Wyczuwam wibracje w Mocy. A nie… to jednak powiadomienie z Twittera. Na Disney+ zmierza antologia filmów krótkometrażowych z uniwersum Star Wars w stylistyce anime o dumnym podtytule Visions. Chibi Boba Fett to jest coś, czego w moim życiu z pewnością brakowało. To nie może się nie udać, prawda?

Miałem wizję Mocy… Wizję nadchodzącej nadziei

Anime jako gatunek robi się coraz popularniejsze. Chętnie sięgają po to różne platformy streamingowe np. Netflix. Przyszła i kolej na Disney+. Jako weeb (mocno ogólnikowo: fan japońskich animacji. Tak w ogóle to One Piece rządzi!) i fan Gwiezdnych Wojen nie mogę przejść obojętnie obok takiego tworu. O nie! Przeszkadzają mi w tym tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, że będą to krótkometrażowe filmy, a nie konkretna historia. Trochę szkoda, ale może potencjał zostanie w przyszłości jakoś rozwinięty. A po drugie… Brak Disney+ w Polsce. Nadal. Poważnie?! Weźcie się ludzie tam pośpieszcie. Zaraz premiera Czarnej Wdowy, a przed kolejną fazą filmów MCU, warto byłoby się zapoznać z Lokim lub WandaVision. Dobra, już. Jestem spokojny. Wdech i wydech.

Star Wars: Visions, to wygląda naprawdę ciekawie.

Mieszanka różnych stylów anime to jest coś czego uniwersum Gwiezdnych Wojen brakowało. Zwłaszcza po kiepskich filmach, a jak dobrze wiemy – Mando sam nie dźwignie tej franczyzy. Najciekawsze jest to, że nad każdym z filmów będzie pracować inna ekipa. Jak zobaczyłem listę, to przestałem się martwić. Dlaczego? Mamy tam ludzi m.in. od Batman Ninja, Kill la Kill czy Ghost in the Shell. A to są ktosie z doświadczeniem, znający się na swoim fachu. W takiej sytuacji o kwestie czysto techniczno-animacyjne możemy być spokojni. Tak samo kwestia obsady. Japońscy aktorzy głosowi (czyli seiyū) są zdecydowanie najlepsi na świecie i nie mają sobie równych.

Star Wars: Visions zadebiutuje 22 września 2021 wyłącznie na platformie Disney+. Liczę, że do tego czasu będzie oficjalnie dostępna w Polsce i na spokojnie to sobie wszyscy obejrzymy.