Autorem tekstu jest Adrian Matyasik (@AdrianMatyasik)

Trzeba to sobie jasno powiedzieć – „ciekawe czasy”, w których życia życzy nam stare chińskie przekleństwo prawdopodobnie właśnie nastały. Pandemia COVID19, a także wojna na Ukrainie doprowadziły do nieznanego do tej pory absurdu na rynku elektroniki konsumenckiej. Wiem to z pierwszej ręki, bo nie jest normalnym, że oficjalny polski dystrybutor dużej marki na pytanie klienta o dostępność sprzętu czy akcesoriów zmuszony jest rozłożyć ręce nie mogąc wskazać terminu innego niż orientacyjny.

Mamy 2022 rok, czas rozkwitu technologii

Na karty graficzne zmuszeni jesteśmy czekać kilka tygodni, zamówionego dzisiaj Steam Decka otrzymamy najwcześniej w październiku (choć raczej w grudniu), a przez problemy z dostępnością podzespołów w salonach samochodowych spotkamy najczęściej poleasingowe, kilkuletnie modele. Nie wspominając o tym, że mój półroczny laptop tak po prostu podrożał o 10%, a za używanego przez rok Xboxa Series X ludzie oferują mi dziś więcej niż zapłaciłem za nowego.

Jak przystało na prawdziwego geeka (w wieku, w którym jedno pudełko z kabelkami to za mało) sprzętem zatowarowany jestem pod korek, więc do tej pory sytuacja mnie niejako nie dotyczyła. Problem pojawił się, gdy znajomy poprosił mnie o pomoc w postawieniu serwera automatyki domowej. Powód był prosty – zobaczył jak działa mój Smart Home i stwierdził „Też tak chcę”. Zacząłem więc od podstaw, czyli przeglądania ofert na Raspberry Pi, gdyż w wypadku tego konkretnego zastosowania ten mały, tani komputer był jak do tej pory oczywistym wyborem, a wręcz synonimem. No właśnie, „był”.

Status produktu w sklepie oficjalnego dystrybutora w wypadku każdej z wersji jest taki sam – „Brak w magazynie”. Pytanie o termin dostępności skutkuje tą samą odpowiedzią – „Nie wiemy”. Karty rozdaje ten, kto ma sprzęt w ręce, a patrząc w oferty popularnego serwisu aukcyjnego mnożnik ceny „x2” to w tym wypadku absolutne minimum. Przez chwilę nawet przemknęło mi przez myśl, czy w tej sytuacji nie rozważyć sprzedaży mojego prywatnego egzemplarza, choć obserwując ostatnie ruchy rodaków bardziej zasadnym byłoby chyba wymienić go na cukier. Trudne czasy wymagają niekonwencjonalnych rozwiązań. Zacząłem więc rozglądać się za alternatywą i odkryłem nieznany mi do tej pory segment sprzętu.

Czy jest terminal Dell Wyse Z90D7?

Wyse to rodzina tzw. terminali dostępowych (zwanych również „cienkimi klientami”) sygnowanych logo Dell, który to w 2012 roku wchłonął firmę Wyse zajmującą się szeroko pojętym cloud computingiem. Zasada funkcjonowania terminala jest prosta, o czym doskonale wiedzą firmy decydujące się na wdrożenie takiego rozwiązania. Ma to być sprzęt niewielkich rozmiarów, o niskim poborze prądu, dający użytkownikowi dostęp do platformy umożliwiającej mu wykonywanie konkretnych zadań. Ponieważ terminale często stosowane są na dziesiątkach, a czasem i setkach stanowisk nie może to być sprzęt drogi, co skutkuje cięciami w segmencie wydajności. Nie jest to jednak problem, jako że oprócz często spotykanych platform Windows Embedded uruchamiają one najczęściej „szyte na miarę” rozwiązania, które często nie są nawet… zainstalowane. W wypadku Dell Wyse Z90D7 mowa o opartym o Solarisa systemie ThinOS, który w momencie uruchamiania sprzętu może zostać pobrany i uruchomiony prosto z serwera, dzięki rozwiązaniu o nazwie PXE.

