Chuwi HeroBook Pro to jedno z tych urządzeń, które zaciekawiło mnie jak tylko je pierwszy raz zobaczyłem gdzieś w internecie. Przez ten czas kilka razy był w różnych promocjach i doczekał się nawet odświeżonej wersji. Od razu też pojawiło się pytanie – Ile tak naprawdę jest wart laptop, którego można kupić za około 1000 złotych? Akurat tak się złożyło, że ostatnio zamówiłem taki model dla znajomego, który potrzebował budżetowego laptopa do podstawowych rzeczy. I była to świetna okazja, by HeroBookowi przyjrzeć się z bliska.

Od razu napiszę – to nie jest recenzja. Laptop spędził u mnie zbyt mało czasu, by napisać coś obszerniejszego, ale na tyle długo, by zweryfikować kilka nurtujących mnie rzeczy. Sprawdzić jak jest zbudowany, jak działa, przepuścić dysk przez benchmarki i co trzeba z nim zrobić jeśli już go kupimy. Poza tym, nie ma co się zniżać do poziomu innych, którzy wrzucają „recenzję po trzech jakże intensywnych dniach używania”.

Przede wszystkim muszę napisać o tym, że HeroBook Pro nie ma aluminiowej obudowy. Mimo tego, że na pierwszy rzut oka wygląda jakby miał i takie odczucia próbują wywołać u nas wszystkie zdjęcia prasowe z laptopem. W rzeczywistości obudowa jest wykonana z tworzywa sztucznego – dobrego, ale raczej mało odpornego na powierzchowne zarysowania. Trzeba więc uważać, gdzie odkłada się laptopa i jak się go przewozi. Obudowa nie trzeszczy, ale zauważyłem, że trochę się ugina i „pracuje” w pewnych miejscach. Taki materiał na pewno nie należy do kategorii „premium”, ale i tak prezentuje się w miarę elegancko.

Chuwi HeroBook Pro
Chuwi HeroBook Pro

Chciałem zobaczyć co jest w środku, ale bałem się otworzyć obudowę, bo jest z tworzywa i dziwnie się uginała. Coś czuję, że przy dłuższym grzebaniu – mimo tego, że miałem dobre narzędzia, by dostać się do środka – coś mogłoby się ułamać czy pęknąć. Dla uzupełniani informacji, dolna obudowa trzyma się na 10 śrubkach, plus 2 śrubki, które trzymają klapkę od dysku.

Laptopa można otworzyć jedną dłonią i żałujcie, że nie widzieliście mojej zaskoczonej miny, gdy zrobiłem to pierwszy raz.

Mogę śmiało stwierdzić, że byłem w lekkim szoku, że w sprzęcie, którego można znaleźć nawet w trzycyfrowej kwocie, będzie działało to tak lekko, swobodnie, a zarazem pewnie. Zazwyczaj było to zarezerwowane dla laptopów z najwyższej półki takich jak np. Microsoft Surface Laptop i raczej rzadko spotykane. Ale jest też druga strona medalu – plastikowa obudowa ma to do siebie, że jest mało sztywna i łapiąc ją na rogach widać, że trochę się wygina. Stąd też moja dobra rada, którą będę zawsze powtarzał – jeśli już otwieracie laptopa jedną ręką to łapcie obudowę zawsze pośrodku.

Chuwi HeroBook Pro
Chuwi HeroBook Pro

Laptopa można śmiało nazwać smukłym i bardzo mobilnym. Na krawędziach udało się zmieścić łącznie dwa USB 3.0, mini HDMI, slot na kartę microSD i mini jack. Zabawnie wygląda jednak miejsce, gdzie powinno znajdować się USB type C. Jest w jakiś sposób „zalane” i trochę szkoda, że tego gniazda zabrakło.

Ekran w Chuwi HeroBook Pro ma 14,1 cala i rozdzielczość Full HD. Chińczycy napisali też, że jest to dobrej jakości IPS i już po pierwszym uruchomieniu (gdy tylko pojawiło się logo Chuwi) mogłem to potwierdzić. Matryca ma dobrą kolorystykę, szerokie i wystarczające kąty widzenia i więcej niż zadowalającą jasność. W przypadku wyświetlacza bardzo zaskoczyły mnie dwie kwestie. Po pierwsze, mamy tutaj matrycę z matową powłoką, co niweluje prawie do zera wszystkie refleksy i odblaski. Po drugie, jest to najprawdopodobniej ta sama matryca co w Huawei MateBook D 14 (2020), bo w szczegółach ekranu znalazłem informację o Chi Mei CMN1404.

HeroBook Pro nie ma podświetlanej klawiatury i szczerze powiedziawszy klawisze są trochę dziwne. Nie chodzi już o fakt ich działania, bo – nie wdając się w szczegóły – pisałem na lepszych, ale o to, że przyciski strzałek (a dokładniej górna strzałka) są „wciśnięte” w rząd wyżej przez co prawy Shift jest zmniejszony o połowę. Mamy też jednorzędowy Enter, co akurat jest fajne, nieco szerszy Esc i przycisk zasilania, który bardzo często myliłem z Delete.

Chuwi HeroBook Pro
Chuwi HeroBook Pro

Touchpad jest ogromny, więc można tylko się domyślać, że Chuwi podpatrywało jak swoje laptopy robi Apple czy Huawei. W miarę reaguje na dotyk, ale ma głośny, donośny klik. Płytka reaguje na lewy i prawy przycisk tylko na dole, a nie na całej powierzchni. Czasami dochodziło do sytuacji, gdzie kursor miał tak jakby lekkie opóźnienie i reagował ułamek sekundy później niż przesunięcie palcem.

