Adaptacje Netflixa, przynajmniej w mojej opinii, nie są najwyższych lotów. Fakt, w przypadku Wiedźmina spisali się fantastycznie, ale nie każdy kawałek kultu dostał tak samo dobre recenzje. Stąd, jak się okazało, że biorą się za “moje” dzieciństwo, to tchórz mnie obleciał. No i zobaczyłem teaser. No! O takiego He-Mana nic nie robiłem! 

Pod stołem.

Tak. Pod stołem. Kopara mi opadła (pod stół) po obejrzeniu tego, trwającego zaledwie minutę i dwadzieścia kilka sekund filmu. Zaskoczenie, szczególnie po tym, jak zobaczyłem jakiś czas temu, przy okazji zapowiedzi, jakieś pojedyncze kadry z serii. Nie napawały optymizmem, szczególnie po dokładniejszym wpatrzeniu się w damskie postacie. Ja nie mam absolutnie nic przeciwko temu, by dziewczęta wysportowane były, ba, odzywać się nie będę, bo wyglądam jak świąteczny pudding, ale tam, to mogły spokojnie w triathlonie startować. Pod Termopilami. Aż się zastanawiałem, czy twórca rysunków to w ogóle kiedyś kobietę na oczy widział, poza rozkładówkami czasopism dla kulturystów. Tu działo się sporo i w ogóle tego co mnie uwierało nie zobaczyłem.  

A działo się wiele. Zarówno pod kątem wizualnym, jak i dźwiękowym.  

Czy wy wiecie, że Szkieletor, to Luke Skywalker? Nie powiem, że rozpoznałem od razu, ale jak się okazuje, Mark Hamill to już nie tylko Joker z najlepszej serii Batmana ever, ale i ten gałgan! I nie brzmi śmiesznie, jak w pierwowzorze z czasów kineskopów z eternitu. Tutaj może być groźnie. 

Oprócz Szkieletora pojawiają się niemal wszyscy starzy znajomi. I aktorzy podkładający głosy, to klasa sama dla siebie. Poważnie. Mer-Man (Kevin Batman Conroy), Teela (Sarah Michelle Gellar), Evil-lyn (Leena Headey), Man-at-Arms (Liam Cunningham). W skrócie – całość sprawiła, że przypomniały mi się czasy, kiedy nie byłem aż tak cyniczny i potrafiłem się cieszyć z takich rzeczy. Obsada zawiera aktorów znanych ze wszystkiego, co bliskie memu sercu. Od Buffy Pogromczyni Wampirów, przez postacie z mało znanej serii o jakiejś rozgrywce o krzesło (czy grę o tron, nie pamiętam) po Batmana i Jokera. Czego ja mogę chcieć więcej? 

Szukam szczęki.

Jeśli chodzi o jakość animacji, to nie mam absolutnie żadnych obaw. Odpowiada za to to samo studio, które zrobiło netflixową Castlevanię, więc raczej moje podejście jest jak najbardziej na miejscu. Zresztą, co ja się będę rozpisywać. Wystarczy rzucić okiem na teaser. Jest dynamicznie, kolorowo – po prostu porządnie. Od He-Mana, przynajmniej z animacyjnej strony, nawet w latach 80 wiało paździerzem, co w ramach technologii jaka była dostępna, jest poniekąd zrozumiałe. W tym przypadku redesign postaci i jakość tego co się na ekranie dzieje to dosłownie poezja. Orko trochę nie przypomina ciapowatego elfa z oryginału, ale to raczej tej niezwykle upierdliwej postaci wyjdzie na dobre. No i animacja przemiany równie ciapowatego księcia Adama w He-Mana wygląda trochę jak Czarodziejka z Księżyca. Kto na to wpadł nie wiem, ale mój Posępny Czerep widocznie pewnych rzeczy nie rozumie. 

Masters of the Universe: Revelation
Masters of the Universe: Revelation / fot. Netflix

No i oczywiście brakuje mi trochę klasycznej muzyki, ale w tym wypadku nie sądzę, że znajdzie się ktoś, komu Holding Out For A Hero nie pasuje.

Masters of the Universe: Revelation

Zaraz wracam, bo muszę w piwnicy odkopać DVD z Władcami Wszechświata i odświeżyć sobie całą serię. Nowa edycja, której premiera już 23 lipca ma być kontynuacją, więc wypadałoby. Rzućcie okiem na teaser powyżej i mam nadzieję, że będziecie czekać tak jak ja.