Lata lecą, okres leasingu sprzętu przez firmę dobiega końca, poleasingowe sprzęty trafiają do dalszej odsprzedaży na rynek wtórny. I to właśnie jest moment, w którym osoby poszukujący alternatyw dla mikrokomputerów opartych o architekturę ARM mogą ocalić je przed odejściem na śmietnik.

No bo jak można przejść obojętnie obok komputera z procesorem w architekturze x86/amd64, na którym można uruchomić Windows Embedded? Skoro da się Embedded, to czemu miałoby się nie dać postawić tu pełnoprawne okienka bez dopisku „Embedded”, o lekkiej dystrybucji Linuxa nie wspominając?

Oferta jest naprawdę przebogata, a ceny – śmiesznie niskie

Dostępne są różne generacji serii Wyse. Nowsze są rzecz jasna wydajniejsze – w kilkuletnich jednostkach za kilkaset złotych spotyka się już procesory Celeron czy Pentium, które jeszcze do niedawna napędzały biurowe jednostki większych rozmiarów, a do dzisiaj znaleźć je można pod maską niektórych serwerów NAS. Ja jednak – z racji niewygórowanych potrzeb – zdecydowałem się na liczący prawie dekadę model Wyse 7010, lepiej znany społeczności pod kodową nazwą Z90D7.

Komputer za 70 złotych? Poproszę

Jego ceny wahają się tak naprawdę od kilkudziesięciu do kilkuset złotych, w zależności od wariantu wyposażeniowego. Jeśli zdecydujemy się na wariant „bez dysku, bez pamięci, bez karty Wi-Fi, bez zasilacza i bez sensu” zapłacimy tak naprawdę… mniej niż 50 PLN! Jeśli jednak zamarzy nam się wersja w zestawie z zasilaczem (Apple, uczcie się!), doposażona w kartę sieciową Wi-Fi, 8 GB RAM i obłędne 32 GB pamięci flash, to musimy liczyć się z kosztem pomiędzy 200 a 300 PLN. Ten ostatni element specyfikacji to zresztą ciekawostka: 32 GB to najczęściej maksymalna dostępna seryjnie pojemność – „cienkie klienty” najczęściej wyposażane były w 2 lub 4 GB pamięci flash.

Mój egzemplarz kosztował zawrotne… 70 PLN i to chyba właśnie jego cena sprawiła, że w głowie @nawkrzy zakiełkował pomysł, bym ten artykuł napisał. Zresztą, 70 złotych za komputer niejednego wprawia w osłupienie.

Zdecydowałem się na wariant z najmocniejszym dostępnym dla tego modelu zestawem CPU i GPU, czyli dwurdzeniowy procesor AMD G-T65N taktowany częstotliwością 1,65 GHz oraz układ graficzny AMD Radeon 6320. Dostępne były również warianty z czipami G-T52R 1,5 GHZ oraz G-T48E 1,4 GHz. Układy są niewymienne, wlutowane w płytę główną. Różnica w tym segmencie sięga najwyżej kilkunastu złotych, a skoro mówimy o układach o tak niskiej wydajności, na słabsze nie warto w mojej opinii nawet spoglądać.

Od razu zdemontowałem też układ chłodzenia i nałożyłem nową pastę termoprzewodzącą, bo ta którą zastałem pamiętała chyba jeszcze fabrykę, w której sprzęt powstał.

Moja sztuka dotarła z kością RAM DDR3 produkcji SK Hynix. Prawdopodobnie jest oryginalna, bo po zgłębieniu tematu zarówno kości RAM jak i flash dostarczane oryginalnie z tym modelem sygnowane były logo właśnie tego producenta. Zakupu chciałem dokonać bez RAM-u, ale nie było to możliwe – od razu zaplanowałem doposażenie sprzętu w dwie kości po 4 GB każda, które zalegały u mnie od dawna. Sprzęt posiada dwa gniazda pamięci RAM, więc nie stanowiło to żadnego problemu.