Jak działa Chuwi HeroBook Pro?

To chyba ważniejsza część niż to co napisałem wyżej – ogólnopojęte działanie. Tutaj też jest kilka ciekawych rzeczy, które udało mi się zaobserwować i sprawdzić. HeroBook Pro przychodzi do nas z chińsko-angielskim systemem Windows 10. Pewnie od razu weźmiecie się za pobieranie polskiego pakietu językowego, ale od razu napiszę, że jest to rozwiązanie mało skuteczne. Nawet po przestawieniu, teoretycznie, całego systemu na polski i tak w wielu miejscach będzie angielski. Dlatego też najlepszym sposobem jest stworzenie nośnika instalacyjnego z systemem i wykonanie czystej instalacji Windowsa, tak „od zera”. Wtedy będzie na pewno w pełni po polsku i na pewno zostanie aktywowany, bo tak było w tym przypadku.

Czas uruchomienia systemu od przyciśnięcia zasilania to około 25 sekund i jest to czas poniżej oczekiwań. Najpierw pojawia się logo Chuwi, potem mieli dłużej na ekranie powitalnym i dopiero pojawia się pulpit. To dziwne, biorąc pod uwagę to, że w środku, w gnieździe M.2, siedzi „markowy” dysk SSD – jest to dokładnie Kingston R-SNS8180S3/256GJ. Nośnik o pojemności 256 GB, ale niestety z interfejsem SATA, a nie NVMe.

Chuwi HeroBook Pro - dysk SSD Kingston
Chuwi HeroBook Pro – dysk SSD Kingston

Zastosowanie takiego dysku potwierdza też niezbyt wysokie prędkości zapisu i odczytu danych. Przemieliłem dysk w Crystal Disk Mark (próbki 1 i 4 GiB) oraz w AS SSD Benchmark (próbka 1 GB). Wyniki są takie na ile było stać interfejs SATA i tyle ile pewnie by ten komputer uzyskał jeśli zamiast dysku na M.2 miałby 2,5-calowego SSD.

Crystal Disk Mark:

AS SSD Benchmark:

No to jeszcze dane z CPU-Z:

Chuwi HeroBook Pro od początku nie miał być cesarzem prędkości czy kowalem płynnej pracy. Wszystko za sprawą dwurdzeniowego układu Intel Celeron N4000 (choć gdzieniegdzie można też spotkać w opisie N4100). CPU-Z pokazuje, że jest to Celeron N4000C z bazowym taktowaniem na poziomie 1,1 GHz, które w „stresujących” chwilach może wzrosnąć do około 2,5 GHz. Ciekawostką jest to, że mamy całkiem świeży BIOS z końca marca 2020 roku. Dobrze, że chociaż jest 8 GB pamięci RAM, bo z czwórką na pokładzie zupełnie inaczej w tym miejscu bym pisał.

Ok, koniec technicznych aspektów. Po dłuższych chwilach spędzonych z HeroBookiem Pro muszę stwierdzić, że działa znośnie, ale jest sprzętem, który raczej nie lubi pracy na wielu programach jednocześnie. To z pewnością wina procesora, bo w patrząc w menedżerze zadań, gdy tylko bardziej się go obciąży to skacze chwilowo nawet do 100%. Zauważyłem to w trakcie instalacji programów i ogólnego „latania po systemie”, gdy w tle pobierały i instalowały się jakieś aktualizacje. Po kilku restartach, gdy praca się ustabilizowała, działanie komputera można było określić płynnym. Do przeglądania sieci, do dokumentów, filmów i podstawowej obróbki zdjęć w prostych programach będzie jak znalazł. O grach można zapomnieć, no chyba, że jest to mahjong albo pasjans.

Chuwi HeroBook Pro
Chuwi HeroBook Pro

Zaskoczony jestem baterią, bo po około godzinie „zabawy” przy instalowaniu programów i testowaniu dysku było nadal 90%. Przelicznik przy ikonie baterii wskazywał nawet 6 i pół godziny, ale raczej w to bym nie wierzył. Dopiero po konfiguracji wszystkiego co trzeba i kilku dniach normalnej, codziennej pracy, można takie systemowe sugestie brać trochę bardziej na poważnie.

Chuwi HeroBook Pro mnie zaskoczył. I to pozytywnie.

Zbierając do kupy wszystko to co mnie zaskoczyło, co się potwierdziło, co było fajne i co wręcz przeciwnie, muszę stwierdzić, że HeroBook Pro to bardzo przyzwoity sprzęt. Wywarł na mnie dobre wrażenie i myślę, że ktoś kto potrzebuje taniego laptopa do prostych zadań będzie z niego zadowolony. Wygląda dobrze, ma ekran, który można nawet określić świetnym i ciągle jestem pod wrażeniem, że można go otworzyć jedną ręką. Nie mogłem dostać się do wnętrzności, więc nie wiem czy można w przyszłości zmienić lub dołożyć RAM’u, ale zawsze można wymienić dysk na większy jeśli będzie taka potrzeba. Slot jest prawie na wierzchu. Można też dorzucić jakąś kartę na bardziej „chodliwe” dane. Nie jestem też w stanie określić jak komputer będzie zachowywał się po czasie, no chyba, że za jakieś pół roku znajomy da mi go na przegląd i wtedy znowu przyjrzę mu się bliżej.

Ja najbardziej chciałbym w nim poprawić klawiaturę (pewnie za bardzo przyzwyczaiłem się do tej w Surface Pro 4) i włożyć trochę wydajniejszy i elastyczniejszy procesor. Ale i tak muszę przyznać, że za około 950-1050 złotych to bardzo opłacalne i uczciwe urządzenie. I na pewno jedno z ciekawszych.