Czasami zdarzy się, że trzeba przetestować monitor. Monitor 32:10. A jak już do tego dojdzie, to trzeba trochę się nagimnastykować żeby go złożyć, ustawić i przede wszystkim zmieścić na biurku. Kiedy przychodzi do ciebie ponad metr zakrzywionego ekranu to ta ostatnia czynność wcale nie należy do najłatwiejszych. W ogóle obcowanie z takim monitorem na co dzień to ciekawa, ale też specyficzna przygoda, która w moim przypadku nie do końca zakończyła się happy endem. Dlaczego? Jak używało się tak nieszablonowego monitora jak Philips SuperWide 439P9H?

Nie chcę robić z tego super hiper szczegółowej recenzji, a raczej skupić się głównie na moich odczuciach z pracy przy tak ogromnym i bardzo szerokim ekranie. Na tym co w nim jest fajnego, a co nie i przede wszystkim, w jaki sposób można to wykorzystać, jak się pracuje z nim na co dzień i czy udało mi się wykorzystać jego wszystkie możliwości. Kiedyś wpadł na testy Philips w proporcjach 21:9. Ten jest jeszcze szerszy, bo ma 32:10, więc dokładnie tak jakby złączyć ze sobą dwa monitory 16:10.

Philips SuperWide 439P9H to kolos.

Dla mnie, gdzie do tej pory na biurku stał wysłużony 24-calowy Samsung, a w trakcie testów tego Philipsa pojawił się nieco większy, bo 27-calowy Samsung Space Monitor, już samo rozpakowanie i zmontowanie wszystkiego do kupy było małym wyzwaniem. Do tego stopnia, że musiałem przesunąć stacjonarkę na biurku bardziej w lewą stronę i postawić ją prostopadle do ściany. Gdyby ktoś się zastanawiał, monitor udało się zmieścić na blacie, który ma dokładnie 153 cm szerokości. Razem z pecetem, co widać na zdjęciu.

Monitor waży sporo, ale mam wrażenie, że jeszcze więcej waży sama podstawa. Jest duża, masywna i metalowa, ale w przypadku 43-calowej przekątnej i takich proporcji to raczej nie spodziewałem się czegoś innego. Jej kształt nie do końca mi pasuje, bo mamy „przed nosem” kawał leżącego przed monitorem metalu, ale myślę, że kształt nóżki nie jest tutaj przypadkowy. Monitor zachowuje się bardzo stabilnie, choć wiadomo, że jak się go szturchnie to kilka razy się zakołysze. Mimo wszystko, można uznać, że nad dobrą stabilnością coś tam w Philipsie popracowali.

Do wykonania monitora nie mam żadnych zastrzeżeń. Philips 439P9H jest zrobiony porządnie, ramka pod ekranem nie odstaje i nie można jej jakoś wygiąć palcem (uwierzcie mi, że z takimi gdzie to się dało miałem już do czynienia), obudowa z tyłu jest z dobrego tworzywa. Po prostu, jest tak jak dobry monitor powinien wyglądać. Metalowa jest podstawa, ale to normalne, bo musi trzymać to co do niej przykręcimy. Trochę przeszkadza mi taka półmatowa powłoka, która odbija wszystko ja leci, gdy monitor jest wyłączony. Pewnie by to nie przeszkadzało jakby miał 20 cali, ale ma znacznie więcej.

Panorama Hong Kongu / fot. ecopetit.cat
Panorama Hong Kongu / fot. ecopetit.cat

Monitor można regulować w trzech płaszczyznach – pionowej, czyli „góra/dół” oraz obracanie na boki i poziomej, jeśli podciągniemy pod to ustawienie kąta nachylenia matrycy (ang. Tilt). Z oczywistych względów nie ma tutaj możliwości obracania monitora, czyli pivota. Monitor można ustawić bardzo nisko w stosunku do powierzchni, na której stoi (od dolnej krawędzi do biurka jest ok. 4 cm), ale szczerze powiedziawszy, nie wiem kto chciałby tak z niego korzystać. W moim przypadku najlepiej sprawdziło się najwyższe ustawienie, czyli wtedy, gdy między blatem, a dołem monitora było jakieś 17 cm.

Philips SuperWide 439P9H ma tyle różnego rodzaju portów, ile wszystkie moje dotychczasowe monitory razem wzięte. Jedno HDMI 2.0, dwa DisplayPorty, dwa USB-C 3.2 1. generacji z funkcją zasilania do 90 W. Do tego aż cztery USB 3.2, mini jack na słuchawki i internetowe RJ-45. O standardowej wtyczce zasilania nie ma co wspominać, ale ważne jest to, że zasilacz jest wbudowany w monitorze.

Monitor 32:10. Jak ja z niego korzystałem?

W przypadku tego Philipsa najlepsze możliwe efekty uzyskamy, gdy ustawimy zalecaną (natywną) rozdzielczość, czyli 3840 x 1200 pikseli i proporcje 32:10. Ja dodatkowo przeskalowałem cały interfejs Windowsa na 125%, bo na setce było wszystko zbyt małe. W ustawieniach monitora ustawiłem też kolory na sRGB, jasność była na poziomie 60%, opcja SmartResponse na trybie najszybszym, SmartContrast wyłączony, podobnie jak HDR. Dodam jeszcze, że monitor do stacjonarki podłączyłem przez przewód HDMI 2.0, a za „całą robotę” była odpowiedzialna karta graficzna GeForce GTX 950. Nie robiłem żadnej kalibracji, bo po pierwsze się na tym nie znam i nie mam niezbędnych do tego narzędzi, a po drugie, testuje się taki monitor jaki się dostało, co nie? Tyle jeśli chodzi o techniczną stronę.

Do szczegółowości nie mogę się przeczepić, bo obraz był diabelsko ostry i wyraźny (no prawie zawsze). Kolory też w porządku, ale w tym, jak patrzyłem na taki ekran nie podobały mi się dwie rzeczy. Pierwsza z nich dotyczy żółtego odcienia na środku ekranu, który – im dalej do bocznych krawędzi – bardziej przechodził w kolor biały. Druga to wyraźne „przyszarzenia” przy krawędziach. Coś czuję, że to wina zakrzywionego ekranu przez co po prostu „ten typ tak ma” i raczej się tego nie skoryguje.

Ja wykorzystałem ten monitor do takich rzeczy jakie zazwyczaj robię na komputerze – przeglądanie sieci, pisanie tekstów, obrabianie podcastu, praca z dokumentami. Akurat w tym przypadku bez gier, bo już na początku stwierdziłem, że do gier to on tak średnio się nadaje. No chyba, że do Elite: Dangerous, o której wspomniał mi Adam. Wiecie, siedzicie w kokpicie, widzicie więcej, te sprawy. Ewentualnie jakieś wyścigi, na przykład taki Project Cars 2 i jakaś dobra kierownica dla graczy. Ale w takim Call of Duty czy innym dynamiczniejszym czymś, to coś czuję, że dostałbym poplątania zmysłów i skręcenia szyi, gdybym trochę dłużej w to pograł.

Najprzyjemniej było przy edytowaniu jednego z odcinków podcastu Dwóch po dwóch. Taki szeeeeroooki monitor robi swoje, możemy znacznie lepiej dostosować sobie program do edycji i przede wszystkim – widzimy znacznie większy obszar ścieżek z materiałem. Nie trzeba tyle skorolować, przeskakiwać, można się szybciej przemieszczać po ścieżce i tak dalej. Same plusy. Nieco inaczej było przy nagrywaniu podcastu, choć przyznam, że trochę zeszło, by poustawiać z głową wszystkie okna na ekranie. Jak na złość Logitech Capture (a tfu!) nie obsługuje windowsowej opcji przyciągania okienek i nie dało się go zmniejszyć tak jak chciałem. Z resztą się udało, choć i tak czułem się strasznie nieswojo w takim środowisku.

A jak w takiej typowej, codziennej pracy? No, tak średnio bym powiedział.

Albo nie umiem takiego monitora używać i w pełni wykorzystać. Albo nie jest dla mnie, bo nie robię czegoś, do czego ten monitor został stworzony. Albo jedno i drugie. W każdym razie, gdy musiałem coś napisać czy przejrzeć w sieci, musiałem przeciągnąć okno na środek, by wszystko wyglądało trochę jak monitor 16:9 z dużymi kawałkami pulpitu po lewej i prawej stronie. Był nawet moment, że w ustawieniach monitora zmieniłem proporcje na 16:9, co wyglądało jeszcze dziwniej, bo obraz wyświetlany był na środku monitora, a po bokach były czarne, szerokie i pionowe pasy. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że po ustawieniu rozdzielczości, czyli 2560 x 1440 pikseli (taka jest zalecana dla 16:9) wszystko było rozmazane i od patrzenia na ekran bolała głowa. Nawet próba zniwelowania rozmycia przez funkcję w Windowsie nic nie wskórała.

Jeżeli chcecie używać tego monitora normalnie, tak jak poprzedniego, który nie był super wide czy nawet ultra wide, to chyba nie będziecie w stanie się przestawić. Przykład z brzegu – włączając przeglądarkę na pełnym ekranie 32:10 zobaczycie stronę w formie paska na środku ekranu z ogromnymi białymi przestrzeniami po bokach. Zresztą, większość podstawowych rzeczy i tak będziecie robić po lewej stronie ekranu, choćby wpisywanie adresu w pasku przeglądarki, co jest mało wygodne, a głowa zawsze trochę będzie skierowana w lewą stronę. Podobnie podczas pisania w WordPressie, gdzie tekst jest po lewej, a po prawej biała pustka. Będziecie pewnie mieć ten sam tik co ja, czyli ustawianie okna na środku, a nie na pełnym ekranie.

Dla kogo jest Philips SuperWide 439P9H?

Od razu napiszę – niestety nie dla mnie. W żadnym stopniu nie neguję ogromnych możliwości testowanego Philipsa. Oprócz tego co napisałem wyżej, trzeba dorzucić to, że do monitora możemy podłączyć laptopa (np. MacBooka czy Surface’a), który nie dość, że dostanie większy ekran to jeszcze będzie miał zasilanie. Możemy też wyświetlić obraz z dwóch różnych źródeł na jednym, podzielonym ekranie, więc jednym może być stacjonarka, a drugim wspomniany laptop czy smartfon. Monitor ma też sprytnie wbudowaną kamerkę, którą możemy wyłuskać z obudowy tylko wtedy, gdy rzeczywiście jej potrzebujemy. Wspiera funkcję Windows Hello, ale z jakichś względów nawet nie byłem w stanie tego skonfigurować.

Coś czuję, że w moim przypadku znacznie lepszym rozwiązaniem byłyby jednak dwa oddzielnie monitory z włączoną funkcją rozszerzenia. Ustawione obok siebie tak, by jeden był bezpośrednio przede mną, a drugi gdzieś z boku, np. po prawej od tego pierwszego. Mógłbym wtedy normalnie pracować, a drugi monitor wykorzystywać tylko wtedy, kiedy uznałbym, że rzeczywiście może się do czegoś przydać.

Dla kogo jest zatem Philips SuperWide 439P9H? Dla kogoś kto już wcześniej używał dwóch czy nawet trzech monitorów obok siebie i chce się pozbyć tego irytującego kawałka obudowy między wyświetlaczami, niezależnie od tego jak cieniutki by był. Dla kogoś kto zawodowo ogarnia produkcje filmowe czy muzykę, siedzi w tym przez cały dzień i nic innego go nie interesuje. Dla kogoś kto chce mieć więcej przestrzeni roboczej, ale liczy się z tym, że trzeba się „przestawić na wide’a” i nic nie będzie już takie jak wcześniej (jak na normalnym monitorze). Albo dla kogoś komu akurat kończy się miejsce na pulpicie i nie chce mu się sprzątać ikonek.

Monitor może okazać się świetnym narzędziem dla filmowca, jutubera, grafika, DJ’a czy bankiera, analityka albo jakiegoś managera. Dla kogoś kto potrzebuje mieć jeden program otwarty na całej szerokości albo kilka mniejszych okienek z jakimiś danymi.

Na koniec, dla kogoś kto jednak liczy się z tym, że takie ustrojstwo swoje kosztuje i wie, że jak już takie kupi, to „się zwróci” i w szybkim czasie zarobi na siebie. Prawie 4 tysiące złotych.