególnie w tak małych ustrojstwach, bo są po prostu wygodniejsze i pewniejsze. Przyznam, że w testowanym modelu przyciski działały zaskakująco dobrze, ale w mojej ocenie miejsce dotyku jest zbyt małe. Słuchawki można pacnąć raz, dwa razy albo dłużej przytrzymać palec na przycisku. Zauważyłem, że od dotknięcia mija około 2-3 sekundy zanim muzyka się zatrzyma, co powinno działać szybciej. Można też uruchomić asystenta głosowego – tu dwukrotnie dotykamy lewej słuchawki. Jest też zmiana głośności i przeskakiwanie do kolejnego utworu, ale już nie ma opcji przełączenia do poprzedniego.

PaMu Slide grają wyjątkowo dobrze i ich brzmienie może się podobać.

Przyznam, że bardzo obawiałem się o to jak będą grały słuchawki od firmy, o której do niedawna nie miałem w ogóle pojęcia. Sądziłem, że skupili się na wszystkim tylko nie na dźwięku przy okazji wywalając ogromną forsę na marketing. Okazuje się, że byłem w błędzie, przynajmniej jeśli chodzi o jakość dźwięku. PaMu Slide grają zaskakująco dobrze, czysto i szczegółowo. Scena może nie jest zbyt rozległa, a niskie tony są łagodne i trochę wycofane, ale i tak mogę śmiało napisać, że to jedne z lepiej brzmiących słuchawek TWS jakie ostatnio miałem w uszach. Trochę brakuje mi bardziej „mięsistych” basów, ale z drugiej strony, cieszę się, że słuchawki obsługują kodek aptX i mają Bluetooth 5.0. Często droższe modele tego nie mają. Mam też wrażenie, że dla niektórych osób słuchawki mogą być za ciche.

PaMu Slide
PaMu Slide

Etui ma w sobie baterię o pojemności 2000 mAh, co pozwala kilka razy podładować słuchawki. Według producenta ma to być nawet 60 godzin łącznie jeśli zbierzemy do kupy w pełni naładowane słuchawki i to co mogą „dostać” z pudełka. Ja podłączyłem etui do prądu zaraz po pierwszym wyjęciu z pudełka i przez cały czas testów nawet nie pomyślałem o ponownym podłączeniu. A od tego czasu minęło ze trzy tygodnie. Nie używałem słuchawek szczególnie namiętnie, ale spokojnie było to naście godzin. Zresztą, ciężko jest to miarodajnie sprawdzić, bo za każdym razem odkładałem słuchawki do pudełka przez co się doładowywały.

Słuchawki, które podładują… telefon. Tylko po co?

Tak, dobrze przeczytaliście powyższe zdanie. Etui zostało wyposażone w funkcję bezprzewodowego ładowania Qi. Wystarczy odwrócić etui i położyć na nim kompatybilne urządzenie żeby się podładowało. No właśnie, podładowało, w wyjątkowo awaryjnych sytuacjach. Przypomnę, że jest tam 2000 mAh – „aż” dla słuchawek, bo wystarczy na 5-6 cykli ładowania, ale „tylko” dla smartfonów. Ot, raczej ciekawostka niż coś z czego będziemy często korzystać.

PaMu Slide
PaMu Slide

Słuchawki PaMu Slide to jeden z tych produktów, o którym przed testem myślisz: „Ok, to tylko kolejne słuchawki, jak trzeba sprawdzić, to trzeba”, a po recenzji, a nawet już w trakcie, zmieniasz zdanie i mówisz: „O cholera! Ale to dobre jest!”. I tak było w tym przypadku. Sprawdziłem i mimo braku początkowego entuzjazmu, teraz się z nimi polubiłem. Pod kilkoma względami Slide’y mnie zaskoczyły. Bardzo długo działają na baterii i bardzo przyjemnie grają – a to w tego typu słuchawkach liczy się chyba najbardziej. Jak wspomniałem, trochę brakuje mi w nich „ciepłości”, ale nadrabiają wsparciem dla aptX.

Szkoda tylko kilku głupich rozwiązań jak problemy z rysowaniem słuchawek podczas otwierania etui czy niezbyt dobre trzymanie w uszach. Gdyby chociaż to uległo poprawie, słuchawki byłyby znacznie lepsze.

Gdzie kupić? I tutaj pojawia się pytanie, na które ciężko jest znaleźć odpowiedź. Porównywarki cen niewiele pokazują, a tam gdzie kiedyś słuchawki były, teraz już ich nie ma. Nie mniej, chyba najrozsądniejszym miejscem jest strona producenta. Tam kosztują 69-79 dolarów w zależności od wersji – z funkcją bezprzewodowego ładowania albo bez.