W życiu nawet tak zwanego niedzielnego gracza przychodzi ten dzień, kiedy trzeba zrobić upgrade sprzętu. Zazwyczaj, jeśli w grę wchodzi komputer stacjonarny, na pierwszy ogień idzie karta graficzna. Tak też było ostatnio u mnie. Na miejsce kilkuletniego GTX’a wszedł GeForce RTX 2060 Super. I od tego wszystko się zaczęło.

Umówmy się, takie zakupy związane z wymianą podzespołów komputerowych nigdy nie są zaplanowane. Nigdy nie jest tak, że wstajesz rano, ubierasz się i potem latasz pół dnia po sklepach, bo musisz kupić grafikę. Przeważnie trzeba wybadać rynek, przepatrzyć testy, przygotować się i tak dalej. No chyba, że trafi się promocja, to wtedy nic poza tym żeby jak najszybciej wrzucić produkt do koszyka się nie liczy. Trzeba działać szybko, by inni nie sprzątnęli promki sprzed nosa. Ja tak zrobiłem i jak tak teraz o tym myślę, to muszę stwierdzić, że były to jedne z lepszych decyzji zakupowych.

Z GTX 950 od 2015 roku…

Nigdy nie miałem topowej karty graficznej, bo po prostu takiej nie potrzebowałem. Nie chciałem też mocno nadszarpywać budżetu. Dlatego też w 2015 roku zdecydowałem się na GTX’a 950. Wersja dwugigowa od Gigabyte z dwoma wentylatorami. I wiecie co? Mogłem zrobić to lepiej. W sensie, sama grafika była wystarczająca jak na moje wymagania, ale krótko po zakupie 950-tki pojawiła się kolejna generacja kart Nvidii. Trochę plułem sobie w brodę, że nie poczekałem na kartę GTX 1050, która okazała się wydajniejsza i niewiele droższa.

Gigabyte GeForce GTX 950
Gigabyte GeForce GTX 950

Za 950-tkę dałem dokładnie 730 złotych po jakichś tam minimalnych zniżkach pracowniczych. Znośnie, choć dla mnie liczyło się to, że karta wskoczyła na miejsce przedpotopowego… GTX’a 260.

RTX przybywaj!

O zakupie RTX’a myślałem od czasu jak tylko pierwsze modele pojawiły się na rynku. Tylko myślałem, przyglądałem się gdzieś z boku, bez żadnych konkretnych decyzji. Do czasu. Z zakupem karty z rodziny RTX związana jest ciekawa historia. Może to zabrzmi dziwnie, ale temat zakupu wrócił nie ze względu na ray-tracing czy kolosalny skok wydajnościowy, a przez tak zwane RTX Audio. Poważnie, do tej pory zbieram szczękę z podłogi, patrząc na to co ta technologia potrafi. Ale od początku.

Na kartę trafiłem w mega promocji i padło na RTX 2060 Super.

To był trochę przypadek, ale też trochę moja słabość do zbyt długiego siedzenia na stronach zbierających w jednym miejscu wszystkie promocje. Zobaczyłem i po minucie miałem potwierdzenie zakupu na mailu. Zdecydowałem się na kartę MSI GeForce RTX 2060 Super, dokładnie Gaming X z pamięcią 8 GB GDDR6. Za ile? Za 1299 złotych. Kiedy? W październiku 2020 roku. Ci bardziej ogarnięci w temacie wiedzą już, że był to deal roku.

Nie dość, że przecena względem regularnej ceny wyniosła jakieś 9 stów, to jeszcze niebawem po zakupie ceny kart graficznych poszybowały ostro w górę. Wiadomo, „kopacze” zrobili swoje. Aktualnie (czyli w lipcu 2021) za taką kwotę to ja co najwyżej mogę znaleźć jakiegoś podstawowego, 4-gigabajtowego GTX’a 1650. Co więcej, mojego RTX’a mógłbym wystawić za dwa razy tyle i poszedłby zanim bym się podrapał w wiadomym miejscu. Nawet o tym przez chwilę myślałem (o sprzedaży, nie drapaniu), ale z drugiej strony – co z tego jakbym sprzedał skoro nie kupię nic lepszego?

Karta graficzna to nie wszystko.

I tak też się zaczęła zupełnie nieplanowana modernizacja komputera.

Skoro była już nowa grafika, to trzeba było pomyśleć o nowej płycie i procesorze. Tu też z „pomocą” przyszedł jeden ze sklepów z elektroniką. Najpierw wpadła płyta MSI B460M Mortar o 120 złotych taniej, a kilka dni później procesor Intel Core i5-10400F poniżej sześciu stówek. Było to w marcu tego roku. Dlaczego nie 11. generacja? Proste, po pierwsze jeszcze jej nie było w sklepach, a po drugie, pewnie i tak musiałbym ze dwie stówki dorzucić jako „podatek od nowości”. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że Mortar nawet używany potrafi teraz kosztować prawie tyle samo co nówka, którą kupiłem, a procesor jest za 649 złotych i to „w promocji”. Viva la inflacja! Elektronika podrożała i mam wrażenie, że idealnie wstrzeliłem się ze zmianami.

Co było wcześniej w stacjonarce? Nowe CPU i mobo wskoczyło na miejsce Intel Core i5-6400 i Asus B150 Pro Gaming. Wcale nie była to taka straszna zamiana, bo ponad połowę pieniędzy udało mi się „odzyskać” sprzedając wspomniane podzespoły gdzieś dalej. A zmianę odczułem i to praktycznie pod każdym względem. Różnica czterech generacji w procesorze to przepaść, tym bardziej patrząc na to, co zadziało się przy okazji 8. generacji Intela (Coffee Lake). Magix szybciej renderuje, Audacity szybciej przetwarza pliki, no i gry jak odpalę to już w trzycyfrowych fpsach.

Jakie plany na najbliższą przyszłość?

Tu może was zaskoczę, ale w najbliższym czasie będę wymieniał… płytę główną. Tak, dobrze przeczytaliście. Wcale nie jest to moje widzimisię, a sytuacja związana prawdopodobnie z awarią wspomnianego już Mortara. Po mojej ekspertyzie okazało się, że zapewne karta dźwiękowa wbudowana na płycie „się skończyła”. Nie reaguje na nic, na żadnym systemie, niezależenie od wersji sterowników. No martwa jest i tyle, więc trzeba płytę wysłać na gwarancję. Żeby nie zostać bez głównego komputera postanowiłem kupić nową płytę. Wybór padł na MSI MAG B560 Torpedo, stosunkowo nie dawno, bo w czerwcu. A jakże, w promocji, bo ponownie udało się zaoszczędzić jakieś 120 złotych. W dodatku to płyta ATX, więc RTX 2060 Super i ewentualne karty rozszerzeń będą miały trochę więcej „swobody”. Problem w tym, że nie znalazłem jeszcze czasu na to, by przełożyć bebechy w obudowie. Jak to się mówi, płyta musi nabrać „mocy urzędowej”, ale ostatecznie i tak znajdzie się w stacji roboczej.

Fiio e10k
Fiio e10k

W najbliższej przyszłości będę rozglądał się jeszcze za dedykowaną kartą dźwiękową albo zewnętrznym DAC. Kiedyś byłem wierny Sound Blasterom i aż dziwi mnie to, że ta kategoria tak słabo się rozwija. W zasadzie to wewnętrzne dźwiękówki na PCIe robi Creative, robi Asus i długo, długo nic. Na oku mam nic nadzwyczajnego – Sound Blaster Audigy RX albo legendarny DAC Fiio e10k.

W artykule pojawił się link w ramach kampanii Ceneo.