Moje stanowisko na temat firmy Apple nie jest żadną tajemnicą. Urządzeń tej firmy nie lubię, praktyki biznesowe stosowane przez nich uważam za świństwo, a zachowanie niektórych „fanów”, a pamiętajmy, że słowo fan wywodzi się od słowa fanatyk, czasem, w ekstremalnych przypadkach trąci wręcz sekciarstwem.

Disclaimer

Na samym początku, zanim wściekli fani Apple natłuką łapek w dół. Nadal uparcie twierdzę to, co twierdziłem zawsze. Jak kogo stać, niech sobie kupi sześć. Jak komuś ajfą odpowiada, to niech ma i używa. Naprawdę. Jest mi bardzo wszystko jedno, żadnych twoich praw cię nie zamierzam pozbawiać. Tak jak ty masz prawo do swojej opinii, tak ja mam prawdo do swojej i po namowach, między innymi z twittera, żeby ogarnąć mój hejt w stronę Apple – niniejszym. W punktach, co mi nie leży. Jak krytykować, to trzeba przecież umieć się wytłumaczyć dlaczego, nie?

Dodatkowo – cały ten tekst zacząłem pisać w 2019 roku. Dlaczego nie dokończyłem go wcześniej? Przez nieokiełznane uczucia. Wścieku na nielogiczność niektórych zjawisk i znużenia, wynikającego z rzucania grochem o ścianę. Prośby o wyjaśnienia kończyły się odbiciem od ściany ze zbrojonego betonu.

Za ceny

Po pierwsze, a kolejność naprawdę jest przypadkowa, produkty Apple są stanowczo za drogie. Ja wiem, że za technologię należy zapłacić, rozumiem, że produkty premium i w ogóle, ale jak się lepiej przyjrzeć z miejsca, w którym siedzę, to średnio to wygląda.

Promowanie ajfonów jako produktów, za które należy płacić jak za zboże, bo są towarem turboluksusowym to delikatna przesada.

Apple w samym 2019 roku zarobiło na sprzedaży jakieś 260 miliardów dolarów, z czego z samych telefonów 142 miliardy. To nie są drobne, a co za tym idzie, musieli sprzedać tego tyle, co uczestnicy ostatniej kampanii wyborczej naobiecywali. Dane faktycznie sprzed lat, ale niewiele się na tym rynku zmieniło.

Żeby nie było – dobrze, fajnie, niech zarabiają, ja im naprawdę nie wróg, ale skoro ludzi na Ziemi jest 7,4 miliarda, z czego aktywnie z telefonów komórkowych korzysta ponad 4 miliardy, a Apple ma z tego (co obliczyli dużo mądrzejsi ode mnie, nie ja) ponad 33%. Miękkim prąciem jedna trzecia planety korzysta z produktów Appla, więc jakie one ekskluzywne? Emejzing trochę więdnie, jak kupując telefon za spory procent wypłaty (albo dwóch, no dobra, góra trzech) dołączasz do starannie wybranego grona miliardów ludzi.

Apple iPhone
Apple iPhone / fot. Pixabay (kropekk_pl)

Na pewno usłyszę argumenty, że to faktycznie wyższa półka i w ogóle – ok, niech sobie będzie. Telefon, laptop, tablet, mocno skomplikowane technologicznie, w garażu nie złożysz.

Ale kółka do maca za średnią krajową? Jak to obronić? Poważnie. Albo nóżkę do monitora za 999 dolarów? Samą nóżkę. Niech wsiąknie. Samą nóżkę… Nie mówię, że Mac Pro z 2019 to zła maszyna. Brzydka? Wyglądająca jak tarka do sera? Może. Mi nie spasowała, ale jak się komu podoba to jego.

Czy oceniam jej możliwości? Nie. Czy zaglądam w to, do kogo kierowana jest maszyna? Wcale. Czy potrzebne jej kółka, żeby klientowi wygodniej było przemieszczać maszynę wartą majątek?

Wypadałoby. Tylko, że cena tych kółek, delikatnie zakrawa na kpinę. W dowolnym markecie budowlanym można kupić coś, co pełni dokładnie tę funkcję. Jeśli zamiast paru groszy wolisz wydać kwotę, za którą można sobie sprawić pełnoletniego opla to gratuluję zasobności portfela i poziomu odlepienia od rzeczywistości.