Zdecydowałem się na wariant bez dysku z zamiarem zamontowania SSD o nieco większej niż 4 GB pojemności. Sprzęt posiada dwa gniazda SATA – oba na swój sposób problematyczne, gdy chcemy używać sprzętu w innym celu niż ten do którego został przeznaczony. Gniazdo „główne” (SATA0) umieszczone jest bezpośrednio na płycie głównej, jednak dedykowane jest ono wspomnianym wcześniej niewielkim układom z kośćmi flash, z którymi te urządzenia były dostarczane.

Gdy spróbujemy umieścić w nim pełnowymiarowy dysk SATA w rozmiarze 2,5 cala na naszej drodze staną kondensatory i okaże się to niemożliwe.

Problem nie wystąpi, gdy zechcemy dysk podłączyć pod gniazdo „dodatkowe” (SATA1) – miejsca jest dość, nawet jeśli nie dokupimy dedykowanych stelaży do jego montażu – w końcu zawsze można starą szkołą druciarstwa po prostu położyć go wewnątrz obudowy.

Niestety – problem napotkamy, gdy będziemy chcieli dysk… zasilić. O ile port SATA jest standardowy (oba pracują w standardzie SATA II/300 Mbps), tak gniazdo zasilania już nie, więc całość wymaga zastosowania dedykowanego przewodu, którego koszt to około 20 PLN. W mojej sztuce przewód ten był w zestawie, warto zwrócić na to uwagę podczas zakupów.

Skoro jesteśmy przy dysku warto wspomnieć o fakcie, który jak się okazuje nie jest powszechnie znany. Mało który dysk SSD 2,5’’ jest w rzeczywistości choćby zbliżony do rozmiaru obudowy, w której go zamknięto. Sam laminat z kościami flash i kontrolerem nierzadko jest kilkukrotnie mniejszy, co oznacza że po pozbyciu się obudowy niektóre dyski uda się zmieścić w gnieździe głównym. Należy tylko pamiętać o zaizolowaniu śruby na płycie głównej, by nie doszło do zwarcia. Ja zastosowałem GoodRAM CL100 Gen. 3 o pojemności 120 GB, który można dostać już za mniej niż 80 PLN.

Warto dodać, że sprzęt posiada gniazdo na dodatkową kartę Wi-Fi, jednak należy pamiętać, że nie wszystkie edycje miały wbudowane anteny – w niektórych z nich na tylnej części panelu znajdują się po prostu zaślepki.

Do czego może nam się przydać tak doposażony, wiekowy terminal?

Ano sprawdzi się w wielu zastosowaniach. W roli wspomnianego na początku serwera automatyki domowej sprawdza się wyśmienicie – niska wydajność i tak znacząco przewyższa potrzeby Home Assistanta. Ale można też bez najmniejszych problemów zainstalować na nim Windows 10 (a nawet 11, po zdjęciu narzuconych przez Microsoft sztucznych blokad) czy jedną z dystrybucji Linuxa.

Poniżej załączam screeny z HWiNFO oraz wyniki benchmarków wraz z temperaturami (wybaczcie dobór – z rynku PC wypadłem kilkanaście lat temu przesiadając się w całości na Apple i nie wiem czym się dzisiaj testuje wydajność sprzętu). Dodatkowo, jak widać na jednym ze screenów, układ wspiera AMD-V, czyli obsługuje wirtualizację – wspominam o tym, bo zadano mi to pytanie na Twitterze.

HWiNFO:

GPU-Z:

Benchmarki:

Bez problemu zainstalowałem też RetroPie na postawionym tuż obok Windows Ubuntu. Gry retro działały bez problemu, nawet te dla Nintendo 64, które jak powszechnie wiadomo są pod względem emulacji dość kapryśne. Gry z pierwszego PlayStation działają bez problemu, ale to żadna niespodzianka. Dzięki zewnętrznemu modułowi Bluetooth bez problemu sparowałem kontroler Xbox i mogłem użyć go do grania.

