Czasami jest tak, że patrząc na jakieś urządzenie coś nam wewnętrznie podpowiada, że lepiej przejść obok niego obojętnie. Że coś tu nie gra. Ja mam tak, gdy spojrzałem na Carbon 1 Mark II. Większość zagranicznych serwisów rozpisuje się o tym modelu tak, jakby to był szczyt tego, co w smartfonowym świecie można osiągnąć. A mnie tu coś śmierdzi…

Słyszeliście kiedyś o Carbon Mobile? Ja osobiście nie, a siedzę w tej branży już naście lat. Zresztą, to brzmi trochę jak nazwa jakiegoś wirtualnego operatora niż producenta sprzętu. Z tego co można znaleźć na ich oficjalnej stronie, która wygląda jakby była napisana wczoraj w notatniku, firma jest z Berlina. Kiedy powstała? Do tego ciężko się dokopać, bo w opisie mają tylko coś o wysokiej jakości materiałach, które chcą przenieść do elektroniki użytkowej. Zresztą, na stronie tak średnio z tłumaczeniem, bo wygląda jakby była po angielsku, gdzieś tam nagle wkrada się niemiecki, a w tytule ktoś ewidentnie zapomniał coś wpisać, bo wyświetla się tylko „SEO_Title”. No dobra, firma firmą, czas zająć się smartfonem.

Co w Carbon 1 Mark II wzbudza wątpliwości?

Znalazło się kilka rzeczy. Po pierwsze, z czego mogła być zrobiona obudowa tego smartfonu jeśli firma ma w nazwie Carbon? No oczywiście – z włókna węglowego. Materiału, który spotyka się w najdroższych samochodach, lotnictwie albo w formie niezbyt udanej imitacji na kierownicy Golfa III po tuningu. Od teraz też można spotkać go w smartfonie takim jak Carbon 1 Mark II. Tylko po co? Czy „karbonowa” obudowa jest rzeczywiście komuś potrzebna?

Tylko po to, by smartfon o przeciętnej specyfikacji kosztował tyle co flagowiec.

Carbon 1 Mark II
Carbon 1 Mark II / fot. Carbon Mobile

Carbon liczy sobie za ten model 800 euro, czyli tyle, za ile spokojnie można kupić takiego Samsunga Galaxy Note 10+, niemal każdego OnePlusa czy Pixela od Google. Mało tego, żeby zaklepać sobie sztukę dla siebie, trzeba z góry wpłacić 30% wartości i czekać do czerwca 2020 roku na wysyłkę. Wspomniałem, że ma być tylko 2000 sztuk? I to wcale nie chodzi o to, że to będzie jakaś turbo limitowana edycja. Po prostu tylko tyle sztuk jest w stanie wyprodukować ta firma. Bo? Bo… włókno węglowe.

Spoglądając na specyfikację, to tak naprawdę tylko dwie rzeczy do mnie przemawiają. No dobra, cztery, wliczając w to około 6-calowy wyświetlacz AMOLED i czytnik palucha na krawędzi. Smartfon ma ważyć zaledwie 125 gramów i zapewne (sądząc po właściwościach jakie ma włókno węglowe) będzie szalenie wytrzymały. Dalej? Przestarzały procesor Helio P90 z 2018 roku, 128 GB pamięci własnej i… to tyle. Nawet nie ma informacji o pamięci RAM, ale skoro tak, to zapewne nie ma się czym chwalić.

Carbon 1 Mark II
Carbon 1 Mark II / fot. Carbon Mobile

Na pewno nie będzie to smartfon, za którym będą ustawiać się kolejki. Wątpię też, by w ogóle trafił do normalnej sprzedaży czy dobił do tych dwóch tysięcy dostępnych sztuk (aktualnie jest 12%). Dla mnie to nic specjalnego, smartfon, który ma swoje 5 minut i nie zanosi się, by ten czas się wydłużył. Jest wiele niewiadomych jak choćby to z wątpliwym wsparciem posprzedażowym, aktualizacjami systemu (choć na starcie ma być Android 10) czy faktem, że w drugiej połowie roku ten smartfon będzie solidnie przestarzały. Już jest. Jest też masa innych smartfonów, nawet sporo tańszych, które będą lepszym wyborem, zarówno pod względem sprzętowym jak i usługowym. Nie ma się co nim interesować. Dla mnie wygląda trochę tak jakby ktoś nieudolnie nakleił na niego folię z imitacją karbonu, a potem zawołał trzy razy tyle, ile powinien kosztować.