Mac Pro / fot. Apple
Mac Pro / fot. Apple

Ale powtarzam, jak kogoś stać, to niech sobie kupi sześć. Tylko niech potem nie unosi się jak nadęty indor, że go/ją stać, a plebsu nie, bo jabłkiem nie przykryje tego, że daje się zwyczajnie, przaśnie, kapitalistycznie dymać na kasę.

Podobnie ze stopą do monitora. Czy monitor wspaniały, ze wszystkim co tylko monitor mieć powinien? No niby tak. Uchwyt mocujący i nóżka też by się przydała. Szkoda, że nie są w zestawie, a dokupienie ich wymaga wydania kwoty, za która da się kupić znacznie młodszego opla.

Na zarzuty o ból dupy odpowiadać nie będę, bo mnie nie dotyczą.

Bawi mnie jednak serdecznie nie tyle bezczelność Apple, co wiernopoddańcza obrona takiego zachowania firmy przez jej klientów. Nie wiem skąd się to bierze. Może z chęci przynależności do ekskluzywnej grupy, a może z chęci usprawiedliwienia sobie zakupu produktu, który tak naprawdę nie jest aż tyle wart? Ani materiał, ani technologia nie są aż tak skomplikowane, żeby usprawiedliwić takie zachowanie producenta. A jeszcze w ostatnim czasie pojawił się przewód USB-C czy inny Thunderbolt, za bagatela osiem stów. Końcówki ma zaciskane szczerym złotem na udach dziewic z Bangladeszu? Czy zwyczajnie Apple dyma swoich klientów, a tym w sumie trochę wstyd się przyznać, że dymać się dają? Na to chyba jakaś nazwa jest?

I oczywiście zdaję sobie sprawę, że wartość jest określana przez tego, co ma ponieść koszt. Rozumiem, choćby dlatego, że w ten sposób funkcjonuje cały rynek dzieł sztuki. Myślę jednak, że są granice, a te się niektórym, co bardziej zacietrzewionym, lekko zatarły.

Za fanów

A jak się za moją opinię nasłuchałem? Jak to mawiają – pełną „czopkę”. Dostałem tekstem, że zwyczajnie nie rozumiem. Fakt, nie rozumiem. Wyjątkowo się zgadzam, bo dokładnie tak jest. Szkoda tylko, że na tym stwierdzeniu argumentacja się zakończyła, a czekałem, aż wysoce oświecony sprawi, że grubasa olśni, broda mu się „wyprości” i poleci do magików w niebieskich koszulkach zrujnować sobie budżet na najbliższe kilka miesięcy. No i się nie doczekałem. Jak mantra brzmiało mi w uszach, że nie rozumiem. Ale czego nie rozumiem, to już jasne nie było.

Apple Store
Apple Store / fot. netzwelt.de

W sumie, to rozumiem, że można mieć absolutną, kapitalistyczną czelność, by coś co nie jest warte konkretnej ceny sprzedawać drogo, ale nie rozumiem też, sposobu, w jaki komunikacja z fanem nie działa. Za głupiego się nie uważam, choć mam swoje braki, to jasne jak słońce, ale skoro człowieku twierdzisz, że nie rozumiem, to proszę, wyjaśnij mi to czego nie kumam. Nie żartuję mówiąc, że czasem fani Apple zamiast na pytanie odpowiedzieć, patrzą na mnie jak na człowieka zdolnego pomylić dupę z łokciem. Dąsanie się i wywyższanie nad biedaka z Androidem, który naprawdę nie rozumie faktu, że (nie w każdym rzecz jasna przypadku) ludzie dają się dymać w portfel i jednocześnie bronią firmy, która ich w ten portfel dyma, jest zwyczajnie dziecinna.

Fanboye Apple
/ fot. wiocha

Po raz kolejny podkreślam, jak ktoś lubi, czy chce, to jego brocha, ale to normalnie jakimś kultem zalatuje, że nie tylko krytyka, ale wręcz zadawanie pytań spotyka się (momentami) z ostracyzmem, bo człowiek nie jest sadownikiem, albo – co gorsza – używa Windowsa. Ble.