W kwestii gier nie należy też zapominać o usługach streamingowych

Zainstalowany na „sprzęcie za stówę” Windows, dzięki wbudowanej aplikacji Xbox umożliwia bezproblemowe granie w chmurze w tytuły, które pozwalają na to w ramach abonamentu Xbox GamePass Ultimate. Forza Horizon 5 działa płynnie – bez problemu przejechałem kilka wyścigów. I oczywiście, że gdy podejdzie się bliżej 65-calowego telewizora 4K to widać różnicę w porównaniu z natywnym renderowaniem na Xbox Series X. Różnica w platformach to jednak cena – ta kosztuje 10 razy mniej i nie wolno o tym zapominać.

Rozwiązanie to ma oczywiście minusy

Pobiera naturalnie więcej prądu niż Raspberry Pi (producent deklaruje 18 W w stanie spoczynku oraz poniżej 30 W pod obciążeniem), a pasywne chłodzenie, mimo że jest rozkoszą dla uszu, nie zawsze daje sobie radę, przez co sprzęt czasami osiąga 100 stopni i wpada w throttling zrzucając zegary taktowania CPU i GPU.

W obronie malucha staje fakt, że mamy naprawdę upalne lato i zwykłe ustawienie vis-a-vis niego pokojowego cyrkulatora powietrza obniżyło temperatury pracy i rozwiązało problem nagminnego spadku taktowania. Wiedzą to sądzę, że w zimie problem nie powinien wystąpić, zwłaszcza jeżeli zasoby węgla w Polsce pozostaną na aktualnym poziomie. Sądzę że znaleźliby się fascynaci, którzy z użyciem szlifierki, piły do metalu i gumy do żucia byliby w stanie zamontować aktywne chłodzenie.

Reasumując – jeżeli:

  • jesteś geekiem, który dorobił się już swojego (jednego lub więcej) pudełka pełnego kabelków i nadmiarowych części z demontażu starych komputerów,
  • przerażają Cię obecne ceny mikrokomputerów typu Raspberry Pi, a potrzebujesz czegoś, co zamkniesz w szafie i zapomnisz,
  • nie przeraża Cię niska jak na dzisiejsze czasy wydajność, bo jesteś świadomy konkretnego przeznaczenia dla tego sprzętu – podobnie jak w wypadku Raspberry Pi,
  • chcesz się najzwyczajniej czegoś nauczyć za cenę podwójnej pizzy lub jednej butelki whiskey.

to segment „cienkich klientów” jest dla Ciebie. Nawet jeśli sprzęt spełni pokładane w nim nadzieje, a po drodze wymagania wzrosną i okaże się za wolny – zawsze możecie kupić nowszy terminal w „gołym” wydaniu i przełożyć dysk SSD, a może i RAM. Nadal będzie taniej niż kupno Raspberry Pi, którego problemy z dostępnością wcale nie obniżyły przecież naszego nerdowskiego apetytu na stosowanie mikrokomputerów w specjalistycznych zastosowaniach.

And last but not least, jak mówią na wyspie spoza Unii Europejskiej: opisywany sprzęt (w wersji bez dysku twardego) będzie do wygrania w zorganizowanym przez blog Galaktyczny i podcast Dwóch Po Dwóch. O warunki i zasady pytajcie szanownego RedNacza tj. Krzyśka 🙂

Dell Wyse Z90D7
Dell Wyse Z90D7

P.S. Podczas instalacji Ubuntu (niezależnie czy mowa tu o instalacji typu „MultiBoot” czy też samodzielnej) możecie napotkać pewne problemy na końcowym etapie instalacji związane z instalacją menedżera rozruchu GRUB. Rozwiązanie tego problemu istnieje, ale wiedza na ten temat jest zdawkowa i rozsiana po zakamarkach Internetu. Chciałem opisać to w tym artykule, ale wyszedł mi tak ogromny blok tekstu, że uznałem iż lepiej opublikować go jako osobny artykuł, jeśli będzie takie zapotrzebowanie – dajcie feedback.

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj