Lokalizator notiOne to takie małe ustrojstwo, które znam od kilku lat, ale nigdy nie miałem okazji z niego korzystać. Pamiętam początki i widzę jak się to zmieniało w ostatnim czasie. Mało tego, jeszcze do niedawna nie widziałem jak takie coś dokładnie działa i jak się tego używa. Aż w końcu pojawiła się możliwość, by przetestować notiOne go! i przy okazji załatwić jedną sztukę na konkurs dla czytelników Galaktycznego. Sprawdziłem co to małe „coś” potrafi, co można z nim zrobić i przede wszystkim w jakich sytuacjach się przydaje.

Co to jest ten notiOne?

A co to jest? – zazwyczaj takie pytanie słyszałem od osób, które widziały albo chociaż słyszały o notiOne. Zatem, żeby było wszystko jasne, to nie jest… brelok, ale oczywiście może nim być, bo można go przyczepić do kluczy. NotiOne go! to przede wszystkim lokalizator Bluetooth, coś jak Chipolo, które dawno temu testował Konrad. Niewielkie urządzonko z baterią w środku, super lekkie, bo waży zaledwie 8 gramów i tak wykonane, że pasuje praktycznie do wszystkiego. Jest dostępne w czterech kolorach, ale co ciekawe, można zamówić wersję spersonalizowaną, przykładowo z logo swojej firmy. Krótko pisząc – notiOne pomoże zlokalizować to, do czego go przyczepiliśmy i chcemy to odnaleźć. Możliwości są ogromne i tak naprawdę wszystko zależy od tego gdzie przyczepimy, wsadzimy, schowamy (i tak dalej) ten lokalizator.

NotiOne go!
NotiOne go!

Jak działa notiOne go?

To drugie pytanie, na które również ja chciałem szybko poznać odpowiedź. I przyznam szczerze, że po długich testach nadal jedna rzecz jest dla mnie zagadką. Lokalizator notiOne go! stale wysyłka od siebie sygnał nadawczy, który może być odbierany przez telefony znajdujące się w jego pobliżu. Zupełnie obce i różne telefony, ale z zainstalowaną odpowiednią aplikacją. I właśnie tutaj pojawia się pytanie – Co to jest ta „odpowiednia aplikacja”? Czy to Yanosik czy może ta do obsługi notiOne’a? A może jakaś, która w ogóle wykorzystuje lub ma cokolwiek związane z Bluetooth? Nie chciałem ciągnąć za język kogoś z firmy, ale skoro nie podają tego „na czysto” na oficjalnej stronie i trochę wygląda to na tajemnicę, to pewnie i tak by nie powiedzieli. Jedyne o czym wiadomo to to, że takich telefonów pośredniczących jest około półtora miliona i ta liczba stale rośnie. Resztę można sobie dopowiedzieć.

Jak ja to przetestowałem i wykorzystałem?

Wszystko dzieje się w obrębie aplikacji notiOne, więc bez niej ani rusz. Trzeba ją mieć na telefonie, by dodać i używać lokalizatora. Dodanie jest banalnie proste, a aplikacja prowadzi nas „krok po kroku” – wystarczy wybrać wersję lokalizatora, określić do czego go wykorzystamy (choć to pytanie jest głupie, bo przecież później można przyczepić notiOne do czegoś innego) i kliknąć na lokalizator żeby go zarejestrować w aplikacji. Co ważne, wcześniej dodany lokalizator trzeba najpierw usunąć z programu, by można go było dodać ponownie, ale to raczej jasne.

Lokalizator miałem przyczepiony do kluczy jako brelok, ale tak naprawdę to prawdziwe testowanie zaczęło się wtedy, gdy wrzuciłem notiOne’a żonie do torebki.

Tak, wiedziała o tym, więc to nic złego. Była świadoma, że przez jakiś czas jej torebka bierze udział w testach. Widziałem lokalizację notiOne’a w kilku miejscach na trasie, ale też jak już była w pracy. Oznacza to, że lokalizator „połączył” się z jakimiś telefonami na trasie (może telefony innych kierowców, może kogoś kto akurat przechodził albo był na przystanku, gdy żona stała na światłach lub w korku) i przesłał informację z pozycją do aplikacji. Podobnie było już na miejscu. Zakładam, że notiOne „dogadał się” z telefonami innych osób/pracowników w pobliżu i zaktualizował lokalizację.

NotiOne go!
NotiOne go!

Pewnego dnia wrzuciłem lokalizator do swojej torby z laptopem i w sumie zapomniałem, że tam jest. Jak się później okazało, dobrze, że go ze sobą miałem, bo przynajmniej zebrałem trochę materiału do recenzji. Akurat miałem dłuższą trasę do przebycia i – jak widać na screenach poniżej – lokalizator wyjątkowo często dawał o sobie znać. W zasadzie, aktualizował swoją pozycję co trochę kilometrów i na trasie od powiedzmy Radomia do Sędziszowa można dostrzec około 30 pozycji. Można też prześledzić pozycję notiOne’a, w jakim kierunku się przemieszcza i w jakiej okolicy się znajduje. Dziwne jest natomiast to, że między Radomiem i Skarżyskiem, a potem między Skarżyskiem i Kielcami są „dziury” bez pozycji. Możliwe, że to przez drogę ekspresową i wyższą prędkość, ale z drugiej strony, przecież S7 ciągnie się za Jędrzejów, a tam już było sporo punktów na mapie, więc raczej pierwsza część tego zdania wydaje się bezpodstawna.

Punkty lokalizacji można podejrzeć na mapie, ale też w formie listy. Można też przejrzeć historię pozycji, więc możemy sprawdzić gdzie nasz zagubiony przedmiot znajdował się w ostatnich godzinach, ale też przykładowo w zeszły czwartek (o ile tylko notiOne miał wtedy możliwość odświeżenia swojej pozycji). Z dokładnością pozycji może być gorzej. Raz pojawi się informacja, że notiOne był gdzieś 12 minut temu, a raz, że godzinę temu, więc jeśli rzeczywiście będziemy czegoś szukać, to może okazać się, że po dojechaniu do ostatniego znanego miejsca, już tam tego nie będzie. Z pozycją na mapie też bywa różnie. Przykładowo, wiedząc, że lokalizator leży koło mnie na biurku, pinezka na mapie była przyczepiona do bloku po drugiej stronie ulicy. Dlatego też, według mnie, nie można tego traktować jako alternatywny dla np. opcji udostępniania lokalizacji w Mapach Google. Mimo wszystko usługa Google działa na trochę innych zasadach, jest dokładniejsza i aktualniejsza.

W przypadku notiOne go! sprawę dokładności nieco usprawnia fakt, że mając już lokalizator w zasięgu Bluetooth, możemy go zdalnie wywołać z aplikacji na telefonie. Bez problemu działało to np. w obrębie mieszkania i w zasięgu kilkudziesięciu metrów z zastrzeżeniem, że jest to w miarę otwarta przestrzeń. Możemy uruchomić tak zwany brzęczyk (ang. buzzer) w lokalizatorze i odnaleźć go nasłuchując melodyjki wydobywającej się z lokalizatora. Jest to wbudowana niewielka dioda LED, co ułatwia odnalezienie lokalizatora w ciemności. Ale jest to trochę zabawa w ciuciubabkę, bo dźwięk jest raczej cichy i jeśli lokalizator jest gdzieś schowany to bardzo ciężko będzie go znaleźć. Pisząc „gdzieś schowany” mam na myśli np. torbę od laptopa.

NotiOne go!
NotiOne go!

Funkcja wywoływania działa też w drugą stronę. Jeśli oba urządzenia, czyli notiOne i telefon „widzą się” po Bluetooth, to można za pomocą lokalizatora odnaleźć zawieruszony telefon. Po naciśnięciu lokalizatora na telefonie włącza się głośna muzyczka. Aby w ogóle cokolwiek zrobić w aplikacji z lokalizatorem musimy mieć włączoną lokalizację, dostęp do internetu i najlepiej też Bluetooth jeśli okaże się, że notiOne jest w pobliżu.

Lokalizator działa na jednej baterii CR2032, którą można wymienić. Producent deklaruje, że notiOne na takim zasilaniu będzie działał przez 12 miesięcy, a gdy będzie na wyczerpaniu to i tak odpowiednio wcześniej o tym poinformuje. Ja jeden lokalizator mam w użytku od około dwóch miesięcy i w aplikacji nadal widzę pełną baterię. Jest to jednak mało precyzyjne, bo poziom baterii przedstawiony jest w formie małej ikonki, a nie na przykład procentowo.

I najważniejsze – jak można wykorzystać notiOne?

Jak już napisałem na wstępie, notiOne ma naprawdę spore możliwości i wszystko zależy od tego jak i gdzie chcemy go wykorzystać. Co chcemy nim, w pewnym sensie, zabezpieczyć. Ma na tyle niewielkie wymiary i jest tak uniwersalny, że można go przyczepić gdzie tylko sobie wymyślimy. Z takich podstawowych zastosowań można wymienić te, które od razu przychodzą na myśl. Przyczepienie do kluczy czy pendrive’a i używanie jako breloka, przywiązanie do obrożny zwierzaka, włożenie do torby, torebki czy nawet plecaka lub kurtki swojego dziecka. Ja myślałem też o tym, że taki lokalizator można gdzieś schować w samochodzie, a nawet przyczepić do roweru, motocyklu czy hulajnogi żeby „mieć na nie oko”.

Taki notiOne go! może okazać się przydatny w tej jednej sytuacji na sto, więc po prostu warto go mieć niż nie mieć.

Może nie wskaże od razu dokładności co do jednego metra, ale na pewno pomoże odnaleźć zagubiony przedmiot albo chociaż nakierować na jego pozycję. Niezależnie od tego jaki on jest, czy są to klucze czy samochód. Spotkałem się już z kilkoma opiniami, że taki lokalizator pomógł odnaleźć skradziony samochód, który złodzieje sobie w pewien sposób najpierw „przygotowali”, parkując kilka ulic dalej. Wszystko było widać na mapie, można było zlokalizować samochód, więc to idealny przykład na to, że notiOne działa i się przydaje.