O tym, jaką wręcz czcią jest otoczony Steve Jobs już nie wspominam. Nawet Lenin tylu ołtarzyków nie miał.

Niektóre jabłka gniją za szybko

Kolejna rzecz jaka mi nie pasuje i zastanawiam się szczerze jakim cudem coś takiego jest legalne. Ale to akurat amerykański wynalazek… To, że z czasem sprzęt traci właściwości i możliwości akurat nie jest niczym nowym, czasem okazuje się, że firmy specjalnie nie wkładają do swoich produktów komponentów, które są mocno długowieczne. Jak wiecie, ja z samochodami za wiele wspólnego nie mam, ale w przypadku długowiecznych części zawsze przypomina mi się Mercedes, który wydał model samochodu, który się nie psuł. Nie skończyło się to za przyjemnie dla Mercedesa, ale do czego zmierzam?

Apple nie tylko nie ukrywa, że sabotuje swoich klientów, żeby defacto zmusić ich do zakupu nowego modelu, to jeszcze zrobiło z tego część kampanii marketingowo-medialno-lifestajlowej. Nie masz najnowszego modelu? O matko! O córko! To niedługo przesiądziesz się na Androida? Brzmi znajomo? Bo niestety znajome jest.

Apple iPhone 7
Apple iPhone 7 / fot. piqsels.com

Słynne już procesy, które Apple ugadywało poza salami sądowymi za brazyliony, czy inne durne ilości dolarów miały coś na rzeczy. Ja wiem, że kapitalizm, ja wiem, wszystko jest jasne, ale jak ktoś płaci za urządzenie, które po opłacie należy do niego (o tym, też za chwilę będzie) a firma, która wyprodukowała rzeczone urządzenie zamiast zostawić je w świętym spokoju, to programuje problemy, które rozwiązać może tylko wymiana sprzętu na nowy? Degradacja baterii, to mechanizm, jakiego zatrzymać się nie da, to rozumiem, ale przyspieszyć degradację w iPhonach bodajże 6 i 6S, to już się dało? Skoro już ktoś sobie szóstkę sprawił, dba o nią i korzysta zgodnie z przeznaczeniem, ale gwarancja mu wyszła czy coś, to odetnijcie od Clouda, ok, dla bezpieczeństwa, ale sprawienie, że bateria rozkracza się jak wyuzdana druhna na obozie, to naprawdę cios poniżej sprzączki.

A to nie jedyny przykład.

Macbook Air z 2018 roku. Śliczny jest. Jak to Macbooki bywają. Niegłupie bebechy, dostępny w różnych wersjach, z procesorami od i3 do i7, taktowanymi od 1,1 GHz do 3,8 GHz, słowem poważny sprzęt. Szkoda tylko, że ktoś, wziął pieniądze za pracę na etapie konstrukcyjno-projektowym, szczerze, to nie wiem za co, bo babol jest. Jeśli weźmiemy pod uwagę jak potężne bebechy można w tak drobne pudełko wsadzić i jak uwzględnimy, z jakimi temperaturami całość będzie chodzić i zajrzymy do środka po to, by zobaczyć, że układ chłodzenia nie łączy się z wentylatorem, który tak naprawdę cholera wie po co jest, to zaczyna być zabawnie. Szczególnie przy cenie, jaką sobie Apple woła za tę maszynę. A co mnie to obchodzi jako użytkownika – spytacie? Ciekawe jak długo ci pochodzi komputer działający w ciągłym stanie przegrzania? Ale jak cię stać, żeby co roku kupować nowy model, to śmiało, kupuj. Nawet sześć. Tylko proszę, nie wmawiaj mi wyższości jednego sprzętu nad drugim twierdząc, że to pozytyw, którym ewidentnie nie jest.

THINK DIFFERENT – BO TAK!

To co mnie osobiście niesamowicie drażni w produktach Apple to fakt, że biorą coś, czynność, cokolwiek, którą wiem jak wykonać, zmuszają mnie, żebym robił to tylko ich metodą, a nie tą, którą mam wypracowaną przez lata. Applowską metodą, która okazuje się być trudniejsza w wykonaniu, niż to co jest standardem w pozostałych urządzeniach. O jak chciałbym mieć podgląd folderów, przycisk cofania, żeby się ta cholerna Siri nie pojawiała za każdym razem jak coś dotknę, że o „prawokliku” nie wspomnę. Aplikacje Google nie działają, bo po co, nawet sortowanie książki telefonicznej jest inne, niż to, do którego przywykłem przez lata. Bo się nie da? Ale jak to?

iPhone
iPhone / fot. piqsels.com

Ale ok, zrozumiałe, że jak ktoś robi coś po swojemu, to niech mu będzie. Na Nintendo psów nie wieszam, a przecież robią swoje po swojemu od zawsze. Nawet jestem w stanie przyznać, że jeśli nie miałbym wyboru, to pewnie bym się do niektórych mechanizmów przyzwyczaił. Ale nie chcę.

I ponownie wracamy do fanów, bo w moim przypadku sami spowodowali moją nieubłaganą niechęć do systemu z jabłkiem.

Trochę to przypomina anegdotę, którą opowiadała mi moja mama (niech jej ziemia płaską będzie) o Marysi, która wyjechała do Stanów, w czasach zamierzchłego komunizmu. Po dwóch, czy trzech miesiącach przysłała do swoich rodziców kartkę pocztową (tak, to było tak dawno temu), na której ona, piątkowa uczennica, nie dość, że natrzaskała błędów i amerykanizmów, to jeszcze podpisała się Mary. Po kilku kolejnych miesiącach wróciła do domu, z takich a nie innych przyczyn, to biedactwo miało tak ciężki teksański akcent, że podobno kompletnie nie szło się z nią dogadać. Dlaczego o tym wspominam? Za każdym razem, kiedy słyszę jabłecznego zapaleńca wychwalającego ajfą (do wychwalania którego ma święte prawo), nadmieniającego, że do Androida to w ogóle, w życiu nigdy nie wróci, bo nie ogarnie i nie umie już tego rzęcha obsługiwać, to mam ochotę poprosić, żeby mnie z tego pociągu zwanego życiem już wypuścili.

Może faktycznie nie rozumiem tu czegoś, ale jak ktoś, kto ma tendencję do wywyższania się ponad googlowy plebs, mówi że nie da rady obsłużyć urządzenia, bo się do niego nie będzie w stanie przyzwyczaić z powrotem, to nieco mi się to gryzie z wywyższaniem się. Dosłownie „dziecka kilkuletnie” ogarniają, a tutaj używanie iPhone’a upośledza szlachtę do tego stopnia, że „nigdywżyciu”? O co tu chodzi?

Naprawy i prawo do naprawy

Sam miałem wielokrotnie okazję zajmować serwisami. Zarówno od strony obsługi klienta, jak i tej po stronie bardziej śrubokrętowej. Nie jest to ani przyjemne zajęcie, bo klient jaki jest taki jest, ani proste, bo jednak coś trzeba wiedzieć, żeby naprawić, a nie zepsuć bardziej. Apple szczyci się najwyższym poziomem serwisu jaki jest w ogóle możliwy. Szkoda tylko, że dosłownie kosztem klienta.

O ile jestem w stanie docenić przypadki, w których bez zadawania zbędnych pytań, od ręki sprzęt jest wymieniany na nowy, to nonszalancji z jaką procedury serwisowe Apple sobie poczynają z nie swoim sprzętem trochę mnie drażnią.

Do czego piję? W większości przypadków jedną z procedur, jakie są wykonywane w czasie napraw serwisowych jest… skasowanie zawartości dysku twardego.

Tak. Bo tak ma być i koniec. Nie jest ważne, że tak naprawdę trzeba było przelutować chip U5000, który identyfikuje ładowarkę jako prawidłową i z dyskiem twardym ma tyle wspólnego co „spodżabkowy” menel z Jeziorem Łabędzim. Zwisa to, że rzeczona część kosztuje dosłownie dwa i pół dolara, w zaokrągleniu na nasze nie jej będzie że dychę. Niech 2,5 dolca kosztuje część, czas serwisanta, umiejętności tego Paganiniego lutownicy też się ceni, niech nawet policzą 100 dolarów. A niech będzie. I co wychodzi? Wymiana płyty głównej, bo tak, formatowanie dysku, faktura na prawie tysiąc zielonych i do widzenia. A można było taniej i bez straty czasem bezcennych danych. Fakt, że autoryzowane serwisy Apple mogą ot tak sobie, pozbawić mnie danych sprawia, że nie mam ochoty tykać ich sprzętu. Że co? Że brak kopii zapasowej to moja wina? Owszem, moja, ale ma być w końcu niezawodnie czy nie? Jak bulę ciężkie „tysięce” za samo logo, to mam prawo chyba pewnych spraw wymagać.

Apple iMac
Apple iMac / fot. Pixabay (atimedia)

Kolejna rzecz, na którą mało kto zwraca uwagę, to fakt, że obecnie w Stanach, skąd się Apple rzecz jasna wywodzi, toczy się batalia legislacyjna, o prawo do naprawy własnego sprzętu. Nie powinno być przecież poddawane w wątpliwość, że jak coś kupiłem, za własne, ciężko zarobione albo pożyczone pieniądze, to jest moje ponieważ fuck you. Ja rozumiem, że w maszynie w czasie trwania gwarancji nie wolno grzebać, to jasne i oczywiste, ale po okresie gwarancyjnym, to chyba moja sprawa jak sobie z własnym, kupionym za swoje sprzętem poczynam, prawda?

No nie do końca. Są dwie sytuacje, w których Apple mnie denerwuje.

Zaznaczam od razu, że rozumiem, że bronią swojego interesu, ok, ale jakoś mnie to nie przekonuje. Przykład pierwszy, to sytuacja, kiedy w moim świeżo pogwarancyjnym ajfą szóstym siada mi przycisk, będący jednocześnie czytnikiem linii papilarnych i inne takie. Wzięło było się zepsuło, to sobie wymieniłem. O nie nie panie kochany. Apple chce, żebym kupił nowy telefon, a nie naprawił ten, co się wziął i zepsuł, dziwnym trafem, zaraz po upłynięciu okresu gwarancyjnego. Co z tym robią? Otóż następuje blokada całego telefonu, bo sam go naprawiłem. Bo wyjęty z innego urządzenia przycisk nie może być użyty, bo naprawiony przeze mnie przycisk to zło. Chwi-ku*wa-leczkę!

Moje czy nie moje?

Jakim prawem firma, która sprzedała mi sprzęt, gdzie doszło do legalnej transakcji wymiany dóbr, ma prawo ingerować w moją własność? Zasłanianie się względami bezpieczeństwa jakoś średnio do mnie trafia, bo blokują mi dostęp do samej funkcji dzwonienia, że o moich własnych osobistych plikach, czy zdjęciach na telefonie nie wspomnę. Jak telefon jest mój, to mam prawo sobie do niego treblinkę od kombajnu dospawać i guzik producentowi do tego, czy będzie mi wygodnie przy uchu leżeć, w końcu kupiłem, a nie wynająłem, czy wypożyczyłem. O ile jeszcze ograniczenia związane z Apple Pay, czy innym iCloudem bym zrozumiał, to zacięcie telefonu w poprzek, to zwyczajne sku*wysyństwo. Bo się część nie zgadza, mimo, że wykanibalizowana została z oryginalnego dawcy. Tego samego modelu.

To nie jedyny wał, jaki jest stosowany w serwisach.

Głośno było o filmiku, na którym magik z salonu Apple po „diagnostyce” stwierdził to co zawsze, że wymiana płyty głównej, zielony tysiąc w plecy i fajrant. Co się okazało? Po zaniesieniu do serwisu, który nie ma logo z jabłkiem nad drzwiami diagnosta stwierdził, że poluzował się przewód łączący baterię z resztą bebechów. Czas naprawy 5 minut, koszt 5 dolarów, zbili piątkę z klientem i miłego dnia. I to jest normalne?

Kolejna sprawa, to ograniczenie w dostępności części

Jest sobie firma, w Chinach, czy innej Malezji, która produkuje chipy, niech im będzie U5000, czy inny. Specjalistą w mikroelektronice nie jestem, nawet nie udaję, ale z tego co mi wiadomo, to czip jest czip. Wsadzony w odpowiednie miejsce w odpowiedniej płycie będzie działać. No i zakładając wysoce nieprawdopodobny scenariusz, że jestem konstruktorem automatycznych drapaczek dojajecznych, wymyśliłem sobie, że będę takowe ustrojstwo produkował i czip z Malezji jest mi potrzebny, żeby to działało. Chcę od fabryki kupić i okazuje się, że nie mogę. Dlaczego? Bo się okazuje, że Apple, albo inna firma ze sponiewieranym (bo tylu wulgaryzmów mi Naczelny nie puści) podejściem do klienta stwierdziła, że nie mogę, ponieważ fuck you. I jak ja, potencjalny dorobiony na drapaniu jaj turbomiliarder mam się na to zapatrywać? A tak naprawdę, to chciałem naprawić stukniętego ajfą pięć, bo chciałem z niego zrobić webcama. Po taniości, że tak zażartuję, mając na uwadze ceny produktów w ogóle.

Mobile Repair
Mobile Repair / fot. piqsels.com

Batalia legislacyjna o której mówię rozrosła się do tego stanu, że śledzić się odechciewa. Wynajęci przez Apple (i sprawiedliwie – innych producentów też, żeby nie było) lobbyści doprowadzili do tego, że zaglądanie do swojego sprzętu jest nielegalne. Tak. Dokładnie tak.

Ale po kolei. Kiedyś, jak producenci nie mieli w poważaniu wszystkiego co nie przynosi zysku było tak, że jak sobie ktoś coś kupił, to było jego. Poważnie. Jak miałem fantazję, chęć, ochotę i trochę pieniędzy na zbyciu, to mogłem sobie moje urządzenie rozebrać na dosłownie części pierwsze. Licząc się z utratą gwarancji, rzecz jasna. Mogłem sobie nawet, w przypływie ułańskiej fantazji sam coś naprawić. Śrubki wymienić. Takie tam. Teraz w Stanach, to mają gorzej dziki kraj jak my. Mają tam coś takiego jak DMCA (Digital Millenium Copyright Act) który stanowi w sekcji 17 U.S.C. § 1201, że jakakolwiek próba dostania się do środka urządzenia, choćby po to, by sobie w swoim, kupionym za swoje telefonie, popatrzeć jak diody na płycie głównej polutowali, jest naruszeniem praw autorskich do dizajnu płyty głównej. I to jest legalne. Fakt, że producent traktorów John Deere wiedzie prym w takich machlojach, ale Apple pozostaje niewiele za nim.

MOJE!

Kolejna rzecz, jakiej w polityce i sposobie działania nie znoszę, to zapoczątkowane chyba przez wspomnianego kilka akapitów wyżej Steve’a Jobsa, tendencje do bezczelnego kopiowania bądź wręcz kradzieży pomysłów i sprzedawania ich jako swoje. Na przykład, najlepiej sprzedający się odtwarzacz muzyki na świecie iPod to nic innego jak pomysł zajumany od Kane’a Kramera, który popełnił projekt żywcem zerżnięty przez Apple w 1979 roku. O takich łatwo znajdowalnych rzeczach jak mysz komputerowa zawinięta z prototypu Xeroxa, czy interfejs graficzny nie wspominam. Sami sobie pogooglacie. Niesmak jednak pozostaje, bo choć Jobs odszedł wieki temu, to jumanie wcale się nie skończyło. Ostatnie głośne co słyszałem, to apka klawiatury na zegarek. Napisana przez jakiegoś kogoś, nagle zostaje zdjęta ze sklepu i chwilę później zastąpiona applowską… Kropka w kropkę taką samą, jak napisana przez człowieka. Oczywiście, podobnie jak Kramer – grosza nie zobaczył.

Żeby nie przedłużać. Nie mówię, że Apple to jedyna firma, która się bogaci na cudzych pomysłach. Absolutnie nie. Denerwujące jest to, że Jobs potrafił się bezczelnie do tego przyznać.

To co opisałem powyżej, w tym o wiele za długim tekście to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Powodów, dla których nie pałam przesadnie pozytywnymi uczuciami do jabłek jest o wiele, wiele więcej.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj