Ruszamy z kolejnym nowym cyklem artykułów. Po Pingu Tygodniowym, który dotyczy przede wszystkim elektroniki użytkowej, urządzeń, gadżetów i ogólnie branży tech, czas na coś okołogrowego. Będzie to „Mamy do pogrania”. W tej części między innymi o 20. urodzinach Max Payne’a i kartridżu z Mario, za który żyłoby się w luksusach do końca życia.

#1. GTA V wiecznie żywe i… ładniejsze!

Co zrobić ze starą grą żeby jeszcze na niej trochę uciułać grosza? Wydać ją na konsole nowej generacji ( ͡ʘ ͜ʖ ͡ʘ). I to wcale nie małe pieniążki patrząc po najlepszych tytułach na PlayStation 5 czy Xbox Series S i Series X, które przebiły granicę trzech stów. Gdyby GTA V nie było taką kurą znoszącą złote jaja, to pewnie GTA VI pojawiłoby się wcześniej. A tak, jeszcze przez kilka lat, będzie trzeba radzić sobie modowaniem żeby podciągnąć to i owo w grafice. Zerknijcie na poniższy film i powiedźmy sobie szczerze – w takie gietea to gralibyśmy dniami i nocami.

Udało się to osiągnąć dzięki kilku modom, ale też takiemu, który dodaje opcje ray tracingu. Ale nie dla psa kiełbasa, bo jeśli ktoś chce mieć takie GTA u siebie to nie dość, że musi poinstalować sobie te wszystkie mody, to jeszcze zrobić to na porządnym kompie. Najlepiej takim, który ma kartę RTX 3090, 32 GB RAM i procesor pokroju AMD Ryzen 9 3900x.

#2. Remake Dead Space. No i dlaczego mi to robicie? Terapia kosztuje!

Tutaj zwracam się do bardzo młodszej części odbiorców naszych treści. Jeśli takie hasła jak „mieć przerąbane jak Isaac Clarke” i „USG Ishimura” nie wywołują u was nostalgicznego bleee, a do tego jak macie RTX’a, albo jakiegoś plebejskiego konsola nowej generacji, na którą piszącego ten kawałek najzwyczajniej w świecie nie stać i WCALE NIE JEST ZAZDROSNY… ufff… ufff… o czym to ja? A tak.

Okazało się, że robią ładniejszy, bardziej mokry, remake pierwszej części Dead Space. Giera zacna jest. Bardzo. Dla fanów historii pozytywnych jak obecny status Wenezueli, to jak znalazł. Dla nieznających tematu – skrót – skupcie się. Jest sobie statek górniczy, USG Nishimura, co sobie kopie w najlepsze. Odkopał jakieś tajemnicze coś, a potem, jak to w historiach tego typu przez radio poleciał „mejdej” i łączność urwała się, niczym kontakt z działem reklamacji. No i leci ekipa ratunkowa, której członkiem jest zwyczajny jak węgiel drzewny, mechanik Isaac Clarke. Dlaczego o nim wspominam? Z dwóch powodów. Po pierwsze, to nasz główny bohater, więc raczej nie da się pominąć, a po drugie, jego narzeczona, Nicole, jest częścią załogi przepadniętego statku.

Fabuła zagęszcza się dosłownie od samego startu, więc warto mocno zwracać uwagę na nawet najdrobniejsze szczegóły. A potem zaczynamy odrąbywać rączki, nóżki, pochodne i całość zwieńczamy rozdeptywaniem czaszek, za pomocą ciężkiego buciora. Dla ludzi o wątłych nerwach polecam dość średnio, ale nawet oni docenią jakim kawałem dobrego grania jest ten tytuł.

Jakby mnie kto pytał, to warto czekać.

#3. Max Payne kończy 20 lat (znaczy się, że gra)

Pamiętam jak dziś. Zabili mi żonę, dziecko, partnera. Wrobili mnie w zabójstwo. Partnera. Maksymalny ból. I to w zwolnionym tempie. W życiu nie przypuszczałem, że po 20 latach będę jeszcze żywy. Nie dość, że żyję… To jeszcze mam co świętować… – wymruczał stojąc w śniegu Max Payne, zaskoczony podobnie jak my.

Bo widzicie, się zadziało. Jak ktoś potrzebował przypominajki jaki to już stary jest i jak ma siwe wszystko, to rzućcie okiem na filmik poniżej. Ten drugi, to Max Payne we własnej osobie.

Ewidentnie czas go posunął i to wcale nie w zwolnionym tempie niezapomnianego jak wakacje w Międzyzdrojach i złapane tam choroby weneryczne – bullet timie. Dwie dekady temu wyglądał zupełnie inaczej. Chociaż czupryny pozazdrościć.

No cóż, jedna z tych serii gier, których przedstawiać nie trzeba. Jak ktoś nie zna, to mam mu/jej tylko jedno do powiedzenia: Nie masz pojęcia co tracisz, Dziecię. Warto. Trójkę też, choć z nieco mniejszym entuzjazmem. Tak czy siak, w imieniu swoim i redakcji, serdeczne „Gdzie kolejne części, zagwazdrana wasza mać? Tak Remedy! Do ciebie piję! I dobra robota wy, producenci gier wy.”

#4. Super Mario 64 za półtorej bańki

Mówi się, że coś jest warte tyle, ile ktoś jest w stanie za to zapłacić. To ile jest warty fabrycznie zapakowany, nigdy nie dmuchany, a tym bardziej wkładany kartridż gry Super Mario 64? Okazuje się, że 1,56 mln dolarów, jak to się zadziało na Heritage Auctions.  Czyli lekko ponad 6 milionów złotych. To tak jakbyście kupili sobie niebitego Lamborghini Aventador i jeszcze 2/3 tej kwoty by wam zostało.

Super Mario 64
Super Mario 64 / fot. ha.com

Co jeszcze zabawniejsze, wąsaty hydraulik potrzebował kilku dni żeby wyprzedzić inną postać ze świata Nintendo. Chwilę przed rekordowym walnięciem młotka poszła kopia The Legend of Zelda na konsolę NES. Za „skromne” 870 tysięcy dolarów. A ktoś mówił, że ponad dwie stówy za Cyberpunka 2077 to dużo.

#5. 3800 konsoli PlayStation 4 do kopania

Nie chodzi o to, że reprezentacja Japonii w piłce nożnej nie miała czym kopać na treningach. Chodzi o nielegalną farmę kryptowalutową, która składała się między innymi z około 3800 sztuk konsol PlayStation 4. Nie wiadomo czy były to zwykłe wersje czy może Pro, ale jedno trzeba przyznać – ładnie mieli to wszystko poukładane i pospinane. Do farmy dokopała się Ukraińska Służba Bezpieczeństwa. Jak, zapytacie? Kopacze nie przewidzieli jednego. Tego, że podłączenie takiej liczby konsol do sieci energetycznej, w dodatku „na jana”, na pewno zostanie zauważone. A słupki zużycia będą tak czerwone jak twarz Kurskiego, który chwali się popularnością koncertu Martyniuka na dwójce. No i wydało się, farmy już nie ma, pewnie 3800 dzieci urzędników państwowych ma teraz nowe konsole, a życie u naszych wschodnich sąsiadów płynie dalej.

3800 sztuk PlayStation 4
3800 sztuk PlayStation 4 / fot. USS
Która informacja była najciekawsza, mordeczko?