Zacznę nudno. Na 28. posiedzeniu Sejmu najjaśniejszej RP, 14 kwietnia zeszłego roku padły znamienne słowa. Ponad 4,5 mln Polek i Polaków nigdy nie korzystało z Internetu, a Polska wśród krajów Unii Europejskiej ma jeden z najwyższych wskaźników osób nigdy niekorzystających z Internetu. Jak pokazuje raport Federacji Konsumentów, najbardziej narażone na wykluczenie cyfrowe są gospodarstwa domowe o najniższych dochodach, a aż 945 tys. osób z niepełnosprawnościami, czyli 36 %, nigdy nie korzystało z komputera.

Technologiczny analfabetyzm?

Strasznie smutny to cytat i prowadzi do jeszcze smutniejszych wniosków, bo nijak nie da się z tym dyskutować. Faktycznie ciężko spodziewać się, że ktoś, kto z różnych powodów, musi codziennie wybierać między na przykład jedzeniem a opałem, czy lekarstwami, by miał w ogóle ochotę myśleć o tym, czy jest cyfrowo wykluczony czy nie. Podobnie niepełnosprawni. Nie ma po prostu dyskusji.

Jednakowoż, czy jest grupa społeczna, która mogłaby coś zrobić w kierunku poprawy swojej sytuacji w coraz bardziej cyfrowej rzeczywistości, a która sama skazuje się nie tylko na wykluczenie, a wręcz na technologiczny analfabetyzm? Oczywiście – jest. To osoby starsze.

I od razu zaznaczam, że nie jestem anty-geriatryczny, ale zachowania niektórych osób w podeszłym wieku, kiedy w grę wchodzi technologia jakakolwiek sprawiają, że nachodzą człowieka myśli różne. Na przykład takie, że doktor Kevorkian, to jednak trochę racji miał. (wygooglajcie sobie i tak, to żart)

Przykłady można mnożyć, ale zauważyłem, zresztą, o wiele mądrzejsi ode mnie wcześniej zauważyli i ich opiniami będę się bardzo mocno podpierał, że podejście osób starszych do technologii dzieli się na kategorie.

Postawa antycyfrowa

Ciut delikatniejsza forma zjawiska, które mnie przeraża. W związku z tym, że z nowoczesnych urządzeń osoby starsze korzystają stosunkowo rzadko, nie mają możliwości nauczenia się choćby obsługi urządzeń w stopniu takim, w jakim znają je osoby młode, które urodziły się już w świecie, w którym pierwszy smartfon dostają razem z wyprawką w szpitalu. Może to prowadzić do sytuacji, gdzie samoocena człowieka zmagającego się z ekranem dotykowym leci na pyszczek, bo chciałby, a nie może. W którymś momencie dochodzi do sytuacji, w której osoba starsza zwyczajnie rezygnuje z prób poprawienia sobie życia, a do tego w większości nowoczesne technologie dążą – by żyło się lepiej.

Technofobia

Strach, mniej lub bardziej racjonalny przed maszynami takimi, jak komputery, drony, czy samochody, które prowadzą się same. Automaty w pracy, to zło i kropka, nie da się z człowiekiem dyskutować. I to akurat rozumiem, bo sam fobii mam kilka i mimo starań, nie jestem w stanie sobie z nimi poradzić. Pająków nie znoszę i basta. Do tego, jak ktoś ze zrozumieniem oglądał Terminatora to na widok tego, co dzieje się obecnie i będzie się działo w przyszłości, ma ochotę schować się w bunkrze, żeby przeczekać, to ja rozumiem.

Ale… jak zazwyczaj zaczynają się rozmowy na temat na przykład rasizmu – czy to wszystkie grupy? W moim przekonaniu jak najbardziej nie. W opracowaniach, które faktycznie nie napawają optymizmem jedna grupa została pominięta. To ci, którym się zwyczajnie nie chce, bo nie. I o nich dzisiaj mowa.

Mało co potrafi mnie doprowadzić do ataku apopleksji. Poważnie.

Mimo wszystko bywam częściej łagodny i spolegliwy, niż złośliwy i wybuchowy. Do czasu, aż ignorancja, szczególnie dobrowolna podnosi swój parszywy łeb. Niezależnie od dziedziny. Przykłady, to na pewno każdy ma swoje, fakt, anegdotyczne, więc mało warte w dyskursie w tej kwestii, ale szczerze, z ręką na serduszku – kto nie spotkał się z tym co niżej, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Pierwszy przykład to bardzo często dziadkowie, albo rodzice

Ludzie, którzy byli w wieku rozumnym w czasach, kiedy konkretne technologie powstawały. Jako, że stary jestem i podeszły wiekiem, pamiętam czasy, kiedy był telewizor w domu nie tylko bez pilota, za którego robiło najmłodsze dziecko najczęściej, ale i czarnobiały. Czasy, kiedy były w telewizji dosłownie trzy kanały były ponure jak moje zapatrywania na podwyżkę pensji i dobrze, że się skończyły dawno temu, ale dam sobie palca co najmniej o milimetr skrócić, że do dziś trafiają się ludzie, którzy mają problem z ogarnięciem pilota. Tak. Takiego zwykłego. Telewizyjnego. Nie mówię rzecz jasna o obsłudze takich dobrodziejstw cywilizacyjnych jak funkcje smart, choć w sumie powinienem, ale o zwykłym przaśnym przełączaniu kanałów. Kiedy padnie pytanie jaki kanał był ostatnio odpalony, albo poprosić o coś więcej niż zmiana głośności, w oczach pustka, a chyba nie tak powinno być. Nie czarujmy się, to nie jest aż tak skomplikowane.

/ fot. Pixabay

Drugi przykład, to nieco bardziej zaawansowany technologicznie, to koleś z wczoraj

Naczelny mi świadkiem, typ łapie się w więcej niż jedną kategorię. Jegomość zwrócił uwagę, w marcu 2022 roku, że wprawia go w delikatne osłupienie fakt, że UWAGA w Telegazecie informacje, jakich szuka, pojawiają się z co najmniej godzinnym opóźnieniem. Kiedy poinformowałem pana, że to czego szuka może sprawdzić w Internecie dosłownie w czasie rzeczywistym wypalił, parafrazuję, że Internet to nieporozumienie, w ogóle zło i swołocz, bo on nie widzi sensu w tym, by czegoś takiego używać. Ok, jego zdanie, ma do niego prawo, ale bądźmy poważni. Telegazeta, metoda przesyłania informacji wymyślona w 1970 roku (wprowadzona w Polsce w grudniu ’88) ma być nie tylko konkurencją dla WWW, ale ma jeszcze rzeczone WWW pokonać? Na jakiej planecie? Ja rozumiem, że można lubić pewne rzeczy i nie mieć absolutnie ochoty na zmianę przyzwyczajeń, ale bez jaj. Nie mogę wymagać by paliwo na stacji kosztowało tyle co w 1982, bo mój Zaporożec wtedy był ekonomiczniejszy. Wiem, mocno abstrakcyjne porównanie, ale wydaje mi się, że na miejscu. Sam mam przyzwyczajenia, które nieco zalatują naftaliną, na przykład do dziś dnia tęsknię za stareńkim Norton Commanderem, ale nie oznacza to, że zatrzymałem się w czasie różowiejszym i bardziej jurnym niż obecny.

Przykład strony telegazety
Przykład strony telegazety / fot. wikimedia.org

Mało tego, kolejna kategoria, w jaką wpisuje się nasz bohater, to coś niesamowitego.

Opowiedział historię, kiedy to zadzwoniła do niego córka sąsiadki. Rzeczona córka nie mogła dodzwonić się do swojej mamy, kobiety w podeszłym wieku. Sąsiad, poproszony, poszedł, jak sam powiedział, kopnął w drzwi i zbeształ starowinkę za to, że nie słyszała telefonu. Dlaczego nie słyszała? Bo siedziała z nosem w komputerze. Zdarza się najlepszym, nie powiem, sam kilkakrotnie nie słyszałem wołań o swoją uwagę zajęty lekturą czegoś w sieci, ale na tym się historia nie kończy. Nasz bohater przekonał córkę niedosłyszącej telefonu pani, że należy jej komputer odebrać, bo to nie ma sensu i w tym wieku nie wypad. I doszło do odebrania sprzętu, czyli faktycznego wykluczenia z grona użytkowników Internetu kogoś innego niż nasz bohater. Nie dość, że sam ogranicza sobie dostęp do nowoczesnych technologii, to jeszcze innym zabrania? To już nawet nie tragedia. To zwyczajna farsa.

Podsumowując – nie zawsze wykluczenie jest zależne od okoliczności

Czasem, to po prostu zwykły upór, niechęć, lenistwo niektórych osób sprawia, że trafiają do tego niekoniecznie zacnego grona. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, 3,63 mln osób w Polsce, będących w przedziale od 55 do 75 lat nigdy nie korzystało z Internetu. Ciekawe dlaczego? Czy dlatego, że nie mieli możliwości? Może po prostu dlatego, że nie musieli? Czy może się nie chciało?

Oczywiście nie mówię, że należy wszystkich wrzucić do jednego wora, bo to by było wysoce niesprawiedliwe, ale wydaje mi się, że na ludzi, którzy dobrowolnie i uporczywie unikają technologii jest tylko jeden sposób.

Jak macie mamę, tatę, babcię, dziadka, wujka, sąsiada – wszystko jedno – w wieku podeszłym, którzy są sprawni fizycznie i mentalnie, to nie róbcie za nich niczego, co mogą zrobić sami.

Nie rozumiem takiego podejścia i absolutnie nie zamierzam usprawiedliwiać lenistwa technologicznego. Jeśli fakt, że młodzież, która jak wspominałem wcześniej jest zrośnięta z technologią zwykle do najbardziej otrzaskanych społecznie i naukowo nie należy, to chyba dorośli i mocno dorośli są, czyż nie?

Chodzi mi generalnie o to, że jak ktoś ma lat dość, żeby podejmować niezwykle istotne życiowo decyzje dostaje kawałek nowego urządzenia, to w mojej opinii ma większe szanse na nauczenie się jego obsługi, niż kilkuletni berbeć, który jedyne co kojarzy to dżingiel z cocomelona. Nie wyręczajmy naszych seniorów, bo jak raz nauczymy, że wyręczymy ich we wszystkim co wymaga nabrania nowych umiejętności, to prędzej czy później będzie trzeba im kanały zmieniać. Nie tylko pampersy.